przecinany nożyczkami kabel
"Odetnij kabel i przyślij fotkę". Nowa, patologiczna moda wśród producentów elektroniki Fot. Viktoriya Pavliuk / Shutterstock / cottonbro studio / Pexels.com / Montaż:INNPoland.pl

Kupujesz czajnik za 700 zł. Ma rysę. Chcesz go reklamować, jednak producent nie prosi cię o zwrot urządzenia do naprawy. Każe ci zniszczyć sprzęt, zrobić zdjęcie "trupa" i wyrzucić go na śmietnik. Ta historia obnaża wielką hipokryzję korporacji: z jednej strony walczą o każdy gram CO2 w raportach, z drugiej – bez mrugnięcia okiem produkują góry elektrośmieci. Witajcie w świecie absurdu, gdzie opłaca się wszystko, tylko nie naprawa sprzętu.

REKLAMA

Kilka dni temu z mieszaniną zażenowania i ciekawości czytałem historię pewnego czajnika elektrycznego. Opisywał ją jeden z użytkowników serwisu X. W skrócie: członkowie jego rodziny kupili sobie czajnik pewnej znanej i drogiej marki, pozycjonującej się jako bardzo solidna. Wiecie, taki sprzęt na lata. Niestety jego nowy, wymuskany czajnik miał skazę. Taki czajnik kosztuje niemało, przynajmniej 400 złotych, ale są i modele za ponad 700 złotych.

Jaka to była skaza? Niby pierdoła, obtarta farba na dole. No ale jak wydajesz kilka stówek na czajnik, to oczekujesz, że będzie w idealnym stanie.

Nie byle jaki czajnik został więc zareklamowany. Wiecie, co zrobiła firma? W normalnym świecie producent każe odesłać sobie uszkodzony sprzęt i przysyła nowy. Ale nie ta firma. Jej przedstawiciele kazali obciąć kabel od urządzenia, zrobić zdjęcie kikutka i numeru seryjnego urządzenia, po czym przysłali nowy czajnik. A stary? Kazali wyrzucić. Rozumiecie? Kazali celowo zepsuć działający sprzęt i wyrzucić go do śmieci!

Tak luksusowe marki zaśmiecają naszą planetę

To pokazuje w jak bardzo odklejonym od rzeczywistości świecie żyjemy. Z jednej strony firmy chwalą się tym, jak bardzo są proekologiczne: jak dbają o środowisko, jak ograniczają zużycie wody i CO2, one wręcz stają na rzęsach, by ulżyć naszej ciemiężonej planecie. A potem każą ci wyrzucić czajnik, bo bardziej opłaca im się wysłać nowy.

A "stary"? A to już nie ich sprawa, niech idzie na śmietnik. Ale pamiętaj: nie do zmieszanych, tylko do elektrośmieci. Przecież trzeba być eko.

Druga sprawa: tej firmie bardziej opłacało się po prostu wysłać nowy czajnik. Dałbym głowę, że on nie jest wart tych 400 czy 500 złotych. Koszt jego produkcji jest niewiele wyższy od czajnika za stówę. Reszta to czysty zarobek i bazowanie na legendarnej (zapewne nieco przesadzonej) jakości. A pamiętajmy, że firma sprzedająca czajniki za stówę też zarabia i to całkiem nieźle. Poziom marż w handlu już dawno przekroczył granice przyzwoitości.

W walce o pieniądze celują firmy odzieżowe. Kurtkę, za którą płacą w Azji równowartość 20-30 złotych sprzedają nam za 300-400 złotych. Okazuje się że to samo jest z elektroniką i urządzeniami AGD. Bo przecież cena czajnika musiała być wyższa, niż produkcja dwóch czajników i koszty przesyłki. Gdyby było inaczej, ten poważny producent odebrałby uszkodzony czajnik, naprawił go i sprzedał ponownie, albo oddał klientowi po naprawie. Prawda?

Uszkodzone urządzenia. Łatwiej spisać sprzęt na straty, niż dotknąć śrubokrętem

Szczerze mówiąc ta cała historia wydawała mi się po prostu nieprawdopodobna. Ale pogrzebałem nieco głębiej i okazało się, że to coraz bardziej powszechna praktyka. Znalazłem podobne historie związane z myszkami komputerowymi, klawiaturami, i to takimi "gaminowymi", czyli z wyższej półki cenowej.

Państwa walczą o to, by producenci dawali nam prawo do naprawy sprzętów. Żeby dało się wymienić baterie, rozebrać urządzenie i wymienić łatwo psujące się części. I wszystko jak krew w piach. Bo pazerność wielu firm jest zbyt duża, by zniżyły się do tak prozaicznych działań.

I co? I zostajemy potem z kupą elektrycznego i elektronicznego złomu. I ciągle kupujemy te cholerne jednorazówki, bo przecież są tanie i łatwiej dostępne. I często okazuje się, że sprzęty droższe wcale nie bywają lepsze od tych ze średniej półki cenowej.

Pewnie zastanawiacie się teraz, czy firmy każące obcinać kable nie bronią się przed nadużyciami? Przecież w dzisiejszych czasach teoretycznie nie trzeba nawet obcinać kabla, z dziecinną łatwością można takie zdjęcie spreparować w jakimś popularnym serwisie graficznym. Parę minut roboty wystarczy. Firmy się bronią: często każą zrobić zdjęcie przez swoją aplikację, co wyklucza lub minimalizuje możliwość ingerencji w obraz. 

W tym wszystkim jest jednak pewien pozytywny element. Bo rodzina faceta, który opisywał historię czajnika wykazała się RIGCZ-em (Rozumem i Godnością Człowieka). Owszem, obcięli kabel, wysłali zdjęcie, dostali nowy czajnik. Ale starego nie wyrzucili, tylko zamontowali mu nowy kabel. I ktoś go używa. No bo w sumie obtarta farba na obudowie nie upośledza funkcji czajnika. Wodę na herbatę gotuje tak samo, tylko wygląda odrobinę gorzej.