
Rząd w Warszawie zaskarżył w Trybunale Sprawiedliwości weto Komisji Europejskiej w sprawie podatku handlowego, jakim Polska chciała obłożyć sklepy wielkopowierzchniowe. Paradoksalnie, odkopując topór wojenny w relacjach z Brukselą, Warszawa chce nadal negocjować z Unią zmodyfikowaną postać tego samego podatku, o który chce walczyć przed Trybunałem. – To wszystko mieści się w tym rządowym hałasie informacyjnym – mówi nam była szefowa Urzędu Antymonopolowego i specjalistka w dziedzinie pomocy publicznej, Anna Fornalczyk. Jej zdaniem, trzeba umieć pomagać rodzimym firmom.
REKLAMA
Komisja Europejska zakwestionowała podatek handlowy – jedno z kluczowych haseł z okresu kampanii wyborczej oraz planowane, wcale niemałe, źródło przychodów budżetowych. Powód był prosty i dla wszystkich zainteresowanych dosyć oczywisty: danina ta faworyzowała mniejsze sklepy kosztem tych wielkopowierzchniowych, co w odpowiedniej interpretacji może uchodzić za pomoc publiczną, czy też raczej jej niedozwoloną formę. Bruksela zablokowała wejście w życie tego podatku na czas przeprowadzenia stosownych analiz.
Gabinet Beaty Szydło postanowił jednak nie ustępować. Jak poinformowała rzeczniczka ministerstwa spraw zagranicznych, Joanna Wajda, na prośbę ministerstwa finansów, nasza dyplomacja wystąpiła ze skargą na stanowisko Komisji do Trybunału Sprawiedliwości UE. Polska nalega na uznanie wspomnianej interpretacji za błędną, a nakaz bezzwłocznego zawieszenia stosowania progresywnej skali podatku od sprzedaży detalicznej – za naruszenie unijnego prawa.
– To się mieści w rządowym hałasie informacyjnym – kwituje w rozmowie z INN:Poland była szefowa Urzędu Antymonopolowego oraz założycielka firmy konsultingowej COMPER Fornalczyk i Wspólnicy Sp. J., Anna Fornalczyk. – Widać ktoś wpadł na pomysł „to oddajmy to do Trybunału”. Tymczasem Trybunał zapewne tę skargę oddali, ponieważ wciąż toczy się postępowanie przed Komisją Europejską – podkreśla. Rzeczywiście, zanim MSZ zdążył poinformować o swojej inicjatywie, wicepremier Mateusz Morawiecki zapowiedział, że podatek handlowy – w zmodyfikowanej formie – będzie jeszcze negocjowany z Brukselą.
Możemy, to robimy...
Dotychczasowa wersja tej daniny, którą wicepremier Morawiecki chciał wprowadzać w życie już we wrześniu br., zakładała ustanowienie dwóch stawek podatku handlowego – sklepy osiągające przychód w widełkach od 17 do 170 mln złotych miesięcznie miały płacić podatek rzędu 0,8 proc., natomiast sklepy o największych obrotach (powyżej 170 mln zł, rzecz jasna), miały płacić podatek rzędu 1,4 proc. W przyszłorocznym budżecie miało się znaleźć niemal 2 miliardy złotych z tego tytułu.
Dotychczasowa wersja tej daniny, którą wicepremier Morawiecki chciał wprowadzać w życie już we wrześniu br., zakładała ustanowienie dwóch stawek podatku handlowego – sklepy osiągające przychód w widełkach od 17 do 170 mln złotych miesięcznie miały płacić podatek rzędu 0,8 proc., natomiast sklepy o największych obrotach (powyżej 170 mln zł, rzecz jasna), miały płacić podatek rzędu 1,4 proc. W przyszłorocznym budżecie miało się znaleźć niemal 2 miliardy złotych z tego tytułu.
Po wecie Brukseli rząd znalazł się w punkcie wyjścia. – Pracujemy nad różnymi innymi wersjami tego podatku i wejdziemy najprawdopodobniej w dialog z Komisją Europejską, żeby mieć pewność, że to jest akceptowane ze strony KE – zapewniał Morawiecki. – Czy nowa wersja zostanie ogłoszona, czy nie, uzależniamy od prac w ramach naszego rządu, a z drugiej strony, od współpracy z Komisją Europejską – dodawał.
To chyba oznacza, że na dotychczasowym pomyśle nawet rząd postawił kreskę, a skarga była co najwyżej stroszeniem piór. – Trybunał nie rozpatruje spraw szybko, nawet jeżeli nie odrzuci tej skargi – mówi nam Anna Fornalczyk. – Trudno więc oczekiwać, żeby skarga doprowadziła do szybkiej akceptacji podatku przez UE i wprowadzenia go w życie. To raczej pokazywanie eurokratom: mamy siłę, mamy możliwość, robimy to – ucina.
...bo we Francji też tak jest
Zdaniem byłej szefowej Urzędu Antymonopolowego, podobne daniny próbowano ustanowić również w innych krajach: w Hiszpanii, Portugalii i Włoszech. Za każdym razem Komisja Europejska kwestionowała proponowane rozwiązania, a ostateczna wersja „docierała się” w ramach wielomiesięcznych negocjacji. Dziś rząd w Warszawie twierdzi, że podatek handlowy w postaci takiej, jak proponowana, obowiązuje np. we Francji i w Hiszpanii. Na ten argument powoływał się w korespondencji z MSZ wiceminister finansów Wiesław Janczyk.
Zdaniem byłej szefowej Urzędu Antymonopolowego, podobne daniny próbowano ustanowić również w innych krajach: w Hiszpanii, Portugalii i Włoszech. Za każdym razem Komisja Europejska kwestionowała proponowane rozwiązania, a ostateczna wersja „docierała się” w ramach wielomiesięcznych negocjacji. Dziś rząd w Warszawie twierdzi, że podatek handlowy w postaci takiej, jak proponowana, obowiązuje np. we Francji i w Hiszpanii. Na ten argument powoływał się w korespondencji z MSZ wiceminister finansów Wiesław Janczyk.
Nie jest do końca prawda. Francuzi wprowadzili w 2010 roku podatek od lokali użytkowych, który obowiązuje sklepy otwarte w ciągu poprzedniego półwiecza, prowadzące sprzedaż detaliczną na powierzchni przekraczającej 400 m kw., a także osiągające obroty od 460 tys. euro w górę. Dokładną daninę wylicza się indywidualnie na podstawie stosunku rocznych obrotów do powierzchni lokalu. Hiszpanie z kolei opodatkowali sklepy wielkopowierzchniowe (powyżej 2500 m kw.), ale tylko w określonych regionach i w ustalanym regionalnie wymiarze (najwyższa stawka to 17,42 euro/m kw.). W grę mógłby też wchodzić podatek węgierski – w ubiegłym roku gabinet Viktora Orbana, po przegranej batalii z Brukselą o progresywny podatek od handlu, przystał na jednolitą stawkę, obowiązującą wszystkie sklepy i wynoszącą o,1 proc. wartości obrotów.
– Od pół wieku Francja uchodzi za przykład kraju bardzo zetatyzowanego – mówi nam prof. Fornalczyk. – Jak chce się poprzeć jakieś rozwiązanie, w którym uprawnienia państwa zostają wzmocnione, mówi się „bo we Francji też tak jest”. Tymczasem tak Francuzi, jak i Hiszpanie przeszli bardzo długi proces modyfikowania swoich propozycji podatku handlowego. Na ostateczne jego formy Komisja Europejska wyraziła zgodę. U nas straszy się Komisją Europejską, tymczasem to instytucja powołana nie tylko do tworzenia, ale i egzekwowania unijnego prawa. Bywa, że to właśnie zagraniczne firmy i rządy skarżą się na liberalne podejście KE do Polski: zobaczcie, co się nad tą Wisłą dzieje, nam nie pozwalacie, a oni mogą? – opowiada.
– Więc jeżeli Komisja Europejska w końcu zaakceptuje nasz podatek handlowy, to proszę bardzo, niech tak będzie – podsumowuje Fornalczyk. – Chociaż będzie to administracyjna ingerencja w życie gospodarcze i osobiście jestem takim obciążeniom przeciwna. Państwo powinno łagodzić słabości rynku, a nie go zastępować – mówi.
Budżet i jego perspektywa
Cóż, z perspektywy rynkowego liberała moglibyśmy powiedzieć, że Polska jest jednym z tych państw europejskich, które na pomoc publiczną dla firm wydają wyjątkowo mało. Janusz Wojciechowski, członek Europejskiego Trybunału Obrachunkowego, podczas niedawnej prezentacji w Sejmie raportu ETO o wykonaniu budżetu UE szacował, że na głowę przeciętnego Polaka przypada zaledwie 100 euro wydanych na ten cel środków (w latach 2010-2014).
Cóż, z perspektywy rynkowego liberała moglibyśmy powiedzieć, że Polska jest jednym z tych państw europejskich, które na pomoc publiczną dla firm wydają wyjątkowo mało. Janusz Wojciechowski, członek Europejskiego Trybunału Obrachunkowego, podczas niedawnej prezentacji w Sejmie raportu ETO o wykonaniu budżetu UE szacował, że na głowę przeciętnego Polaka przypada zaledwie 100 euro wydanych na ten cel środków (w latach 2010-2014).
Jedni uznają to za „zaledwie”, inni za „aż”. Dodajmy, że we wspomnianym okresie wszystkie państwa Unii Europejskiej wydały w ramach pomocy publicznej astronomiczną kwotę 400 mld euro. W tej puli pieniądze wydane przez polski rząd sięgnęły zaledwie 17 mld euro. Dla porównania Niemcy wydały 90 mld euro, Francja – 70 mld. Per capita z kolei największe wsparcie oferują swojemu biznesowi Finowie. Polska jest w tych zestawieniach gdzieś w ogonie drugiej dziesiątki.
– Im bogatszy kraj, tym większa pomoc publiczna: to prosta zasada – zastrzega Anna Fornalczyk. – Najpierw muszą być pieniądze, które można chwycić i wydać, a tego w Polsce nigdy nie było zbyt wiele. Dlatego więksi i bogatsi wydają na pomoc publiczną więcej. Tylko, że to nie znaczy, iż taka pomoc narusza przepisy obowiązujące w Unii Europejskiej. Te kwoty są wydawane zgodnie z unijnym prawem – dodaje. A skoro Polska aspirowała do tego klubu, musi przestrzegać jego zasad i lokować środki na pomoc publiczną w taki sposób, by Bruksela nie mogła zakwestionować sposobu ich wydawania.
Sprawa tym bardziej paląca, że terminy nas gonią. Po pierwsze, chodzi o potencjalne wpływy do polskiego budżetu, z których rząd zapewne nie chciałby rezygnować. – I jak się uprze, to wprowadzą ten podatek bez oglądania się na Brukselę, zgodnie z filozofią, „wprowadzamy, a potem zobaczymy, co powiedzą”. Będzie to naruszenie pewnych reguł, ale sądząc po tym, co dzieje się do tej pory, nie jest to scenariusz niemożliwy – uzupełnia była szefowa Urzędu Antymonopolowego.
Po drugie, według prof. Fornalczyk, dotychczasowe spory między Warszawą a Brukselą mogą doprowadzić do sytuacji, w której wykorzystanie unijnych środków z bieżącej perspektywy budżetowej utknie w martwym punkcie. – Przypominam, że czekamy na odblokowanie czterech miliardów złotych, które Unia nam zablokowała. W obecnej sytuacji możemy się z dużą dozą pewności spodziewać, że Bruksela będzie bardzo rygorystycznie podchodzić do przepisów związanych choćby z pomocą publiczną. Będzie miała wiele wątpliwości i będzie stawiać wiele pytań. A do 2020 roku, a więc końca obecnej perspektywy, zostało już w gruncie rzeczy, niewiele czasu – ucina.
Napisz do autora: mariusz.janik@innpoland.pl
