Decentralizacja urzędów może stać się jednym z najgłośniejszych haseł tej kampanii wyborczej.
Decentralizacja urzędów może stać się jednym z najgłośniejszych haseł tej kampanii wyborczej. Fot. Jakub Orzechowski / Agencja Gazeta

Wypchnięcie urzędów centralnych poza Warszawę. Dla jednych to czysty populizm i pomysł na wyborcze potrzeby, inni dopatrują się w nim sposobu na powstrzymanie degeneracji miast średniej wielkości, które dramatycznie szybko tracą atrakcyjność dla swoich mieszkańców. Delokalizacja, decentralizacja, deglomeracja – ani jedno z tych określeń nie brzmi chwytliwie, za to ich efekt jest podobny – to rewolucja w biurokracji.

REKLAMA
Pierwsze koty za płoty. – Idea wspierania przemysłu 4.0 przez polski rząd przyszła z rynku. Wszystkie cele, zadania i narzędzia Fundacji Platforma Przemysłu Przyszłości wypracowaliśmy właśnie na podstawie rozmów z przedstawicielami biznesu i przemysłu – informowała w ubiegłym tygodniu minister przedsiębiorczości i technologii, Jadwiga Emilewicz.
Finansowana z pieniędzy publicznych i prywatnych Fundacja ma być wehikułem, wspierającym dostosowywanie polskich przedsiębiorstw do potrzeb nowych technologii. Jeden tylko detal będzie różnić tę publiczno-prywatną instytucję od innych: siedzibą organizacji będzie Radom. – Decyzja zapadła w ramach realizacji planu delokalizacji urzędów centralnych – informowała szefowa resortu przedsiębiorczości.
Zmiana sposobu myślenia o Polsce
Pomysł, żeby przynajmniej część centralnych instytucji „wyprowadzić” z Warszawy do mniejszych ośrodków krążył po politycznych salonach od kilku lat – przynajmniej od momentu, w którym zaczęto załamywać ręce nad losem niegdysiejszych miast wojewódzkich, dziś stopniowo pustoszejących. Częściowo próbowano zaradzić temu procesowi, np. rozdzielając kluczowe organy samorządowe: w województwie kujawsko-pomorskim wojewoda urzęduje w Bydgoszczy, za to marszałek województwa – w Toruniu.
Ideę deglomeracji podchwycili pod koniec ubiegłego roku eksperci krakowskiego Klubu Jagiellońskiego, instytutu postrzeganego jako bliski rządzącym Polską ugrupowaniom. Klub zaapelował do władz województwa małopolskiego o przeniesienie instytucji wojewódzkich do Tarnowa i Nowego Sącza, dwóch miast, których mieszkańcy coraz chętniej przenoszą się do Krakowa.
Klub Jagielloński postuluje, by krakowskie urzędy funkcjonujące dla województwa rozrzucić po Tarnowie i Nowym Sączu.
Klub Jagielloński postuluje, by krakowskie urzędy funkcjonujące dla województwa rozrzucić po Tarnowie i Nowym Sączu. Fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta
– W deglomeracji nie chodzi wyłącznie o przeniesienie urzędów lecz zmianę myślenia o rozwoju społeczno-gospodarczym Polski. O taki model, w którym moglibyśmy wykorzystać potencjał mniejszych ośrodków i uniknąć kosztów skupiania się w dużych – przekonuje w rozmowie z INNPoland.pl Marcin Kędzierski, dyrektor programowy Centrum Analiz KJ.
Kędzierski podkreśla degradację miast po reformie 1999 roku. Niegdyś Radom górował rozwojowo nad Kielcami – po zmianach role się odwróciły, co eksperci przypisują temu, że Radom stracił status miasta wojewódzkiego, Kielcom udało się go zachować. Podobną drogą stopniowej utraty znaczenia i atrakcyjności poszły inne miasta – choćby Częstochowa i Bielsko-Biała. Nawet Szczecin, który zachował wojewódzki status, utracił prestiż i wcześniejsze znaczenie.
– One nie potrafią znaleźć swojego miejsca. Nie mogą być już motorami rozwojowymi swoich regionów, bo uciekły im instytucje publiczne, a za nimi również te prywatne – podkreśla Kędzierski. – Tymczasem każde miasto ma określony potencjał – dodaje. Podobnych argumentów używają dziś też politycy Porozumienia, partii Jarosława Gowina, oraz Wiosny Roberta Biedronia. Obie formacje wzięły deglomerację na sztandary. No i rzecz jasna, Bezpartyjni Samorządowcy.
Błędne koło
W nadziei na zdobycie głosów mieszkańców tych mniejszych ośrodków, jak przekonują niektórzy eksperci. – Delokalizacja to absolutnie populistyczny pomysł – mówi nam prof. Eugeniusz Sobczak, specjalista w dziedzinie polityki samorządowej i wykładowca Wydziału Administracji i Nauk Społecznych Politechniki Warszawskiej.
Polska Agencja Kosmiczna raczej nie przyczyniła się do rozwoju Gdańska. Ale też mu nie zaszkodziła.
Polska Agencja Kosmiczna raczej nie przyczyniła się do rozwoju Gdańska. Ale też mu nie zaszkodziła. Fot. Renata Dąbrowska / Agencja Gazeta
Mniejsze ośrodki zabiegają o taką przeprowadzkę w nadziei, że będą miały u siebie więcej miejsc pracy. To iluzja, bo ministerstwa zatrudniałyby do takich odległych ośrodków tak, jak dotychczas, a nie „z lokalnych zasobów”. Po drugie, wszystkie urzędy muszą się ze sobą komunikować, a rozproszenie utrudniłoby tę komunikację, nie wszystko da się załatwić przez internet – argumentuje.
Cóż, dla Klubu Jagiellońskiego to argumentacja błędnego koła: póki nie przeniesiemy urzędów, nie będziemy wiedzieć, kogo zatrudnią. – Są instytucje, jak UODO, które niekoniecznie muszą funkcjonować w Warszawie, bo i tak większość ich działań odbywa się drogą internetową – mówi nam Kędzierski. Zresztą, i dla niego deglomeracja nie powinna być procesem przypadkowym.
– Chodzi o uczelnie albo przemysł, które pozwoliłyby odnaleźć jakąś synergię między instytucjami zdecentralizowanymi a tymi, które już tam są – dowodzi. W tym konkretnym przypadku prof. Sobczak też jest skłonny dostrzec pozytywne strony. – Rozproszenie ma jeszcze jakiś sens w przypadku instytucji, które np. mogłyby współpracować i łączyć siły z lokalnym ośrodkiem naukowym. Jeżeli Polska Agencja Kosmiczna ma dobre warunki do pracy w Gdańsku, to niech tam działa – podkreśla badacz.
Kwestia prestiżu
Ale na tym podobieństwa się kończą. – Jakakolwiek przeprowadzka powinna służyć rozwojowi. Trudno uwierzyć, by rozproszenie urzędów administracji publicznej po całym kraju temu rozwojowi pomogło – protestuje Sobczak, przypominając, że rozdzielenie urzędów wojewódzkich i marszałkowskich (jak w wspomnianym przypadku woj. kujawsko-pomorskiego albo lubuskiego) przyniosło urzędnikom tylko utrudnienia w funkcjonowaniu i komunikacji.
Decyzją ministerstwa przedsiębiorczości siedzibą Fundacji Platforma Przemysłu Przyszłości będzie Radom.
Decyzją ministerstwa przedsiębiorczości siedzibą Fundacji Platforma Przemysłu Przyszłości będzie Radom. Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta
W dotychczasowych realiach trudno byłoby udowodnić, że Wyższy Urząd Górniczy jest motorem rozwoju Katowic a Urząd Morski – Szczecina. – Nie chodzi tylko o zatrudnienie kilkudziesięciu czy kilkuset osób. Kwestia prestiżu pozostaje nie mniej istotna. Chodzi też o pokazanie, że skoro jeden czy drugi urząd trafił do mniejszej miejscowości, to możliwe jest funkcjonowanie w tych małych ośrodkach – przekonuje Kędzierski.
– A skoro można działać w Radomiu czy Kaliszu, to i lokalna firma nie musi koniecznie przenosić się do Warszawy, gdy już zacznie rosnąć – dodaje. – Bez przeniesienia pewnych instytucji publicznych do mniejszych miejscowości, ciężko będzie wytworzyć taki impuls, który umożliwi rozsądną decentralizację Polski, którą łatwiej „sprzedaje się” pod hasłem deglomeracji urzędów – podsumowuje.
Ekspert wskazuje zresztą, że korzyści miałyby być obustronne. – Wiele urzędów nie ma w Warszawie swoich budynków, UODO wynajmuje pomieszczenia w biurowcu na Muranowie. Wynajęcie ich w małym mieście byłoby znacznie tańsze – twierdzi. – Podobnie z wynagrodzeniami: to, co w Warszawie nie jest zachęcające, mogłoby w Radomiu stanowić niezłą propozycję, tam koszty życia są mniejsze – dorzuca.
Bez względu na to, do której z tych argumentacji się przychylimy, nikt nie ma wątpliwości, że deglomeracja byłaby wielkim – i zapewne bardzo kosztownym – eksperymentem. Pytanie, czy w obecnych okolicznościach będzie nas na taki eksperyment stać.