Urzędnicy ministerstwa dorabiają w tajemniczej komisji. Miesięcznie wpada im nawet 10,5 tys. zł

Członkowie komisji ekonomicznej zarabiają ekstra nawet po 10,5 tysiąca złotych. Komisja finansowana jest z budżetu państwa ze środków ministra zdrowia, Łukasza Szumowskiego.
Członkowie komisji ekonomicznej zarabiają ekstra nawet po 10,5 tysiąca złotych. Komisja finansowana jest z budżetu państwa ze środków ministra zdrowia, Łukasza Szumowskiego. Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta
Pracownicy Ministerstwa Zdrowia i Narodowego Funduszu Zdrowia oprócz standardowej pensji mogą otrzymać miesięcznie nawet 10,5 tys. zł dodatkowego wynagrodzenia. Wystarczy im wziąć udział w kilku posiedzeniach tajemniczej komisji ekonomicznej.


O sprawie donosi portal wp.pl. Pracownicy Ministerstwa Zdrowia i Narodowego Funduszu Zdrowia, którzy zasiadają w komisji ekonomicznej przy resorcie za każde spotkanie otrzymują ok. 2,5-3,5 tys. zł. Spotkań w miesiącu może być kilka, jednak kwota, jaką otrzymuje każdy członek nie może przekraczać 10,5 tys. zł miesięcznie, o czym poinformowała serwis Wioletta Olszewska z Biura Komunikacji resortu.


Tajemnicza komisja ekonomiczna
O tym, czym tak właściwie jest komisja ekonomiczna, niewiele wiadomo. Jak wynika ze strony Ministerstwa Zdrowia to „zespół, który prowadzi negocjacje cenowe z firmami farmaceutycznymi w sprawie refundacji leków, środków spożywczych specjalnego przeznaczenia żywieniowego oraz wyrobów medycznych”.


W jej szeregach zasiada 16 członków, w tym 12 przedstawicieli Ministerstwa Zdrowia i 4 przedstawicieli Prezesa NFZ. Przewodniczącym komisji jest prof. Mirosław Szeligowski z Instytutu „Centrum Zdrowia Matki Polki” w Łodzi. Finansowana jest z budżetu państwa ze środków ministra zdrowia.


– Komisja miała być z założenia ekspercka i niezależna. A stała się dla wielu szeregowych pracowników dodatkowym źródłem dochodów – tak komentuje pracę komisji informator portalu, specjalista w zakresie polityki zdrowotnej.

Wątpliwe działania komisji
Portal przypomina, że o komisji zrobiło się głośno w ostatnim czasie za sprawą jej wieloletniej przedstawicielki Edyty Matusik. Kobieta przez 9 lat pracowała w ministerstwie i pracowała nad sprawą refundacji leków. Kiedy zaczęła mówić o rzekomych nieprawidłowościach dotyczących leku Xarelto i Pradax, straciła członkostwo w komisji, a w ubiegłym roku przestała być pracownikiem resortu.

O problemach z lekami refundowanymi informowała również „Gazeta Wyborcza”. Spytała pracowników resortu o to, jak powstaje lista takich leków.

– Nie ma żadnej analizy. Komisja siedzi sześć godzin i podejmuje 188 uchwał. Wychodzi po dwie minuty na jeden lek, a samo głosowanie zajmuje 30 sekund. To jest skecz! Niemal wszystkie uchwały są na tak. Tylko przy bardzo drogich lekach komisja głosuje na nie, ale wiceminister Czech i tak decyduje potem o wpisaniu ich na listę – wyznał anonimowy pracownik w rozmowie z GW.

Prokuratura bada nieprawidłowości

Ówczesny wiceminister zdrowia Marcin Czech, który odpowiadał w resorcie za politykę lekową, odszedł ze stanowiska w styczniu 2019 r. Oficjalną przyczyną jego odejścia były problemy zdrowotne. Wcześniej znalazł się w ogniu krytyki medialnej za zmiany w liście leków refundowanych, jakich dokonywał.

Co więcej, minister miał bawić się w hotelu, który należy do właścicieli koncernu Adamed. Polska firma starała się wcześniej o umieszczenie swoich leków na liście refundowanej pacjentom z budżetu państwa. 

Resort zdrowia znalazł się także pod ostrzałem NIK. Według raportu Izby leki z Polski są nielegalnie wywożone za granice, przez co brakuje ich w aptekach. Tracą na tym pacjenci, odcięci od niektórych metod leczenia. W celu wyjaśnienia tej sprawy śledztwo wszczęła warszawska prokuratura.