
To cichy trend, który powoli niszczy wakacje milionów turystów. Hotele na całym świecie, zasłaniając się rzekomymi problemami logistycznymi, drastycznie skracają czas pobytu gości w pokojach. Hotelowa "shrinkflacja" wyciąga od nas dodatkowe pieniądze za usługi, które kiedyś były standardem.
Prawie każdy, kto w ciągu ostatnich kilku lat podróżował i korzystał z usług hoteli, pensjonatów czy apartamentów na wynajem, musiał nieźle się zdziwić. Pakujesz rodzinę, płacisz niemałe pieniądze za nocleg w rzekomym standardzie premium, po czym rzucasz okiem na regulamin obiektu i przecierasz oczy.
W sieci, szczególnie w mediach społecznościowych, rośnie oburzenie na działania sporej liczby hoteli i ich menedżerów. Internauci słusznie zauważają, że pojęcie "doba hotelowa" stało się dzisiaj ordynarnym, semantycznym kłamstwem. Żyjemy w czasach, w których doba w hotelu potrafi trwać... 16 godzin.
Gdzie podziało się brakujące osiem? Zostało spieniężone przez hotelowych księgowych kosztem naszego komfortu. Nic dziwnego, że doba hotelowa do 10 rano wkurza gości i staje się jednym z najgorętszych tematów wakacyjnych dyskusji.
Doba hotelowa coraz krótsza. Matematyka bezczelności: kiedyś a dziś
Zróbmy szybki powrót do przeszłości, który idealnie pokazuje skalę degradacji usług. Jeszcze dekadę temu standardowy, powszechnie akceptowany model funkcjonowania obiektów noclegowych wyglądał nieco inaczej.
Tradycyjna doba hotelowa, złoty standard w branży, jeszcze niedawno miała 22 godziny. Zameldowanie (check-in) od ok. 13:00–14:00, wymeldowanie (check-out) do 11:00–12:00. Efekt? Gość hotelu miał do dyspozycji równe 22 godziny na odpoczynek, spokojne poranne porządki, niespieszne zjedzenie śniadania i wypicie kawy.
Oczywiście wielu gości nie wykorzystywało tego czasu. Specyfika podróży biznesowych często wymusza późny przyjazd i wczesny wyjazd z hotelu. Sam czasem podróżuję służbowo i jeśli w hotelu jest na przykład basen, to udaje mi się z niego skorzystać może raz, dwa razy na 10 wizyt. Ale kiedy jadę gdzieś prywatnie, to chcę się wyspać, zjeść późne śniadanie, a nie przełykać jajecznicę na czas, bo zaraz trzeba oddać kartę i zniknąć.
Teraz za standardową dobę hotelową uznaje się już ledwie 20 godzin. Standard przesunął się w sposób skandaliczny. Zameldowanie od 15:00, a coraz częściej od 16:00. Wymeldowanie? Do 11:00, a w bezczelniejszych miejscach nawet do 10:00 rano. Efekt? Kupujesz usługę, która trwa 16–18 godzin. Zostajesz okradziony z 3 do 4 godzin pobytu, płacąc przy tym 100 procent ceny, która na dodatek drastycznie wzrosła przez inflację. A rachunki potrafią zwalić z nóg, o czym pisaliśmy, gdy okazało się, że hotel w Pobierowie jest droższy od luksusu w Madrycie.
I żeby nie było: każdy rozumie, że doba hotelowa nie trwa 24 godzin, bo przecież pokój trzeba posprzątać, odkurzyć, zmienić pościel, umyć łazienkę, wymienić szklanki, dolać mydła itp. To sporo roboty, są zresztą goście, którzy pozostawiają po sobie koszmarny bałagan.
Problem w tym, że spora część hoteli zaczyna przeginać. Popytałem znajomych: okazuje się, że niektórzy znają hotele, z których trzeba się wymeldować nawet o 9 czy 10 rano. A zameldować? Cóż, o 16, a nawet o 17. Kiedy mówi ci o tym niezależnie od siebie kilkoro ludzi, to znaczy, że problem rośnie. Ale czy chodzi tylko o czas?
Zobacz także
Nowy hit: monetyzacja normalności
Wielu mogłoby pomyśleć, że to kwestia logistyki. Hotele tłumaczą się przecież brakiem personelu sprzątającego, nowymi standardami higienicznymi czy koniecznością dokładnego wietrzenia pokoi. To bzdura, a całe to logistyczne załamywanie rąk to jedynie zasłona dymna dla skoku na kasę gości. Faktem jest, że coraz więcej firm oszczędza na pracownikach, z drugiej zaś strony w wielu miejscach znalezienie osób do ciężkiej i niekoniecznie dobrze płatnej pracy jest trudne.
Ale zwróćcie uwagę, co się dzieje, gdy poprosisz o powrót do dawnych, normalnych standardów. Chcesz wejść do pokoju o 14:00, tak jak dawniej? "Oczywiście, szanowny panie, usługa early check-in kosztuje dodatkowe 100 złotych". Chcesz posiedzieć w pokoju do południa, bo Twój pociąg odjeżdża o 13:00? "Nie ma problemu, late check-out to dopłata w wysokości 150 złotych". Albo 100 złotych za godzinę, albo ¼ ceny doby, proszę bardzo.
Hotele stworzyły genialny i szalenie irytujący mechanizm: najpierw sztucznie wygenerowały problem, skracając czas trwania doby, a potem zaczęły sprzedawać nam rozwiązanie tego problemu jako "usługę premium". To klasyczna "shrinkflacja" – dostajesz mniejszy produkt w wyższej cenie. To zresztą tylko jeden z wielu absurdów cennikowych – wystarczy przypomnieć, że do jednego z hoteli taniej wziąć męża niż psa.
Weekendowy wyjazd zamieniony w koczowisko
Ta sytuacja całkowicie demoluje sens krótkich, weekendowych wypadów typu city-break. Wyobraź sobie, że jedziesz do innego miasta na sobotę i niedzielę. Docierasz na miejsce w sobotę w południe. Do pokoju wejść nie możesz, bo pani na recepcji z uśmiechem informuje, że "system nie puści" przed 16:00. Zostawiasz więc torby w przechowalni bagażu i błąkasz się po mieście, marząc o szybkim prysznicu po podróży.
W niedzielę rano budzisz się i zamiast relaksu masz w głowie tykający zegar. Musisz zjeść śniadanie w tempie ekspresowym, bo do 10:00 lub 11:00 musisz całkowicie opróżnić pokój. W efekcie twój dwudniowy, drogi urlop kurczy się do jednego sobotniego wieczoru. Reszta to uciążliwe koczowanie na walizkach w hotelowym lobby. No chyba że zapłacisz, bo przecież hotel bohatersko znalazł rozwiązanie problemu, który sam stworzył... Twoim kosztem.
Czas powiedzieć "stop"
Skracanie doby hotelowej to psucie rynku i testowanie granic wytrzymałości klienta. Hotele przerzucają koszty swojej nieudolności organizacyjnej i braków kadrowych bezpośrednio na nas i nasze portfele. A z drugiej strony ukrywają faktyczny koszt swojej usługi pod płaszczykiem kolejnych usług, które wciskają na miejsce skróconej doby.
Na szczęście pewne zmiany idą w dobrą stronę – jak informowaliśmy, nowe zasady w hotelach w Polsce sprawią, że nawet przy zameldowaniu czeka zaskoczenie, bo już w obiektach trzygwiazdkowych ma pojawić się całodobowy check-in.
Czas najwyższy, abyśmy jako konsumenci zaczęli głośno i wyraźnie protestować. Jak? Poprzez wystawianie niskich ocen w portalach rezerwacyjnych za skandaliczne godziny zameldowania, unikanie obiektów, które zmuszają nas do opuszczenia pokoju o 10:00 rano, oraz bojkotowanie chciwych dopłat za normalność.
Jeśli nie powiemy "stop" tej noclegowej patologii, niedługo hotele zaczną nas meldować o północy, każąc opuścić pokój przed świtem – oczywiście w imię "wyższych standardów czystości".
Czy doba hotelowa trwająca 16-18 godzin jest za krótka?
96 odpowiedzi






