kadr z serialu "Ołowiane dzieci" Netfliksa
PRL płaciła tragediami za rozwój przemysłowy. "Ołowiane dzieci" Netfliksa wstrząsną Polską Fot. Netflix / Montaż: INNPoland.pl

Rozwój potęgi przemysłowej w czasach Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej był fundamentem ówczesnej propagandy, jednak za ten "sukces" obywatele płacili czasem najwyższą cenę. Prawda o tamtych realiach do dziś potrafi przerażać, a nowy serial Netfliksa odkrywa przed widzami jedną z najbardziej mrocznych tajemnic z czasów PRL-u. To historia o triumfie przemysłu, absurdach systemu i cichym dramacie najmłodszych.

REKLAMA

Platforma Netflix dodała właśnie wszystkie odcinki nowej polskiego serialu "Ołowiane dzieci", dlatego można się spodziewać, że Polacy tłumnie zasiądą dzisiaj przed telewizorami, by śledzić tę głęboko poruszającą historię. Ekranizacja rzuca światło na tragiczne wydarzenia, które komunistyczne władze za wszelką cenę próbowały ukryć przed opinią publiczną, panicznie bojąc się skalania wizerunku "nowoczesnego państwa socjalistycznego".

Netflix przedstawia serial "Ołowiane dzieci". Huta Szopienice: gigant i jego miasto

Ten polski serial przedstawia wstrząsającą historię przemysłu PRL, która wydarzyła się naprawdę. Przenosimy się do lat 70. ubiegłego wieku, do katowickiej dzielnicy Szopienice. To tam, w cieniu kominów potężnej huty metali nieżelaznych, rozgrywał się dramat.

Żeby zrozumieć, dlaczego władze tak bardzo chroniły ten zakład, trzeba spojrzeć na jego potęgę. Huta Metali Nieżelaznych "Szopienice" nie była zwykłą fabryką. Jej historia sięga 1834 roku, kiedy to spadkobiercy przemysłowca Georga von Gieschego zbudowali tu hutę cynku "Wilhelmina". Z czasem zakład dołączył do absolutnej elity europejskiego hutnictwa – w XIX i na początku XX wieku koncern kontrolował nawet 10–12 proc. światowej produkcji cynku.

Huta stworzyła własny mikroświat. Aż do 1960 roku Szopienice nie były nawet dzielnicą Katowic, lecz osobnym, tętniącym życiem miastem z kinami, parkami i klubami sportowymi. W szczytowym momencie zakład zatrudniał 5 tysięcy ludzi. Ściągani z całej Polski robotnicy zasiedlali ceglane familoki i hotele robotnicze. W latach 70. i 80. zakład pod względem technologii i wielkości produkcji mógł konkurować z najważniejszymi hutami Europy Zachodniej. Ale ten medal miał swoją rdzawą stronę.

Zatrute powietrze w Szopienicach. Toksyczna produkcja i absurdy "BHP"

Produkcja cynku w Szopienicach przez dekady opierała się na tradycyjnej metodzie ogniowej. Śląską rudę (blendę cynkową) prażono w ekstremalnej temperaturze dochodzącej do 1000°C. Proces ten wymagał od hutników morderczej pracy fizycznej, ale co gorsza – wiązał się z potężną emisją szkodliwych pyłów do atmosfery.

Ówczesne standardy ochrony zdrowia brzmią dziś jak ponury żart. Zanim robotnicy w ogóle rozpoczynali zmianę, mieli kategoryczny obowiązek zjedzenia obiadu. Wychodzono bowiem z założenia, że organizm pozbawiony składników odżywczych szybciej wchłania toksyny.

Co więcej, aby zminimalizować ryzyko zatrucia ołowiem, każdemu pracownikowi dawano do wypicia litr mleka dziennie. Ten "cudowny lek" wycofano z dnia na dzień, gdy naukowcy ostatecznie udowodnili, że mleko działa w tym przypadku dokładnie odwrotnie – ułatwia wchłanianie ołowiu do organizmu.

W pewnym momencie władze huty zamontowały na kominach specjalne filtry. Przynajmniej taka była oficjalna wersja, bo urządzenia faktycznie nie działały. To były atrapy.

Ołowiane dzieci i jedna kobieta przeciwko systemowi

Podczas gdy dorośli hutnicy pili mleko i wyrabiali normy, ofiarami gospodarczego pędu padły dzieci. Zjawisko, o którym opowiada produkcja "Ołowiane dzieci", to zapomniana epidemia ołowicy.

Najmłodsi mieszkańcy śląskich familoków, bawiący się na skażonych podwórkach, nieświadomie wdychali i połykali trujące związki kadmu i ołowiu. Prowadziło to do głębokiej anemii, nieodwracalnych uszkodzeń układu nerwowego, a w skrajnych przypadkach – do śmierci.

Oczywiście problem nie dotyczył tylko dzieci. Lekarze pracujący w tamtym okresie wspominali, że nikogo nie dziwiły nekrologi młodych osób (30-40 lat). Hutnicy pracowali jednak bezpośrednio przy metalach i truli się nimi od razu w hucie.

Ołów kumuluje się w organizmie, prowadząc do przewlekłego zatrucia, uszkodzenia układu nerwowego, nerek i wątroby. Przewlekła ekspozycja zwiększa ryzyko chorób sercowo-naczyniowych i śmierci.

Pierwszym objawem ołowicy była czarna obwódka nad dziąsłami. Kolejnymi bolące stawy i niemożność wypróżnienia się. Ale to tylko niektóre objawy, jakimi próbowały alarmować ludzi zatrute organizmy.

Pył ołowiany spadał bezpośrednio z kominów na place zabaw, trawniki, był dosłownie wszędzie. I truł. Starsi wspominają dziś, że przy nazwiskach dzieci w szkolnych dziennikach często pojawiały się "krzyżyki". Dzieci płaciły też potwornymi chorobami, z których skutkami region zmaga się do dziś.

Katowice. Skażenie regionu ciągle straszy

Mimo zamknięcia huty problem pozostał. Szopienice są określane jako "bomba ekologiczna" ze względu na 7,5 tys. ton niebezpiecznych odpadów, które zalegały przy ul. Woźniaka. Nowsze badania (2026 r.) potwierdzają ekstremalnie wysokie stężenia ołowiu, cynku i kadmu w glebie (nawet 4650 mg/kg ołowiu).

Sprawa "ołowianych dzieci" z Szopienic została nagłośniona dzięki filmowi i dokumentom o działalności dr Jolanty Wadowskiej-Król, która uratowała wiele dzieci, walcząc z systemem PRL, który próbował ukryć skalę śmiertelności. 

Władza ludowa wolała udawać, że problem nie istnieje, cynicznie poświęcając życie obywateli na ołtarzu propagandy sukcesu. W centrum wydarzeń stanęła jednak doktor Jolanta Wadowska-Król, miejscowa pediatra (w tę rolę w serialu brawurowo wciela się Joanna Kulig). To ona zaryzykowała własną karierę i bezpieczeństwo. Działając wbrew aparatowi partyjnemu, który groźbami i cenzurą próbował zdusić temat, lekarka zainicjowała masowe badania i wywalczyła ratunek dla tysięcy "ołowianych dzieci".

Jej walka, zekranizowana przez Netfliksa, to nie tylko trzymający w napięciu dramat. To ważna lekcja o tym, że ekologia nie powinna być pustym słowem, a bezrefleksyjny rozwój gospodarczy zawsze wystawia rachunek – najczęściej płacą go ci, którzy nie mają głosu.