
Gruchnęła wieść o otwarciu nowego Hotelu Gołębiewski w Pobierowie. Wygląda jak gigantyczny statek wycieczkowy porzucony w lesie, mieści armię ludzi, a kosztuje fortunę, bo 1600 zł za noc. Rzut oka na cennik każe zadać proste pytanie: kiedy polskie morze stało się droższe niż stolice europejskiego luksusu? Czy urlop w polskiej fabryce wypoczynku ma jakiś sens?
Nie mam zamiaru zaglądać nikomu do portfela. Jeśli ktoś ma ochotę palić stuzłotówkami w kominku albo płacić za nocleg równowartość dobrej pralki – droga wolna, jego cyrk, jego małpy. Jednak jako człowiek, który z racji zawodu spędza w hotelach połowę życia, na widok oficjalnego cennika nowo otwartego Hotelu Gołębiewski w Pobierowie nie mogę milczeć. Coś tu poszło bardzo nie tak. Ceny w wielu miejscach w Polsce kompletnie urwały się ze smyczy zdrowego rozsądku i lecą w kosmos.
Najbardziej bawi mnie jednak narracja, która natychmiast wyrosła wokół tego molocha. Podobno bywanie tam to "kwestia prestiżu". No żesz… miejmy równe miary. Chwalenie się tym, jak potężną kwotę udało się komuś przepuścić za weekend nad kapryśnym Bałtykiem, jest równie dojrzałe i eleganckie, jak porównywanie sobie w podstawówce długości przyrodzenia.
Prestiż? Przechadzanie się w białym szlafroku pośród tysiąca innych zmęczonych życiem rodaków w drodze do wspólnego basenu to nie jest luksus. To jest obóz wypoczynkowy premium. Nie dziwi mnie więc, że już teraz toczy się wojna polsko-polska wokół cennika w Pobierowie – publicystyczna jatka, w której jedni wyciągają kalkulatory, a drudzy bronią honoru polskiego morza.
Hotel w Pobierowie czy słońce Hiszpanii? Barcelona za połowę ceny
Żeby mieć punkt odniesienia, nie trzeba wcale szukać hoteli na Zanzibarze. Zawodowo trochę podróżuję i wiem, jak wygląda globalny rynek. W Madrycie bez problemu znajdziesz świetny, czterogwiazdkowy hotel z basenem za około 400 złotych za dobę. W Barcelonie, w szczycie sezonu, za identyczne warunki zapłacisz 600-700 złotych.
Pamiętam, że kiedyś w Hongkongu spałem w pięciogwiazdkowym hotelu, w pokoju wielkości średniego mieszkania. Sprawdzam cenę: 1500 zł dla dwojga. Taniej niż w Pobierowie. Zresztą problem jest znany od dawna – już lata temu pisano, że ceny wakacji nad polskim Bałtykiem są większe niż za urlop w Hiszpanii – z prostą kalkulacją, że za nocleg w Ustce dla rodziny z dwójką dzieci płaci się tyle, co za hotel z basenem w Andaluzji.
Mało tego – zejdźmy na rodzimy grunt. Zaledwie 50 kilometrów od Pobierowa, również pośrodku niczego, stoi inny duży, nowoczesny hotel. Ma cztery gwiazdki, świetną strefę basenową i rzut beretem do plaży. Cena dla mojej całej rodziny? 700-800 złotych za noc. Tymczasem w Pobierowie startujemy z poziomu 1600 zł za pokój z widokiem na las. Czy w tym Pobierowie z kranów płynie złoto, a śniadania podaje osobiście Magda Gessler? No nie. Płacisz za markę i za skalę.
Zobacz także
Hotel to nie galeria sztuki. Tam się śpi
Zasadniczo nie rozumiem fenomenu wielkich, hotelowych kombinatów. Jesteś tam anonimowym numerkiem, jednym z tysiąca gości, którzy rano stoczą bitwę o wolny stolik przy jajecznicy, a potem będą walczyć o leżak. Rozumiem ekonomię skali – inwestor musi zbudować odpowiednio dużo pokoi, żeby utrzymać te wszystkie aquaparki i zarobić na swoje. Rozumiem to również jako rodzic: jedyny plus takiego molocha polega na tym, że moja pociecha z automatu znajdzie tam tabun rówieśników do zabawy.
Ale na tym plusy się kończą. Zastanówmy się, czym tak naprawdę jest hotel? To baza wypadowa. Miejsce, które ma być przede wszystkim czyste, wygodne i oferować smaczne śniadanie.
Kto, na miłość boską, jedzie nad morze po to, żeby przez cały dzień leżeć w pokoju, czytać książki i gapić się w telewizor? Do hotelu wraca się wieczorem, żeby zmyć z siebie sól, położyć głowę na czystej poduszce i rano ruszyć w świat – na plażę, na rower, na zwiedzanie. Cała ta bizantyjska otoczka i dopłacanie tysiąca złotych za "prestiżowy" adres to po prostu przepłacanie za iluzję.
Hotel w Pobierowie. Architektoniczna karykatura, której śmieje się cała Europa
To nie tylko polski problem. Sąsiedzi zza Odry dawno już zauważyli, co dzieje się nad naszym morzem. Hotel Gołębiewski Pobierowo stał się obiektem drwin niemieckiej prasy. "Süddeutsche Zeitung" ochrzcił go "najbrzydszym hotelem nad Bałtykiem" i porównał do nazistowskiego molocha w Prorze z lat 30. Trudno o gorszą wizytówkę w międzynarodowej prasie, ale inwestor i tak udaje, że nic się nie stało.
Nie dajmy sobie wmówić, że Bałtyk jest drogi
Najbardziej boli mnie jednak rykoszet, jakim dostaje całe polskie Wybrzeże. Przez takie medialne potwory jak cennik z Pobierowa, w Polskę idzie przekaz: "Bałtyk jest dla bogaczy, zwykłego człowieka na to nie stać, lepiej lecieć do Turcji". Tymczasem jak pokazują dane, nad polskim morzem wciąż można znaleźć rozsądne stawki, jeśli tylko ominie się trzy-cztery najmodniejsze miejscówki sezonu.
Jako chłopak, który stamtąd pochodzi i bywa nad morzem kilkanaście razy w roku, mówię głośno: "drogie wakacje nad Bałtykiem" to bzdura. Wystarczy ruszyć trochę głową i myszką po ekranie komputera. Bez problemu znajdziesz bardzo dobry, czysty hotel kilka minut jazdy od plaży za 500 złotych za parę.
Legendarnymi "paragonami grozy" żywią się głównie media w sezonie ogórkowym. Na ten temat zresztą trwa zażarta dyskusja od lat. Za każdym razem część turystów liczy wszystko co do złotówki i odchodzi z ręką w nocniku, a inni wracają zachwyceni za połowę pieniędzy.
Jeśli ominiesz smażalnie usytuowane bezpośrednio na deptaku, zjesz we dwoje pyszny, świeży, dwudaniowy obiad za 50 złotych. I to z kompotem! Da się? Jasne, że się da. Tylko trzeba na urlopie używać nie tylko karty kredytowej, ale też mózgu.
I żeby nie było: sam czasem piszę o paragonach grozy. Ale staram się raczej piętnować zachłanność i krótkowzroczność rodzimych rekinów biznesu, którzy po sezonie muszą kupić sobie nowsze i większe BMW i nie widzą nic dziwnego w tym, że za gofra z bitą śmietaną i owocami z puszki liczą sobie trzy dyszki.
Hotel w Pobierowie. Architektoniczny testament, czyli pomnik lat 90.
Nie chcę tu uprawiać bezmyślnego hejtu. Ten hotel powstał, włożono w niego gigantyczne pieniądze i niech teraz stoi, działa i daje pracę ludziom w regionie. Życzę mu jak najlepiej, ale z biznesowego punktu widzenia nie wróżę tej konstrukcji świetlanej przyszłości.
Dla mnie ten projekt to nie jest przemyślana, nowoczesna i dojrzała decyzja biznesowa na miarę XXI wieku. To raczej pomnik. Architektoniczny i mentalny testament śp. Tadeusza Gołębiewskiego, który uwielbiał rozmach w stylu lat 90.
Rzecz w tym, że dzisiejszy turysta – ten z zasobnym portfelem – szuka ucieczki od tłumu, kameralności, ekologii i "unikalnego experience", a nie betonowego zamku na tysiąc pokoi. Czas pokaże, czy gigant z Pobierowa obroni się samą tylko "Tropikaną", czy też za kilka lat czeka nas bolesna weryfikacja tych rozpasanych stawek.
