owce na tle kotlecików jagnięcych
Kulinarny absurd nad Wisłą. Eksportujemy ekologiczny luksus, jedząc dwa mięsa na krzyż Fot. Judith Prins / Unsplash / Mayumi Maciel / Unsplash / Montaż: INNPoland.pl

Choć polskie łąki rodzą mięso, którym zachwycają się szefowie kuchni, my sami ostentacyjnie odwracamy od niego nosy. Polska jagnięcina i baranina to dziś hity eksportowe, o które biją się Francuzi i Włosi. Jak to się stało, że daliśmy sobie wmówić, iż jedno z najzdrowszych mięs świata jest niesmaczne? Z uporem maniaka jemy tylko dwa rodzaje mięsa, a ekologiczny luksus pakujemy w tiry i wysyłamy na eksport.

REKLAMA

Czy wiedziałeś, że najwyższej jakości, wypasane na czystych ekologicznie pastwiskach polskie jagnięta trafiają niemal w całości na stoły w Europie Zachodniej? Tymczasem, gdy Polak zatęskni za odmianą, w sklepie kupuje mrożone mięso z drugiego końca świata. Nasza mięsna dieta jest nudna jak flaki z olejem. Królują w niej kurczaki i świnie, podczas gdy tradycyjne, niszowe gatunki mięsa czekają na ratunek.

Dlaczego pomimo unijnych dopłat i prozdrowotnej mody, Polacy wciąż mają "długie zęby" na widok rodzimej baraniny? Podczas gdy u nas chów owiec traktowany jest marginalnie, zachodnie rynki płacą miliony euro za polski żywiec.

Polska dieta utknęła w klatce wieprzowiny i drobiu

Gdyby przeciętny Europejczyk zajrzał do lodówki statystycznego Polaka, mógłby dojść do wniosku, że w naszym kraju żyją tylko dwa gatunki zwierząt: świnie i kurczaki. Nasza dieta jest do bólu monotonna, uwarunkowana kulturowo i zdominowana przez agresywny marketing spożywczych gigantów.

W tym samym czasie na polskich, czystych ekologicznie pastwiskach wypasają się stada owiec. Ich mięso to absolutny kulinarny i zdrowotny Mount Everest. Co z nim robimy? Pakujemy w ciężarówki i niemal w całości wysyłamy Francuzom, Włochom i Niemcom.

Wielka mięsna monotonia

Polacy jedzą dużo mięsa – pod tym względem wypadamy powyżej europejskiej średniej. Problem w tym, że nasz mięsny horyzont kończy się niewiarygodnie szybko.

  • Wieprzowina: absolutna królowa, zjadamy jej około 40 kg rocznie na osobę.
  • Drób: głównie kurczaki, stabilne drugie miejsce z wynikiem ponad 25 kg.
  • Wołowina: głęboki margines – zaledwie nieco ponad 2 kg rocznie.
  • A co z baraniną i jagnięciną? W oficjalnych statystykach spożycia na jednego mieszkańca te pozycje niemal... nie istnieją. Mamy w kraju poniżej 300 tysięcy sztuk owiec (w latach 60. było ich 3 miliony), a Polacy na widok tego mięsa wciąż reagują podejrzliwie. Dlaczego?

    Wszystkiemu winna jest... rewolucja tekstylna z XVIII wieku. Gdy wzrósł popyt na wełnę, w polskich majątkach masowo hodowano owce wyłącznie dla runa. Zwierzęta trzymano w zamknięciu przez wiele lat, a gdy już się zestarzały i nie nadawały do strzyżenia – trafiały do garnka. Nic dziwnego, że takie mięso było twarde i miało intensywny, nieprzyjemny zapach. To właśnie ten historyczny uraz zepsuł renomę baraniny na pokolenia.

    Ta niechęć jest tym dziwniejsza, że Polacy wcale nie stronią od kulinarnych trendów. Chętnie sięgamy po post przerywany, dietę keto czy wegetariańską, a nasze koszyki zakupowe coraz mocniej skręcają w stronę kategorii "healthy". Skoro gonimy za modą na zdrowie, ekologiczna jagnięcina z polskich hal powinna być dla nas naturalnym wyborem – a wciąż nie jest.

    Polskie premium dla Paryża, Nowa Zelandia dla Warszawy

    Dzisiejsza jagnięcina (mięso z owiec poniżej 1. roku życia) nie ma nic wspólnego ze starymi merynosami. Jest kruchutka, delikatna i pozbawiona przykrego aromatu. Co więcej, owce – w przeciwieństwie do świń czy kurczaków – nie są hodowane przemysłowo. Żyją na wolnym powietrzu, jedzą trawę i zioła. To czysty, ekologiczny luksus.

    I tu dochodzimy do sedna naszego paradoksu. Ponieważ Polacy mają "długie zęby" na rodzimą jagnięcinę, nasi hodowcy żyją z eksportu.

    W ujęciu rocznym produkujemy około 1,2 tys. ton baraniny, z czego blisko... 900 tysięcy kilogramów oraz kilkanaście tysięcy żywych jagniąt wywozimy za granicę. Zachodni konsumenci płacą miliony euro, by rozkoszować się smakiem mięsa z Podkarpacia czy Podhala.

    Ten schemat – produkujemy świetną żywność, którą sami gardzimy, a zajadają się nią obcokrajowcy – powtarza się w naszej gospodarce zaskakująco często. Najlepszym przykładem są ryby. Polacy ich nie jedzą, ale eksport szaleje – nasza sprzedaż produktów rybnych sięga 15,2 mld zł, mimo że ryby na polskich talerzach goszczą rzadko. Jagnięcina to po prostu kolejna odsłona tego samego, narodowego absurdu.

    A co robi Polak, gdy raz na rok najdzie go ochota na jagnięce kotleciki w restauracji? Je mięso importowane z Nowej Zelandii, które nierzadko jest gorszej jakości niż to, które sami wyprodukowaliśmy i wysłaliśmy na zachód. Absurd? Mało powiedziane.

    Dlaczego Francuzi mają rację?

    Europejscy smakosze nie kupują polskiej jagnięciny z litości. Oni doskonale wiedzą, że to biologiczna bomba zdrowotna, która bije na głowę masową wieprzowinę:

  • Wysokiej jakości białko: zawiera pełen komplet aminokwasów niezbędnych do regeneracji organizmu.
  • Tłuszcz, który leczy: jest genialnym źródłem kwasów omega-3 oraz kwasu CLA (sprzężonego kwasu linolowego), który podkręca metabolizm i działa antyoksydacyjnie.
  • Żelazna ochrona przed anemią: dostarcza potężnych dawek łatwo przyswajalnego żelaza hemowego, cynku oraz witaminy B12, kluczowej dla układu nerwowego.
  • Że polskie produkty potrafią obronić się jakością na najbardziej wymagających rynkach, nie jest zresztą żadną tajemnicą. Jesteśmy europejskim liderem w produkcji jabłek, wiśni, malin i porzeczek, a nasze jabłka trafiają na rynki ponad 60 krajów. Jagnięcina z Podhala spokojnie wpisuje się w tę ligę eksportowych perełek.

    Czas na powrót do korzeni

    Chociaż chów owiec ma dziś w Polsce marginalne znaczenie gospodarcze, to dzięki unijnym dopłatom dobrostanowym i ekoschematom, hodowcom wciąż udaje się utrzymać te niszowe biznesy na powierzchni.

    I jest o co walczyć, bo na "powrocie do korzeni" da się zbudować realny biznes. Przykład? Dania U Jędrusia znają wszyscy: firma zgarnęła 100 mln zł na krokiety i pierogi – to rodzinne przedsiębiorstwo, stawiając na tradycyjną, swojską kuchnię, wyrosło na giganta i pozyskała gigantyczne dofinansowanie. Niewykluczone, że podobny potencjał drzemie w polskiej jagnięcinie, gdyby tylko ktoś odważył się zawalczyć o krajowy rynek.

    Tym bardziej że apetyt świata na polskie mięso wciąż rośnie. Nasze produkty podbijają świat, eksport rolno-spożywczy bije rekordy i przekroczył 48 mld euro, a mięso jest jego absolutnym fundamentem. Pytanie tylko, czy zawsze musimy oddawać to, co najlepsze, zostawiając sobie marketowego kurczaka.

    Wniosek? Czas przestać karmić Europę naszymi najlepszymi kulinarnymi skarbami, zostawiając dla siebie wyłącznie marketowego kurczaka. Skoro potrawami z jagnięciny swoich gości podejmował sam król Stanisław August Poniatowski podczas słynnych obiadów czwartkowych, to może warto, by to luksusowe mięso w końcu na stałe wróciło tam, gdzie jego miejsce – na polskie stoły. Zapomnijmy o dawnych uprzedzeniach i zjedzmy wreszcie to, czym od lat zachwyca się Paryż.

    Źródło: StrefaBiznesu.pl