
Z czym kojarzy się wam Kraków? No jasne, Wawel, Barbakan, Restauracja Wierzynek, wieża ratuszowa na rynku, wreszcie sam Rynek Głównie. Mnie również. Tyle że to tej listy dopisałem w piątek striptiz. Dlaczego? To nie tak długa opowieść. Rozsiądźcie się więc wygodnie i posłuchajcie. Ostrzegam jednak: mocno dramatyzowane!
W dawnym mieście Kraka zjawiłem się z powodu wyższych pobudek: udziału w wydarzeniach kulturalnych i zwiedzenia kolejnych muzeów. Nie wszystko poszło jednak zgodnie z planem. Wystarczyło wyjść na ulicę.
Naga prawda o Krakowie
Był piątek. Z hotelu wyszedłem pod wieczór. Z nonszalancją minąłem Galerię Krakowską. "Centrum komercji, gdzie na każdym rogu starają ci się coś sprzedać: a to ciuch, a to kosmetyk, a to inny, kompletnie zbędny w tym momencie twojego życia przedmiot, który to zagłusza tylko nudę szarego jestestwa. To nie dla mnie!" – prychnąłem pod nosem i ze wstrętem odwróciłem głowę. Nie po to przyjechałem do Krakowa, by zwiedzać centrum handlowe!
Z każdym krokiem zbliżałem się jednak do Rynku Głównego. Zza rogu wyłaniał się już Barbakan. Tym razem w renowacji, tracący więc sporo punktów charyzmy i raczej nie mogący przez to odstraszyć żadnego zagonu tatarskiego. Chociaż z drugiej strony, znając Tatarów, mogliby uznać rusztowania za zaproszenie do oblężenia.
Nic to jednak! Powiew średniowiecza już się pojawił i motywował do dalszej wędrówki.
Wkroczyłem na jedną z uliczek, które prowadzą bezpośrednio na Rynek. Oczami wyobraźni widziałem już ucztujących u Wierzynka króla Kazimierza Wielkiego, cesarza Karola IV, króla Węgier Ludwika i króla Cypru Piotra. Kawałek od nich Hołd Pruski składał Zygmuntowi Staremu ostatni wielki mistrz Zakonu Krzyżackiego, Albrecht Hohenzollern (jakże marnie wyglądał tak klęcząc przed polskim władcą!). Wreszcie swoją przysięgę składał Tadeusz Kościusz...
– Striptiz, wejście gratis! – cienki głos z prawej rozpędził wspaniałe wizje: królowie rozpierzchli się zawstydzeni (nawet ten bigamista, Kazimierz Wielki), Hohenzollern przypomniał sobie swoje śluby czystości, a Kościuszko najwyraźniej uznał, że w obecnych okolicznościach przysięga może poczekać.
W mojej głowie pojawiły się obrazy zgoła nie nadające się do druku, których nie odważyłbym się pokazać nawet Matejce. A przecież ten człowiek widział naprawdę wiele!
– Strip club! – niska blondynka, do której należał ów głos, najwyraźniej uznała, że mam problem z językiem polskim, przeszła więc na angielski, zupełnie jakby to miało zwiększyć szanse na powodzenie transakcji.
– Eee, nie, nie, dziękuję – wyksztusiłem, zastanawiając się, co tu się, do diaska, właśnie wydarzyło.
Pomknąłem dalej. Król Cypru ponownie siadał do stołu, ze smakiem patrząc na udko kurczaka, Hohenzollern uginał kolana, a Kościuszko już miał otwierać usta, by wypowiedzieć pierwsze słowa roty.
– Klub ze striptizem, mamy naprawdę ładne dziewczyny! – tym razem padło z lewej. – No i ten... drugi drink gratis – dodała brunetka, rozpoczynając chyba negocjacje.
I tym razem grzecznie podziękowałem, przyspieszając tym razem kroku, by biedni władcy mogli skończyć konsumowanie, Prusy zostały nam w końcu podporządkowane, a słynny Tadeusz ruszył w bój z chłopami u boku.
Oczywiście wszystko szło zgodnie z planem tylko przez chwilę, gdyż nagle ktoś ponownie postanowił zakłócić nam wszystkim piątkowy wieczór. Tym razem był to mężczyzna, który darł się w niebogłosy przez megafon (konia z rzędem temu, kto go rozumiał), w tle mając transparent informujący, że domaga się upublicznienia listy gejów w policji. Kraków: miasto królów, poetów i ludzi, którzy najwyraźniej uznali, że cudza prywatność jest dobrem publicznym.
O moją uwagę postanowił zawalczyć jednak ktoś jeszcze.
– Zapraszam do klubu ze striptizem – tym razem zaproszenie było już stanowcze. "Albo wchodzisz do nas, albo wciągamy cię na listę tego z megafonem" – zdawała się między wierszami sugerować blondynka stojąca naprzeciwko mnie. Ewidentnie połączyła siły z policyjnym demaskatorem.
Tego było już za wiele! Obróciłem się na pięcie i popędziłem do hotelu. Królowie pokiwali ze zrozumieniem głowami, mistrz krzyżacki poczuł, że dostał od losu drugą szansę, a Kościuszko machnął na to wszystko ręką i wrócił do Ameryki.
Zobacz także
Striptiz to coś dla królów, ale bez deficytów budżetowych
Muszę jednak przyznać, że tak agresywny marketing klubów nocnych na w pół mnie zirytował, a na w pół zaciekawił. Postanowiłem zerknąć nieco za kotarę i sprawdzić, ile kosztują usługi w takich miejscach. Oczywiście tylko po to, by opowiedzieć o tym kolegom.
Cenniki są dostępne na stronach internetowych. Zapewne po to, by któryś nieszczęśnik nie powiedział potem, że nie wiedział, że przed wejściem trzeba zastawić nerkę u bramkarza. Ceny bowiem powalają. Za 40 ml likieru trzeba zapłacić od 22 do nawet 35 zł, taki sam litraż whiskey to dwa razy więcej, a koniak może kosztować nawet 110 zł.
750 ml wina jest w takim miejscu wyceniane na 280 zł. To jest ten moment, w którym zacząłem rozumieć, dlaczego wstęp jest darmowy. Ktoś musi przecież wejść do środka, zanim dowie się, że bezpłatna jest tu jedynie możliwość przekroczenia progu.
Kraków zresztą od lat potrafi zaskakiwać cennikami. Pisaliśmy choćby o tym, jak ceny grzańca na jarmarku w Krakowie zwariowały, a kubek grzanego wina podrożał o 10 zł w rok. Opisywaliśmy też m.in. inną sprawę: youtuberzy Wojek i Książulo zapłacili za obiad w Łazienkach Królewskich niecałe 1,5 tys. zł – ale za kilkudaniowy posiłek dla dwóch osób z alkoholem.
No dobra, nie po to jednak człowiek idzie do klubu ze striptizem, by degustować płyny. A przynajmniej nie tylko po to. Na miejscu można też oglądać tańczące piękności. Zapewne za darmo, ale coś mi mówi, że pracujące w klubie panie szybko będą starały się zaprosić nowego gościa na pokaz prywatny. I w tym miejscu cenniku uznałem, że to miejsca naprawdę dla władców, ale też tylko tych dysponujących skarbcami z głębokim dnem. 15-minitowy pokaz to koszt 770 zł, półgodzinny – 990 zł, a 45-minutowy – aż 1750 zł!
Jak widać, Kraków pozostaje miastem królewskim również pod względem cen striptizu. Kazimierz Wielki mógłby tu zapewne spędzić całkiem udany wieczór, choć nawet on musiałby się zastanowić, czy warto finansować piętnastominutowy pokaz za 770 zł. Ja jednak, skromny kronikarz, postanowiłem zachować pieniądze na muzea. Tam przynajmniej człowiek może oglądać nagie fakty historyczne bez konieczności dopłacania za przedłużenie seansu.
Ciekawi mnie jeszcze, co z tym wszystkim zrobi nowy "król" Krakowa, prezydent Łukasz Gibała. Ma spore wyzwanie: jak sprawić, by turyści nie byli rozpraszani mocno przyziemnymi kwestiami i jednak choć trochę podziwiali lokalne zabytki.
Czy irytują Cię naganiacze w Krakowie lub innych miastach?
... odpowiedzi






