Morawiecki lansuje się na tle auta elektrycznego made in Poland. To śmieszne, bo polska furgonetka "na prąd" to mrzonka

Wicepremier Mateusz Morawiecki odsłania prototyp Elvi.
Wicepremier Mateusz Morawiecki odsłania prototyp Elvi. Fot. Łukasz Cynalewski / Agencja Gazeta
Elvi – „elektryczny samochód przyszłości”, jak mówili o nim przedstawiciele Ursusa i HCP, poznańskich zakładów Cegielskiego – niewątpliwie przykuwał uwagę gości targów w Hanowerze. Wydrukowany w technologii 3D model ma być przedsmakiem przyszłej potęgi polskiego przemysłu motoryzacyjnego. – To jednak zaczynanie od końca – mówi nam ekspert.

Wicepremier Mateusz Morawiecki znalazł się wśród tych przedstawicieli Polski, którzy w Hanowerze mieli pełne ręce roboty. Zapewne nie przypadkiem szef resortu rozwoju znalazł się na stoisku firm Ursus i HCP, które w piątek odsłoniły model Elvi. – HCP to duma Poznania, Wielkopolski, ale i Polski. Symbol naszej zaradności. Robotnicy, którzy tu pracowali, dali też w 1956 roku początek polskiej drodze do wolności. O tym wszystkim musimy pamiętać – dowodził wicepremier w swoim wystąpieniu.



Niestety, jeżeli chodzi o czasy współczesne, diagnoza ta pozostaje na razie pobożnym życzeniem. W 2009 roku sytuacja zakładów zaczęła się gwałtownie pogarszać, m.in. ze względu na upadłość Stoczni Szczecińskiej, potem konieczność zwolnień w poszczególnych spółkach przedsiębiorstwa. Podejmowane w ostatnich latach próby wynegocjowania nowych kontraktów, czy powrotu do budowy silników, nie przyniosły większych efektów. Teraz – przy okazji Elvi – rękę chce wyciągnąć rząd, a konkretniej Polski Fundusz Rozwoju, który w piątek podpisał z HPC specjalną umowę inwestycyjną.
– Mam nadzieję, że zakłady Cegielskiego zyskają trzecie życie, wyjdą z kłopotów i staną się symbolem reindustrializacji oraz odrodzonego polskiego przemysłu – skwitował wicepremier Morawiecki. Ta nadzieja nie jest bezpodstawna, w HPC powstał napęd elektryczny, który – zdaniem twórców – ma szansę podbić branżę motoryzacyjną. – Nasza konkurencja nie będzie w stanie stawić nam czoła. Agresywnie zaatakujemy rynek – kwitował prezes zakładów Wojciech Więcławek. – Napęd, który prezentujemy zrewolucjonizuje świat motoryzacji – dorzucał. A najlepszym przykładem ma być właśnie Elvi.

Chyba nie pójdziemy do sądu...
Tu jednak zaczynają się schody. – Ursus od dłuższego czasu próbuje wejść na rynek pojazdów elektrycznych. I rzeczywiście, o ile utrzymają tempo i zapewnią sobie dopływ funduszy, będą mieli szansę zaistnieć – mówi INN:Poland Wojciech Drzewiecki, prezes Instytutu Badań Motoryzacyjnych SAMAR. – Z samochodem dostawczym, w którym są inne wymagania dotyczące konstrukcji, a na dodatek auto nie musi być piękne, żeby klienci je kupowali, powinno być nieco łatwiej. Ale tu zawsze pojawia się pytanie o środki i zaplecze inżynieryjno-techniczne – podsumowuje.

Cóż, z tym drugim nie powinno być problemu: kompetencji i know-how specjalistów z firmy Ursus czy HCP nikt nie kwestionuje. Ale barierą nie do przeskoczenia mogą się okazać pieniądze. – Biorąc pod uwagę nową konstrukcję, ostatnim takim dużym projektem wprowadzonym na rynek było volvo XC90. Chodziło o kwotę rzędu bodaj 11 mld dolarów – szacuje Drzewiecki. – Tymczasem u nas mówi się o inwestycjach rzędu 10 milionów złotych na początek. To kwota kompletnie nieadekwatna do rzeczywistych kosztów – dodaje.
Jego zdaniem przy obecnych zasięgach aut elektrycznych dla polskiego konsumenta inwestycja w takie auto pozbawiona jest większego sensu: w najwydajniejszych autach elektrycznych zasięg na jednym ładowaniu z trudem dobija poziomu 300-400 km, tańsze samochody mogą przejechać 150-200 km, przy założeniu, że jeździmy nimi delikatnie.

Poza tym Ursus niemal co miesiąc prezentuje kolejne projekty elektrycznych pojazdów: trudno uwierzyć, by ostał się choćby co drugi z nich biorąc pod uwagę skromne środki. – Traktowałbym te projekty jako produkcje studyjne: robimy kilka i patrzymy, który jest najbardziej obiecujący. I w taki inwestujemy gros środków – podkreśla Drzewiecki. Elvi? – Cóż, nie wygląda źle: typowo miejski samochód dostawczy – przytakuje.

Zdaniem Drzewieckiego, zakłady Cegielskiego nie powinny mieć problemu z dostarczeniem samego silnika do takiej furgonetki. Wyzwania tkwią gdzie indziej. – Największe problemy są związane z elektroniką i sterowaniem – ucina szef Instytutu SAMAR. No i z nazwą, bowiem Elvi to także nazwa holenderskiej firmy zajmującej się produkcją ładowarek do aut elektrycznych. Reporter „Gazety Wyborczej”, który zauważył w Hanowerze stoisko tej firmy, zapytał Holendrów o ich reakcję na podobieństwo nazw. – Chyba nie pójdziemy do sądu, choć mamy zastrzeżony znak towarowy na całą Europę – brzmiała kwaśna odpowiedź. – Nie obrazimy się, jeśli będą nam płacić za licencję – dodał przedstawiciel (firmy) Elvi.
Priorytety są gdzie indziej
Być może zatem „sztandarowy polski samochód elektryczny”, produkowany przez odrodzone z popiołów potęgi przemysłowe XX wieku, czeka zmiana brandu. Ale równie dobrze, polskiego dostawczaka możemy w ogóle nie doczekać.

– Szczerze mówiąc, nie widzę środków, z których dałoby się sfinansować taki projekt. Zwłaszcza, że nie chodzi wyłącznie o zaprojektowanie auta. To jeszcze kilka lat testów, minimum trzy. Bo jak coś ma wyjechać na drogę, to musi być przebadane: zrobić tysiące kilometrów, w rozmaitych warunkach atmosferycznych – mówi Drzewiecki. A to początek, bo potem trzeba włożyć drugie tyle w marketing, który pozwoli dotrzeć do potencjalnych klientów i jeszcze przekona ich, że polska furgonetka to najlepszy wybór.

– Biorąc pod uwagę, jak olbrzymie to wyzwanie, a także jak skromnymi środkami dysponujemy, koncentrowałbym się na rozwoju infrastruktury – podkreśla szef Instytutu SAMAR. – Nie mówię tylko o słupkach do ładowania pojazdów, ale o produkcji energii, renowacji czy odświeżeniu linii przesyłowych, stopniowym przestawianiu się na produkcję z czystych, odnawialnych źródeł energii, bo w przypadku masowej motoryzacji nie będziemy mogli bazować na węglu – wylicza. – To w taki właśnie sposób będziemy w stanie wskoczyć do pociągu pod nazwą „elektryczna mobilność” – ucina.

I być może na takim scenariuszu się właśnie skończy. Bo miło pokazać się przy Elvi, Arrinerze Hussaryi czy nawet elektrycznej Syrenie – ale koniec końców decyduje to, ile trzeba wysupłać z portfela. Zwłaszcza gdy za pasem są inne potężne wydatki.

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...