INNPoland_avatar

Polskę czeka blackout? Bo podwyżki cen prądu mamy jak w banku. „Trzeba się mieć na baczności"

Iga Kołacz

23 lipca 2022, 11:44 · 6 minut czytania
Tylko w tym tygodniu wyłączono bloki energetyczne Turów, Opole, Połaniec, Kozienice i Bełchatów, a wcześniej miały miejsce przestoje w elektrowniach. Czy grozi nam potężna awaria, czyli tak zwany blackout? Rozmawiamy o tym z Robertem Tomaszewskim, starszym analitykiem ds. energetycznych, szefem PI Energy w Polityka Insight.


Polskę czeka blackout? Bo podwyżki cen prądu mamy jak w banku. „Trzeba się mieć na baczności"

Iga Kołacz
23 lipca 2022, 11:44 • 1 minuta czytania
Tylko w tym tygodniu wyłączono bloki energetyczne Turów, Opole, Połaniec, Kozienice i Bełchatów, a wcześniej miały miejsce przestoje w elektrowniach. Czy grozi nam potężna awaria, czyli tak zwany blackout? Rozmawiamy o tym z Robertem Tomaszewskim, starszym analitykiem ds. energetycznych, szefem PI Energy w Polityka Insight.
Rok temu zapalił się taśmociąg w elektrowni Bełchatów, a wcześniej była awaria stacji energetycznej Rogowiec (fot. PIOTR KAMIONKA/REPORTER)
Więcej ciekawych artykułów znajdziesz na stronie głównej

Obserwuj INNPoland w Wiadomościach Google

Czy Polsce grozi blackout?

W aktualnej sytuacji systemu energetycznego, biorąc pod uwagę jego zabezpieczenia, blackout, czyli rozległa awaria na razie nam nie grozi.


Co w takim razie nam grozi? Bo ostatnio mamy do czynienia zarówno z przestojami w elektrowniach, jak i wręcz z wyłączaniem bloków energetycznych.

Jeśli spojrzymy na dane systemu energetycznego, to rzeczywiście mamy sporo wyłączeń związanych z remontami czy z awariami. Ale jak porównamy to do danych historycznych, zobaczymy, że te wyłączenia są mniej więcej na podobnych poziomach. Nowością w obecnej sytuacji jest wielki kryzys energetyczny, który dotknął nie tylko Polskę, ale całą Europę. Mamy bardzo niską podaż gazu, mało węgla, wciąż wysoki popyt na energię i to tworzy w systemie energetycznym bardzo dużo nierównowag. Do tego dochodzi lato i problemy techniczne. I tak na przykład Francja ma wyłączoną połowę elektrowni jądrowych ze względu na usterki techniczne, ale też na niski poziom wód - nie mogą pracować. A na rynku jest ona tradycyjnym eksporterem energii w Europie, więc teraz potrzebuje jej więcej, a co za tym idzie: ściąga energię z innych krajów.

Co to dla nas oznacza?

Polska w jakiś sposób na tym traci, bo musi więcej eksportować, ponieważ jest większe zapotrzebowanie na energię za granicą. Nasze elektrownie przez ostatnie miesiące działały na wyższych obrotach, produkowały więcej energii na eksport. Tymczasem węgla na rynku brakuje, krajowe kopalnie nie są w stanie szybko zwiększyć wydobycia, a przepustowość portów jest ograniczona, bo ściągamy nie tylko surowiec do elektrowni, ale też do gospodarstw domowych, bo brakuje go ze względu na wdrożone w kwietniu embargo na rosyjski węgiel.

Sytuacja rzeczywiście jest napięta. I pewność co do tego, że w najbliższych miesiącach uda nam się utrzymać stabilność systemu energetycznego, jest obniżona. Ale to nie znaczy, że jesteśmy blisko katastrofy, jaką byłby blackout. Mamy jeszcze sporo linii obronnych, które możemy wykorzystać. Sytuacja nie jest krytyczna, choć elektrownie rzeczywiście oszczędzają węgiel i ograniczają produkcję.

Polskie Sieci Elektroenergetyczne zapewniają, że mamy wystarczające rezerwy w jednostkach wytwórczych. Na jaki okres są one zabezpieczeniem?

Rezerwa, którą utrzymuje operator systemu energetycznego, musi być zawsze, czyli musi wynosić 9 proc. naszego bieżącego zapotrzebowania. To jest wymagane do tego, aby sieć mogła funkcjonować, bo zawsze może dojść do nieprzewidzianego wydarzenia, na przykład do awarii wielkiej elektrowni w Polsce bądź za granicą, co może mieć wpływ na stabilność pracy sieci. Operator utrzymuje rezerwę, bo musi być gotowy na każdą ewentualność.

Jeżeli rezerwa spada - a mieliśmy z tym do czynienia 4 lipca, kiedy spadła do zera w godzinach wieczornych - wówczas uruchamiane są specjalne środki, na przykład międzyoperatorska wymiana międzysystemowa. Jest to taki awaryjny import energii. W takiej sytuacji krajowy operator, czyli Polskie Sieci Elektroenergetyczne proszą sąsiednich operatorów, aby uruchomili swoje elektrownie i zwiększyli eksport do Polski, abyśmy mogli odbudować nasze rezerwy.

Dlaczego akurat są to godziny wieczorne?

Wynika to z tego, że w bilansie energetycznym mamy rosnący udział fotowoltaiki, która pod koniec dnia zaczyna produkować mniej. Wówczas musimy podnosić nasze konwencjonalne elektrownie, aby zasypać pojawiającą się wieczorem dziurę w generacji energii.

Skąd pożyczamy energię - z Niemiec i Szwecji?

Akurat 4 lipca braliśmy energię z Czech i Słowacji oraz trochę z Litwy. Z Niemiec szedł też duży import energii, ale to były przepływy handlowe, czyli następowały bez interwencji operatora. W tym przypadku PSE zwróciło się do naszych południowych sąsiadów w ramach pomocy operatorskiej.

W razie spadku rezerw mamy od kogo pożyczyć energię. A jak to wpływa na ceny? Ile będzie nas kosztować taka przysługa?

Im mniejsza jest rezerwa, tym większa jest presja do tego, żeby cena rosła. Papierkiem lakmusowym tego, co się dzieje w systemie energetycznym oraz z rezerwą mocy, jest rynek bilansujący. Jest on takim technicznym rynkiem, na którym firmy handlujące energią muszą dokupywać prąd, jeśli zakontraktują go za mało lub sprzedać, jeśli mają go za dużo. Ceny na rynku bilansującym świetnie pokazują, czy w systemie dzieje się coś niepokojącego, czyli brakuje mocy czy nie. I 4 lipca ceny nam wystrzeliły na rynku bilansującym do poziomu 2,5 tys. zł za megawatogodzinę. To jest ekstremalnie wysoki poziom, bo megawatogodzina na rynku bilansującym kosztuje normalnie w granicach 500-600 zł.

Im więcej będziemy mieli do czynienia z napiętą sytuacją w systemie energetycznym, tym bardziej to się będzie przekładało na ogólne ceny w hurcie, już nie tylko na rynek bilansujący. Czyli wpłynie na to, po jakich cenach firmy kupują prąd od elektrowni, a następnie na nasze rachunki. Im więcej trudnych sytuacji, tym większe prawdopodobieństwo, że ceny będą rosły. Teraz jesteśmy na poziomach tak bardzo wysokich, że cena jednej megawatogodziny energii kosztuje około 1,5 tys. zł z dostawą na kolejny rok. Tymczasem rok temu mniej więcej o tej samej porze, taką ilość energii można było kupić za około 350 zł. To pokazuje, jak bardzo zmienił się rynek energii i przed jakim wyzwaniem stoją firmy energetyczne oraz Urząd Regulacji Energetyki, który w grudniu ustali, ile gospodarstwa domowe będą płaciły za prąd w przyszłym roku.

Spodziewa się pan dużych podwyżek cen prądu dla gospodarstw domowych?

Tak. I to zresztą było już widać w liście prezesa URE do ministry klimatu z początku czerwca, w którym regulator ostrzegał, że ceny prądu dla gospodarstw domowych mogą wzrosnąć o 180 proc. od nowego roku. Ale pamiętajmy, że odnosiło się to do energii elektrycznej, a nasz rachunek składa się z opłaty za energię i opłaty za dostawę. Prawdopodobnie komponent dystrybucyjny wzrośnie nieznacznie, ale przy nawet trzycyfrowym wzroście energii, nasz rachunek za prąd zanotuje dwucyfrowy wzrost.

Czyli nasz rachunki za prąd mogą się podwoić.

Nie jest to wykluczone. Ta podwyżka może być też niższa, jeśli Ministerstwo Aktywów Państwowych poprosi firmy energetyczne, których jest właścicielem o to, żeby ta skala nie była aż tak duża. Ale nie oszukujmy się. Jeżeli gospodarstwa domowe w przyszłym roku zapłacą mniej, niż wynikałoby to z sytuacji rynkowej, wówczas firmy energetyczne będą próbowały odrobić swoje marże dociążając mały i średni biznes. Zaoszczędzimy na rachunku za prąd, ale ten wzrost cen wróci do nas z podwójną siłą w artykułach, które kupujemy w małych sklepach czy w cenach usług. Od wzrostu cen energii nie uciekniemy.

Polska może wytwarzać więcej energii, aby nie zapożyczać się u sąsiadów i w efekcie - płacić mniej za prąd?

Droga jest jedna: trzeba przyspieszyć dekarbonizację i rozbudowę odnawialnych źródeł energii. OZE obniżają cenę energii, więc im więcej ich będziemy mieć, tym lepiej. Poza inwestycjami i regulacjami, na zmianę których czekamy - na przykład ustawa 10H o inwestycjach w zakresie elektrowni wiatrowych wciąż nie została przez Sejm przegłosowana. Wąskim gardłem są też sieci energetyczne. One są bardzo niedoinwestowane, a to sprawia, że w bardzo wolnym tempie podłączamy nowe źródła odnawialne, które mogłyby już spokojnie pracować i obniżać ceny prądu.

Kolejną rzeczą jest elastyczność systemu energetycznego. Konwencjonalne źródła jak elektrownie węglowe słabo współdziałają z OZE. Węglówkom dużo czasu zajmuje włączenie i osiągnięcie pełnej mocy. Znacznie lepiej radzą sobie pod tym względem elektrownie gazowe, ale ze względu na kryzys i wojnę w Ukrainie ta droga przestała być alternatywą. Trzeba więc szukać rozwiązań, które będą nam umożliwiały zwiększanie elastyczności systemu energetycznego, a takim rozwiązaniem są na przykład wirtualne elektrownie - poprzez agregatory możemy łączyć rozproszone źródła – farmy wiatrowe, elektrownie słoneczne, instalacje na biomasę - w wirtualne bloki energetyczne. Umożliwianie rozwoju takim podmiotom jest przyszłością, do której powinniśmy zmierzać. Poza tym ważne jest też ograniczanie zużycia prądu. To są też działania, które pomogą nam dopasować się do tej nowej sytuacji.

Wprawdzie blackout nam póki co nie grozi, ale poruszenie jest. Czy ta panika, którą PSE uważa, że ktoś niepotrzebnie wywołuje, może paradoksalnie się nam przysłużyć?

Plusem całej ten sytuacji jest fakt, że prowadzimy rozmowę na ten temat. Zwiększa się świadomość, że energii nie jest tyle, ile byśmy chcieli, a po drugie: że mogą pojawić się takie sytuacje, które spowodują przymusowe ograniczenie zużycia energii. Nigdy nie jesteśmy w stanie przewidzieć, co się wydarzy. W zeszłym roku zapalił się taśmociąg w elektrowni Bełchatów, a wcześniej była awaria stacji energetycznej Rogowiec, która na pewien czas sparaliżowała naszą największą elektrownię. Na ten moment uważam, że blackoutu nie będzie, ale za miesiąc sytuacja może się zmienić. Na razie nic na to nie wskazuje, ale trzeba mieć się na baczności. I pamiętajmy, że jesteśmy częścią Europy, więc zawsze możemy poprosić o pomoc.