
Podwarszawski Konstancin-Jeziorna właśnie dołączył do grona gmin, które mówią stop nocnej sprzedaży alkoholu. Od 5 lutego, między 22:00 a 06:00, nie kupisz tam napojów wyskokowych na stacji czy w sklepie. Mała gmina potrafi zadbać o spokój swoich mieszkańców. Warszawa wciąż udaje, że problem nie istnieje. Spójrzmy prawdzie w oczy: nocna prohibicja to nie jest zamach na wolność. To ratunek dla godności tego miasta.
Niemal dwumilionowa metropolia w sercu Europy utrzymuje patologiczny stan, w którym dostęp do "małpki" czy czteropaka o 03:00 nad ranem jest traktowany jak podstawowe prawo człowieka. Jak informuje portal zyciewarszawy.pl, zgodnie z obecnymi przepisami maksymalna liczba zezwoleń na sprzedaż napojów alkoholowych do 4,5 proc. zawartości alkoholu oraz na piwo w Warszawie wynosi 6 140.
Nocna prohibicja. Warszawski wódopój ma się świetnie
A to oznacza, że alkohol może sprzedawać maksymalnie 3 020 punktów gastronomicznych oraz 3120 sklepów i stacji benzynowych. Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę tylko handel, to wychodzi na to, że w Warszawie jeden sklep przypada na jakieś 650 osób. Włączając w to niemowlęta. Dla porównania: w Szwecji sklepów z alkoholem (powyżej 3,5 proc.) jest mniej niż 500 na cały niespełna 11-milionowy kraj.
Konstancin-Jeziorna właśnie przyjął uchwałę, zgodnie z którą sprzedaż alkoholu w placówkach handlowych jest zakazana w godzinach 22:00-6:00. Regulacje obejmują punkty handlowe oraz stacje benzynowe i dotyczą całej gminy.
To kolejny sygnał dla stolicy, że może jednak warto nieco ograniczyć sprzedaż alkoholu. Skoro sąsiedzi potrafią postawić na szali komfort życia mieszkańców kontra zysk z nocnej sprzedaży wódki i wybierają to pierwsze, to dlaczego Warszawa wciąż się boi?
A może inaczej: czego boją się władze miasta? Buntu pijaków? Na razie podobne ograniczenia obowiązują w części miasta (w dzielnicach Śródmieście i Praga-Północ). Ale ościenne miejscowości nie zasypiają gruszek w popiele. Nocna prohibicja obowiązuje m.in. w Piasecznie, Ząbkach, Zielonce, Sulejówku, Grójcu, Nieporęcie, Legionowie, Raszynie oraz Michałowicach.
I świat się nie zawalił. Mieszkańcy mogą kupić alkohol na zapas, albo iść spać, jeśli o 02:00 w nocy zabraknie im paliwa do imprezowania. Szukanie "wodopoju" przestało być opcją i nic wielkiego się nie stało.
I zauważmy, że to wszystko i tak dotyczy tylko sklepów z alkoholem. Nikt, przynajmniej na razie, nie proponuje nocnej prohibicji w sektorze gastronomicznym!
Zakaz sprzedaży alkoholu nocą. Warszawo, popatrz na Kraków
Kraków wprowadził nocną prohibicję w 2023 roku. Efekty są? Są. Porównując lipiec 2025 do lipca 2022, liczba interwencji policji związanych ze spożywaniem alkoholu spadła o niemal 70 proc. O jedną trzecią rzadziej interweniowali strażnicy miejscy.
Jest ciszej, bezpieczniej. Miasto nie upadło, a turyści nie uciekli. Po prostu skończyło się dobijanie procentami na ławce w parku o czwartej rano.
Co może być zaskakujące, nie spadła liczba osób przyjmowanych na Szpitalne Oddziały Ratunkowe, a tego właśnie spodziewali się zwolennicy nocnej prohibicji. Nie wiadomo jednak, czy w tym gronie jest więcej czy mniej osób, które trafiły tam z powodu alkoholu (zarówno zatruć, jak i podlewanych wódką plemiennych bitew).
Być może faktycznie gorzej mają się sklepy monopolowe. No ale bądźmy poważni: czy modelem biznesowym osiedlowego sklepu musi być rozpijanie ludzi w nocy? Czy koszty sprzątania miasta, interwencji policji i pogotowia nie przewyższają zysków z akcyzy z tych kilku nocnych godzin?
Sam niedawno liczyłem, ile państwo traci na alkoholu. W skrócie: wpływy z akcyzy są o wiele niższe, niż koszty leczenia alkoholizmu i innych chorób alkoholem wywołanych. Czy naprawdę nikt w tzw. zespole sprzedażowym nie może powiedzieć "dość"? Nie musimy chyba dokładać tzw. wyzwalaczy osobom z problemem alkoholowym. Są ważniejsze sprawy, niż zysk przedsiębiorstwa. Prawo matki do uśpienia dziecka, prawo seniora do przespania nocy bez strachu, że ktoś właśnie demoluje ławkę pod klatką.
Każdy, kto mieszka w pobliżu całodobowego sklepu z alkoholem – a w Warszawie to przecież co druga ulica – zna ten scenariusz. Pielgrzymki "zmęczonych" imprezowiczów, awantury o dwa złote, sikanie po bramach i ten wszechobecny strach, gdy wracasz późno do domu i musisz minąć grupę dyskutującą o życiu nad kolejną butelką.
Zobacz także
