Wieżowiec z wielkiej płyty charakterystyczny dla polskiego budownictwa lat 70.
Bloki z wielkiej płyty. Słabe instalacje, dobre lokalizacje. Co jest ważniejsze? Agnieszka Porowska/InnPoland

Bloki z wielkiej płyty lata świetności dawno mają już za sobą, a jednak wciąż się dobrze sprzedają. Zwolennicy PRL-owskiej zabudowy cieszą się ich dogodnym położeniem, przeciwnicy narzekają na ciasnotę i problemy w prądem. Czy grożą zawaleniem? Szczerze wątpię! Co nie znaczy, że nie mam obaw – zrodziły się wiele lat temu w kłębach dymu. A ten mój tekst o blokach z wielkiej płyty powinien przeczytać przynajmniej co trzeci z was. Już wyjaśniam, dlaczego.

REKLAMA

Bo wielka płyta to wciąż codzienność 12 milionów Polaków. Szacunkowo tylu z nas w niej mieszka. Zawali się to, poskłada? Na osiedlach trwają spekulacje.

Bloki z PRL-u. Brak systemów antypożarowych

Lata 90. Trwa ciemna listopadowa noc, gdy ze snu – mam wtedy 10 lat – wyrywa mnie wycie strażackich syren. Najpierw słychać jedną, zaraz kolejną, a potem następną. Cała przestrzeń wypełnia się urywanym, dudniącym dźwiękiem. Sprawa wygląda na poważną. A jeszcze poważniej się robi, gdy wybudzeni ze snu moi rodzice – wychylając się z okna – zauważają, że wszystkie zastępy straży pożarnej zatrzymują się pod naszym blokiem. Właściwie już nie trzeba pytać, czy to nie pomyłka. Swąd spalenizny uderza nas w nozdrza w jednym momencie. Pędzimy do drzwi w piżamach, mama otwiera je na oścież. Ten widok prześladuje mnie do dziś – za drzwiami wejściowymi do mieszkania kłębią się już chmury szarego dymu. Zatyka nas, bo tego się nie spodziewaliśmy. Nie wiadomo czy wbiegać w nie i próbować za wszelką cenę kierować się na dół, czy jeszcze czekać. Na korytarzu otwierają się drzwi prawie wszystkich sąsiadów. Ktoś płacze, ktoś krzyczy, ktoś przeklina. Dym szczypie w oczy, osadza się na języku. Mama szybko zamyka drzwi odgradzając nas od kłębów.

Schodzenie na dół z piątego piętra, na którym mieszkamy, w czeluście bloku wydaje się niezbyt mądre. Głupie wydaje się też zostanie na miejscu, ale walka z tym dymem i nie do końca wiadomo gdzie palącym się ogniem przerasta nasze wyobrażenia i możliwości. Uspokaja nas świadomość, że gdzieś w bloku są strażacy. Chyba wiedzą co robią? Trzęsiemy się z siostrą, gdy mama błyskawicznie każe nam się ciepło ubrać. Dygocząca noga nie chce trafić do nogawki. Ubrani jak do jesiennej ewakuacji siedzimy ciasno zbici razem przy kuchennym stole. Po chwili dymu jest już mniej. I trochę mniej śmierdzi. Hałas cichnie. Potem kolejne straże odjeżdżają. I nawet jeszcze udaje mi się zasnąć.

Rano okazuje się, że piroman – znany, choć wciąż niezłapany podpalacz osiedlowych wind – dotarł ubiegłej nocy i do nas. Różnica polega na tym, że tym razem ogień wymknął się spod kontroli. Złuszczona farba i popękana ściana naprzeciwko szybu windy na czwartym piętrze, tuż obok drzwi mojej koleżanki, mówią wszystko.

Osiedla gierkowskie. Mocne ściany, słabe instalacje

Nie jestem jedyną osobą, której ta noc zapadła w pamięć.

– Z tej opowieści morał taki, że się prędzej to się spalimy niż się zawalimy. Tyle się mówi o zbyt słabych instalacjach elektrycznych, które nie są dostosowane do współczesnych realiów, a w które wciąż "idą w ścianach" z wielkiej płyty, że nawet piromana nie będzie trzeba. To w pożarze upatrywałbym realnego zagrożenia, a nie w tym, że mi się blok po prostu złoży – mówi jeden ze starych sąsiadów, gdy dzwonię do niego powspominać dawne czasy. Wiele bloków z PRL–u wciąż ciągnie prąd przewodami aluminiowymi. Teraz używa się miedzianych. I jak mówią mieszkańcy Pojezierza – olsztyńskiej spółdzielni mieszkaniowej, skąd pochodzę – z prądem dość często coś jest nie tak. Co? Zwykła fizyka. Normalne przegrzanie.

Aluminium z czasem się utlenia, połączenia zużywają i tracą na jakości, a przewody nagrzewają, zwłaszcza przy takim obciążeniu jak obecnie. Kiedyś używaliśmy mniejszej liczby urządzeń elektrycznych. – Nie mieliśmy zmywarki, nie mieliśmy komputera i routera. Nie pamiętam żebyśmy używali mikrofalówki, tostera czy blendera. Air fryer czy Thermomix kojarzyły się raczej z nazwami statków kosmicznych prosto ze Star Treka, a nie z czymś do używania w kuchni. A jak chciało się mieć zmielone mięso, to się wyciągało taką wielką metalową maszynkę, wielkim siermiężnym zaczepem przyczepiało się do stołu i kręciło. Małe córki to zawsze miały z tego sporo zabawy – wspomina sąsiad. Bloki z wielkiej płyty, o których piszę, to jedenaście pięter z długimi korytarzami, a na każdym po jedenaście mieszkań. Te słynne olsztyńskie "trzynastki" od pięćdziesięciu lat w szeregu stoją na wzgórzu. Każda taka sama. Tu się wychowywałam. Jedno wejście, dwie windy i tylko jedne idące w górę schody. Gdyby na tych schodach zaczęło się coś palić, a windy by stanęły (zresztą podczas pożaru obowiązuje bezwzględny zakaz jeżdżenia windą), wszyscy byliby w pułapce. Nie ma metalowych schodów przeciwpożarowych, po których w filmach akcji z wprawą ganiają się policjanci i przestępcy, którymi można uciec. Nie ma czujników dymu.

Nie wiadomo, w jaki sposób można by przedostać się na dach. Wejścia bronią grube łańcuchy związane kłódką. Kto ma klucz? Nikt kogo o to pytam nie wie. Chyba tylko spółdzielnia. A czy ewakuacja prosto z dachu wchodziłaby w ogóle w grę? Przyleciałyby helikoptery?

Dużo zieleni na osiedlach PRL

Kontaktuje się więc z S.M. Pojezierze prosząc o krótką rozmowę dotyczącą szans i zagrożeń w blokach z wielkiej płyty. Zastanawiają mnie kwestie bezpieczeństwa i jakości budynków, jak również sprawy związane z użytkowaniem przestrzeni wspólnych takich jak strychy, gdzie kiedyś były suszarnie czy komórki na szczytach budynków. Co się z nimi stało? Do kogo należą? Pani w sekretariacie mówi, że nie bardzo wie, kto mógłby mi na takie pytania teraz odpowiedzieć i prosi o kontakt drogą mailową. Wysyłam i czekam. O tereny zielone i zagospodarowanie przestrzeni dookoła bloków nie pytam. Wszystko zdaje się być w najlepszym porządku, co potwierdzają wszyscy moi rozmówcy. – Ta gierkowska zabudowa miała bardzo dużo plusów. Jeden z najważniejszych? Przestrzeń i mnóstwo zieleni. Te bloki stoją pozornie dość blisko siebie, ale zawsze pod takim kątem, że nikt nikomu w okna nie zagląda. A każdy z tych bloków przegradza zadbany pas zieleni z ławkami, klombami, placami zabaw i siłowniami. Tu było kiedyś jeszcze wielkie boisko do kosza i piłki nożnej. A że dzieci ubyło, a samochodów przybyło, to zamienili na parking. Znak czasu, nie mam żalu – mówi pan Tomasz, mieszkaniec kolejnej trzynastki. Przybyło zaś seniorów, którzy w latach 70. i 80. gremialnie wprowadzali się do bloków. Cieszą się zielenią, kwiatami i bliskością centrum. Jednak cieszą się tylko ci, którzy są w stanie wyjść z domu. Ci na wózkach czy o kulach mogą co najwyżej pomarzyć… i popatrzeć na bujną roślinność z okna.

Stare bloki to więzienia dla osób z niepełnosprawnościami

90-letnia pani Alina, mieszkanka bloku przy ulicy Kołobrzeskiej w Olsztynie, zjedzie sobie windą na parter. Owszem. Jednak na tym koniec. Bo parter od drzwi do klatki dzieli jeszcze nie kilka, a kilkanaście wąskich i stromych schodów. Kiedyś był tu jakiś zjazd, który składało się opierając go o ścianę, ale dawno został rozmontowany. Postronna osoba, gdyby chciała pomóc, nie dałaby rady sprowadzić po nich wózka. A gdyby jakimś cudem nawet jej się to udało – jeszcze większy problem byłby z powrotem do mieszkania. – Tam jest naprawdę stromo. Dlatego na spacery wybieram się tylko z silnym mężczyzną. A najlepiej z dwoma, bo pierwszy sprowadza, a drugi miałby mnie łapać, gdybym miała spadać z mojego tronu. Asekuracja jest potrzebna – wskazuje na ciężki wózek inwalidzki, na który jest skazana od dwóch lat. Kobieta ma szczęście. Ma zięcia w dobrej formie i dwudziestoletniego wnuka.

W wielkiej płycie są za małe balkony i za ciasne piwnice

Maciej – długoletni rezydent kolejnego olsztyńskiego bloku z wielkiej płyty – też ma szczęście. Nie mieszka w trzynastkach. Jego budynek powstał kiedyś podobno dla najwyższych rangą komunistycznych oficjeli.

Blok ma dwie klatki, które łączy strych i piwnica. W razie pożaru jest jak uciekać. Mieszkania też są dużo większe niż w przeciętnej płycie, bo nawet 72-metrowe. To rzadkość w PRL. Cztery minuty piechotą do centrum, okna na halę widowiskową, starówkę i park. Byłoby jak w raju? Może i tak, jednak mężczyzna i ten miejski raj opuścił. Na rzecz wiejskiego. – Z dwójką dzieci zrobiło się mimo wszystko ciasno. No i w starej płycie nie ma najmniejszych szans na odrobinę własnej zieleni, a balkon też mieliśmy taki, że lepiej nie mówić. Piwnice też do kitu. Nie było gdzie trzymać większych gabarytowo rzeczy, a przy dzieciach trochę się tego sprzętu zbiera – zauważa. Bez zarzutu ocenia za to jakość budynków. Olsztyńska Spółdzielnia Mieszkaniowa – zarządca jego bloku – wiele lat temu zainwestowała w termoizolację, którą potem lokatorzy spłacali w czynszu. Mężczyzna zaznacza, że teraz każdy, kto się wprowadza, robi generalny remont i wymienia przewody. Spięć więc też się już nie boi.

Po wyprowadzce bardzo brakuje mu sąsiadów. Bo w relacjach z nimi też spięć nie było. Może dlatego, że o mieszkaniach z wielkiej płyty mówi się, że są solidnie wyciszone. – Można słuchać muzyki i bez przeszkód pielęgnować życie towarzyskie. W tych nowych blokach to czasem nawet wiadomo, jak ktoś się załatwia. A widziałaś zdjęcia bloków na Ukrainie? Z tymi dziurami? Bomba trafia, zmiata mieszkanie sąsiada. Jednak nic się tam nie zapada jak domek z kart. Ty mieszkasz sobie dalej. Mam wrażenie, że z naszymi ścianami też tak jest, że to takie same stalowe żelbetony. Ale wolałbym się o tym jednak nie przekonywać – zastrzega.

Mieszkania z PRL wciąż w cenie

Gdy wchodzę na sprzedażowe strony olsztyńskich nieruchomości, zalewa mnie wysyp ogłoszeń od deweloperów dotyczących nowego budownictwa. Rynek wtórny również zdominowany jest przez mieszkania w blokach raczej nowszych i tych położonych dalej od centrum. – Wielka płyta szybko znika – śmieje się Łukasz Chrapkowski, olsztyński agent nieruchomości. – Zwłaszcza wtedy gdy położona jest w centrum. Mężczyzna pamięta, że jeszcze na gospodarce przestrzennej, którą studiował 20 lat temu na UWM, profesorowie na podstawach budownictwa wieszczyli koniec wielkiej płyty. Przewidywali, że flagowe budynki PRL-u przetrwają od 60 do 80 lat. Ale na razie się na to nie zanosi, a chętnych na mieszkanie w bloku z wielkiej płyty nie brakuje.

Wielka płyta atrakcyjniejsza niż nowe budownictwo

Nowe budownictwo, jak tłumaczy rozmówca InnPoland, także ma wady.

– Więcej niedoróbek wynikających z chęci zysku i pośpiechu zauważam w nowym budownictwie. Nowe budynki mają wielki problem z dachami, to jakaś plaga. Ten problem praktycznie nie istnieje w blokach z płyty – ocenia Chrapkowski.

Ludzie są świadomi, że zawsze jest coś za coś.

– Obserwując ruch w tej branży nie widzę, aby ludzie byli jacyś szczególnie ostrożni, jeśli chodzi o kupowanie nieruchomości budowanych za Gierka. Takie mieszkanie sprzedaje się w Olsztynie w jakieś 3-4 miesiące od wystawienia. To szybko. A jak trafi się jakaś kawalerka czy małe mieszkanie do 40. metrów w okolicach największego parku w mieście, który ciągnie się od centrum do fabryki Michelin, naszego największego zakładu produkcyjnego w mieście, to ludzie pędzą po nie jak po ogień – zaznacza ekspert. Zaczynaliśmy od ognia i ogniem kończymy. Pomimo wszystkich zalet bloków z wielkiej płyty, słaba instalacja elektryczna i brak polityki przeciwpożarowej, a także brak dostosowania budynków do potrzeb starzejącego się społeczeństwa, zdają się być coraz bardziej palącymi problemami gierkowskiego budownictwa.

I tu powinniśmy zachować czujność.