
Jarosław Gowin zdecydowanie nie próżnuje po powrocie do rządu. Nowy minister rozwoju i pracy zaraz po zaprzysiężeniu udał się do telewizji, gdzie zapowiedział, że "zrobi wszystko, żeby nie było dyktatu ani związków zawodowych, ani pracowników".
REKLAMA
W taki właśnie sposób odniósł się w TVN 24 do słów szefa NSZZ "Solidarność" Piotra Dudy, według którego Gowin jako minister pracy "to jest tak, jakby napluto komuś w twarz". Oburzenie Dudy wzbudził fakt, że jako członek PO Gowin "dołożył się do tych umów śmieciowych, dołożył rękę do podwyższenia wieku emerytalnego".
Czytaj także: Jarosław Gowin, kandydat do Nobla z ekonomii. "Wzrost cen energii nie musi się przekładać na podnoszenie cen"
Gowin nie pozostał przewodniczącemu "Solidarności" dłużny. – Jako wicepremier zrobię wszystko, żeby nie było niczyjego dyktatu: ani dyktatu związków zawodowych, ani dyktatu pracowników. Moim obowiązkiem jako ministra rozwoju i pracy jest ochrona bezpiecznych miejsc pracy dla Polaków – zapowiedział.
– Jako przedsiębiorca wiem, że – szczególnie w czasach kryzysu, ale tak naprawdę w każdych czasach – trzeba szukać równowagi między prawami przedsiębiorców a prawami pracowników. Gospodarka rozwija się dynamicznie wtedy, kiedy zrównoważone są uprawnienia pracodawców i pracowników – dodał.
Problem w tym, że ta równowaga jest od dawna zachwiana – a zjawiska, o których mówi Gowin, większości z dzisiejszych pracowników znane są głównie z legend.
Polacy na śmieciówkach
Związki zawodowe to niestety dzisiaj w większości smutne cienie organizacji, którymi powinny być. Wiadomo, bywają branże, w których związkowcy to potęga (kłania się chociażby górnictwo) – jednak w większości miejsc mogą co najwyżej doradzić w kwestii przepisów, a ich realna siła jest znikoma.Dotyczy to zresztą tylko tych firm, w których ludzie zatrudniani są na umowę o pracę. Pracownicy na śmieciówkach zbyt wiele praw nie posiadają – a rząd PiS nie garnie się do zachęcania przedsiębiorców, aby zmieniali formę zatrudnienia.
Już w tym momencie ponad 330 tys. osób pobiera emeryturę niższą niż minimalna. Gwałtowny wzrost liczby osób, którym nie przysługuje nawet stawka minimalna, zbiega się w czasie z momentem, w którym na emeryturę zaczynają przechodzić osoby przez lata pracujące właśnie na umowach cywilnoprawnych.
