Nie ma szans, by do Polski przyjechali na stypendia zagraniczni studenci.
Nie ma szans, by do Polski przyjechali na stypendia zagraniczni studenci. Małgorzata Kujawka/Agencja Gazeta

Resort nauki nie marnuje czasu: już w przyszłym roku ma powstać Narodowa Agencja Współpracy Akademickiej. – Będzie to instytucja, która wypracuje model stypendiów dla polskich studentów, doktorantów, naukowców, wyjeżdżających za granicę, a także system stypendialny dla studentów i naukowców przyjeżdżających do Polski – kwituje Jarosław Gowin. Głównym zadaniem NAWA ma być zatrzymanie naukowców w Polsce i przyciągnięcie tu zagranicznych talentów. W przewidywalnej perspektywie to jednak marzenie ściętej głowy.

REKLAMA
Z diagnozą ministra Gowina trudno dyskutować. – Przez ponad dwieście lat to my byliśmy drenowani z najzdolniejszych, najbardziej kreatywnych umysłów – mówił szef resortu nauki w niedawnej rozmowie z PAP. – Pora najwyższa, żeby ten kierunek odwrócić: mam na myśli ściąganie do Polski nie tylko zdolnych doktorantów, doktorów, profesorów zza naszej wschodniej granicy. Stać nas już na to, żeby ściągać także młodych zdolnych naukowców z zachodu Europy, czy właściwie z całego świata – kwitował.
Gra toczy się o to, czy polska gospodarka będzie innowacyjna – przekonuje minister. Warunkiem osiągnięcia tego celu ma być oparcie się na „zasobach polskiej nauki”, jak można się domyślać, kadrowych. Poza NAWA czynnikiem decydującym miałaby być „nowa konstytucja” dla polskiej nauki, o której jednak środowisko będzie dyskutować długimi miesiącami – taka dyskusja ma się odbyć choćby podczas przyszłorocznego Kongresu Nauki. Problem w tym, że będzie to dyskusja kompletnie abstrakcyjna: rządowi w Warszawie – jakiemukolwiek – będzie bardzo trudno powstrzymać eksodus polskich naukowców.
Dumne 3 procent?...
Nikt nie ma wątpliwości, że idea przyświecająca planom ministra Jarosława Gowina jest chwalebna. – Polskie szkolnictwo wyższe i nauka są bardzo nisko umiędzynarodowione – mówi nam były minister nauki oraz były szef Polskiej Akademii Nauk, prof. Michał Kleiber. – Do niedawna odsetek zagranicznych studentów w Polsce nie przekraczał 1 procenta, dzisiaj z dumą podkreślamy, że osiągnęliśmy 3 procent – dodaje.
Minister Nauki i Szkolnictwa Wyższego Jarosław Gowin ostatnio raczy nas bardzo ambitnymi planami rozwoju innowacyjnej przedsiębiorczości.
Minister Nauki i Szkolnictwa Wyższego Jarosław Gowin ostatnio raczy nas bardzo ambitnymi planami rozwoju innowacyjnej przedsiębiorczości. Marcin Onufryjuk/Agencja Gazeta
Około dwóch trzecich tej grupy zagranicznych studentów to chętni z Białorusi i Ukrainy. I z jednej strony, to świetnie, że Polska stanowi dla nich atrakcyjny magnes. Z drugiej jednak, jak podkreśla prof. Kleiber, to za mało: apetyty na zagranicznych naukowców są nad Wisłą znacznie większe. – Spędziłem kilkanaście lat życia, pracując w różnych krajach, w tym takich z naukowej i gospodarczej czołówki. Wpływ zagranicznych studentów w tych ostatnich jest niezwykle pozytywny. Ci ludzie stają się ambasadorami uczelni i kraju za granicami Polski – mówi były minister.
Kłopot w tym, że Polska przez wiele lat nie była dla cudzoziemców atrakcyjnym miejscem pracy. I dziś jest pod tym względem niewiele lepiej. – Teraz są u nas miejsca równie atrakcyjne, jak najlepsze europejskie uczelnie. Ale generalnie system wynagrodzeń oraz świadczenia socjalne są dalekie od tego, czego mogą oczekiwać zachodni naukowcy – twierdzi prof. Kleiber. Innymi słowy, dla Francuza czy Niemca polska emerytura jest dokładnym przeciwieństwem tego, czym jest niemiecka emerytura dla Polaka.
– Dzisiaj jest praktycznie nierealne, żeby do pracy w Polsce przyjechał jakiś noblista, czy ktoś o podobnych kwalifikacjach – podsumowuje były szef PAN. Nie chodzi zresztą wyłącznie o pieniądze. Zagranicznych naukowców może odstraszać konserwatyzm starej kadry akademickiej, brak infrastruktury naukowej, niewielkie środki na badania, niewielkie możliwości współpracy z biznesem. Do migrowania nad Wisłę nie zachęcają też notowania polskich uczelni.
Wysyłamy studentów tylko do najlepszych
Chodzi przede wszystkim o pozycję polskich uniwersytetów w rankingach takich, jak ranking szanghajski. W tegorocznym zestawieniu polskie uniwersytety wylądowały w ostatniej – piątej – setce. I choć metodologia tworzenia tego rankingu i kryteria, po jakie sięgają autorzy, bywają zbywane przez akademików wzruszeniem ramion i znaczącym milczeniem, to dla decydentów spoza środowiska akademickiego zestawienie to pozostaje wyznacznikiem. – Rozmawiałem np. z ministrem odpowiedzialnym za szkolnictwo wyższe w Chinach. Mówiłem mu, że chcielibyśmy mieć w Polsce jak najwięcej zdolnych chińskich studentów. Usłyszałem, że „owszem, jesteśmy w stanie oferować nawet stypendia, ale wysyłamy studentów wyłącznie na uczelnie, które są w pierwszej setce Rankingu Szanghajskiego” – wspomina prof. Kleiber.
Wizyta zagranicznych studentów na Uniwersytecie Łódzkim. W Polsce zaledwie trzech na stu studentów to cudzoziemcy.
Wizyta zagranicznych studentów na Uniwersytecie Łódzkim. W Polsce zaledwie trzech na stu studentów to cudzoziemcy. Fot. Małgorzata Kujawka / Agencja Gazeta
Nasze utyskiwania zatem nikogo nie obejdą: pozycję w rankingach po prostu trzeba poprawić, jeżeli marzy nam się przyciąganie czołowych – czy przynajmniej obiecujących – naukowców. Nieco inaczej mają się sprawy w przypadku studentów: tu, paradoksalnie, niewielkie możliwości finansowe przekładają się na niewielkie wymogi finansowe. Dla studentów ze Wschodu Europy Polska może się jawić jako względnie łatwo – i tanio – dostępna alternatywa dla zachodnich placówek. Żaków z Zachodu przyciągnąć do Polski można ceną.
Jaką? To tłumaczył nam kilka miesięcy temu rzecznik prasowy Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu, prof. dr hab. n. med. Marek Ruchała. – Jeśli chodzi o studia w języku angielskim, to na naszym wydziale lekarskim mamy w tej chwili 370 osób z zagranicy na studiach 6-letnich, 213 na 4-letnich i dodatkowo 192 na wydziale stomatologicznym – opowiadał. – Rocznie za naukę płacą oni pomiędzy 16 a 19 tysięcy dolarów – wyjaśniał.
– Nominalnie, dla osób z państw unijnych, studia w Polsce są darmowe. Nawet jeśli są płatne, nie są to sumy porównywalne z zachodnią ofertą – mówi z kolei prof. Kleiber. – Już to sprawia, że są atrakcyjne. Dlatego mamy wielu studentów ze Stanów Zjednoczonych i Skandynawii. Ale oni tu nie zostaną, zawodowo – nie będziemy mieli z tego korzyści – ucina.
Nie tylko fundusz
Jak podkreśla nasz rozmówca, stosunkowo łatwo można byłoby stworzyć fundusz stypendialny, który podwyższyłby odsetek cudzoziemskich studentów do np. 7 procent – wciąż daleko do takiej Wielkiej Brytanii (która co roku gości około 130 tysięcy nowych studentów spoza kraju), ale na poziomie Hiszpanii. Tyle że wraz z wydaniem dyplomu drzwi za zagranicznymi studentami zamykają się z trzaskiem.
Pochód rektorów krakowskich uczelni. Podobno konserwatyzm naszej kadry akademickiej również działa odstraszająco na cudzoziemców.
Pochód rektorów krakowskich uczelni. Podobno konserwatyzm naszej kadry akademickiej również działa odstraszająco na cudzoziemców. Fot. Michał Łepecki / Agencja Gazeta
– Żeby zatrzymać zagraniczne talenty, panu Gowinowi potrzebne będzie znacznie więcej niż jakiś fundusz – kwituje prof. Kleiber. – Atrakcyjność kraju to synergia rozmaitych działań: poza szkolnictwem, to wynik regulacji sprzyjających rozwijaniu innowacyjnych pasji, kultura szacunku dla kreatywności ludzkiej, wizerunek kraju sprzyjającego młodym zdolnym ludziom – wylicza. Granty? Walczą o nie nieliczni, choć po kilku latach bez prowadzenia własnych projektów badawczych naukowiec przestaje być „na bieżąco” i z perspektywy innych naukowców równie dobrze mógłby mieć zakaz wykładania.
Nie ma kraju na świecie, w którym naukowcy nie narzekaliby na swoje pobory: niemal wszędzie, również na Zachodzie, w laboratoriach akademickich zarabia się gorzej niż w przemysłowych. W Polsce jednak za rozwojem gospodarki nie następują wzrosty płac na uczelniach.
– W cywilizowanym świecie jest tak, że kto wygrywa konkurs, ten negocjuje warunki – dorzuca jeszcze były szef PAN. – To nie tylko pensja, ale i możliwości zatrudnienia swoich pracowników, dostęp do komputerów czy laboratorium. U nas wszystko z góry wiadomo: i dlatego wiele osób nie zadaje sobie nawet trudu, by spróbować swoich sił w konkursach – podsumowuje. Trudno sobie wyobrazić, by za rok, dwa, a nawet pięć było inaczej.

Napisz do autora: mariusz.janik@innpoland.pl