Mania wielkości potrafi położyć każdą firmę, nawet symbol branży. Jedna z takich ikon właśnie ogłosiła bankructwo

Slash z jedną z sygnowanych swoim nazwiskiem gitar Gibsona.
Slash z jedną z sygnowanych swoim nazwiskiem gitar Gibsona. Fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta
Za gitary Gibsona łapali się najwięksi. Na akustycznym jumbo J-200 brzdąkał Elvis Presley, na słynnej Lucille grał B. B. King, charakterystyczny „diabełek” modelu SG towarzyszył AC/DC i Black Sabbath, na modelach Les Paul gra Jimmy Page z Led Zeppelin i Slash, który ostatnio przekazał jedną ze swoich gitar na Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy. Drogie, ale też cieszące się swoistym kultem gitary, wydawały się biznesowym samograjem: pożądało ich wystarczająco wielu muzyków na całym świecie, by utrzymać średniej wielkości firmę. A jednak wczoraj Gibson – obecnie Gibson Brands Inc. – ogłosił bankructwo.

Nie jest to pierwsze potknięcie firmy. Produkujące instrumenty od 1894 roku przedsiębiorstwo najlepsze czasy przeżyło w latach 60. i 70., gdy idole pokolenia dzieci-kwiatów chwycili za instrumenty, by wydawać na nich najróżniejsze, coraz bardziej ekstrawaganckie dźwięki. Kultura muzyki rockowej była budowana na gitarach Gibsona i jego arcyrywala – firmy Fender. Gitarzyści do dziś spierają się, która z firm produkuje lepsze instrumenty.

Pierwsze bankructwo Gibsona
W tej rywalizacji Gibson był marką sprawdzoną. Robi instrumenty stosunkowo proste i toporne, za to charakteryzujące się mocnym, specyficznym wybrzmiewaniem, niemałym ciężarem, użyciem egzotycznych gatunków drewna (heban, mahoń, palisander). W muzyce jednak – jak na każdym rynku, na którym karty rozdaje masowy klient – również rządzą mody.

U progu lat 80. klasyczne kształty i brzmienia gitar elektrycznych poszły do lamusa – pojawili się nowi gracze, zwłaszcza firmy z Japonii oraz lokalni producenci w rozmaitych krajach. Narodziły się ekstremalne gatunki muzyczne, gdzie artyści szukali czegoś, co brzmi – a przede wszystkim wygląda – groźniej. Krągłości gitar ze stajni Gibson zrobiły się passe: na rynku zaczęły rządzić smukłe „strzały”, „pająki” i inne „błyskawice”. Generacja heavymetalowych wirtuozów szukała gitar lżejszych, wygodniejszych, pozwalających na więcej technicznych sztuczek.


W 1986 roku firmie zajrzało w oczy widmo bankructwa, po raz pierwszy. Wtedy właśnie pojawił się w niej Henry Juszkiewicz – syn polskiego oficera, który po wojnie emigrował do Argentyny, a potem do Stanów Zjednoczonych. 33-letni biznesmen namówił dwóch kolegów i za pięć milionów dolarów przejęli padającą firmę.

Potomkowi emigrantów z Polski udało się przywrócić Gibsonom blask. Nie bez udziału mód, gdyż stylistyka lat 80. w kolejnej dekadzie trafiła do lamusa. Muzycy Pearl Jam, Soundgarden, Nirvana i setki innych zespołów, które wówczas ożywiły muzykę rockową, chciało wracać do klasycznych brzmień i stylowych, starych instrumentów. Gibson zaczął znów nabierać wiatru w żagle. Wśród posiadaczy gitar Gibsona nierzadko można spotkać takich, którzy są przekonani, że to była dla firmy najlepsza dekada: instrumenty z tamtych czasów są tyleż toporne, ile niezawodne.

Przeinwestowanie i upadek Gibsona
Ale w tym sukcesie tkwił zapewne zalążek dzisiejszej klęski. Gibson Guitar Corp., jak nazywała się wówczas firma, monetyzował sukces: zaczął stopniowo windować ceny. Dzisiaj w przypadku nowych instrumentów z najbardziej prestiżowych serii potrafią one dobijać poziomu od 15 do 30 tysięcy złotych (i nie mówimy tu o memorabiliach typu „gitara Jimiego Hendrixa”).

Choć zatrudniająca blisko 900 osób firma wciąż produkuje swoje flagowe instrumenty w USA, m.in. w Nashville, to część produkcji zaczęto delegować do Azji. Firma wplątała się w eksperymenty, które nie przysporzyły jej popularności w najważniejszym sektorze klientów – m.in. u schyłku poprzedniej dekady zaczęła produkować „roboty”, czyli gitary, które dzięki elektronicznym gadżetom stroiły się same. Hebanowe podstrunnice zastąpiło tworzywo o nazwie richlite, które nie budzi wielkiego zaufania użytkowników (choć inna kultowa firma, Martin, używa richlite już od początku tego stulecia). Progi gitar, które kiedyś były nabijane na gryf, a dla pewności podklejane, są już tylko nabijane.

Apetyt rósł w miarę jedzenia, tymczasem zaczął się kurczyć rynek – i to dramatycznie. – W poprzedniej dekadzie sprzedaż gitar elektrycznych załamała się z 1,5 mln do nieco ponad miliona rocznie – analizował w ubiegłym roku dziennik „Washington Post” w artykule zatytułowanym „Powolna, skryta śmierć gitary elektrycznej”. – Gibson i Fender tkwią w długach, PRS Guitars zwalniało ludzi i musiało zwiększyć produkcję najtańszych instrumentów. Największa sieć salonów, Guitar Center, ma 1,6 miliarda dolarów długów – dorzucali autorzy tekstu.

Restrukturyzacja firmy
Gdy sprzedaż zaczynała się załamywać, Gibson postawił na ucieczkę do przodu. Firma zaczęła przejmować inne brandy – producenta tańszych odpowiedników Gibsona, firmę Epiphone, producenta pianin i fortepianów Baldwin Company, producenta renomowanych perkusji – Slingerland. A co gorsza, Juszkiewicz – we właściwym sobie, nie znoszącym sprzeciwu, tonie ogłosił, że teraz Gibson będzie w awangardzie „muzycznego stylu życia”.

I za instrumentami poszła elektronika użytkowa, meble, odzież i dziesiątki innych produktów, które powstawały najczęściej w Azji, za to brand Gibson dodawał im „rockowego” anturażu, dzięki któremu można je było sprzedawać za cenę kilkakrotnie wyższa niż w przypadku tego samego sprzętu bez logo Gibson. Fala przejęć wpędziła Gibsona w długi sięgające dziś pół miliarda dolarów.

Firma nie składa, oczywiście, broni. Formalne wystąpienie o ochronę przed wierzycielami ma jej pozwolić przegrupować się, znaleźć nowych kredytodawców, którzy mieliby wyłożyć 135 mln dolarów na bieżące potrzeby restrukturyzacji długu i produkcji. Prawdopodobnie wszystkie gromadzone w konglomeracie spółki pójdą pod młotek, a Gibson wróci do produkcji gitar elektrycznych. Bo to nie jest tak, że nikt nie chce kupować robionych przez firmę Juszkiewicza gitar – sprzedaż „giboli”, jak mówią na nie polscy muzycy, sięga globalnie 170 tysięcy sztuk. Ale ostatnie zawirowanie dobitnie świadczy, że zarżnąć do się nawet kurę znoszącą złote jaja.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...

BLOGI

NAJNOWSZE WPISY

Bartłomiej BaranowskiBartłomiej Baranowski

Ponad roku temu polscy widzowie mogli zobaczyć, jak wygląda proces wydawania gry przez małe niezależne studio. Film dokumentalny „Wszystko z nami w porządku” ukazuje trud tworzenia produkcji „Lichtspeer”. O grach i o filmie porozmawiałem z twórcami gry oraz reżyserem filmu.

Bartłomiej DąbkowskiBartłomiej Dąbkowski

Pewne książki warto przeczytać, inne trzeba. Do tej drugiej kategorii zalicza się z pewnością „Siła Nawyku”, której autorem jest Charles Duhigg. Jak tłumaczy już sam podtytuł, książka pozwala zrozumieć „dlaczego robimy to co robimy i jak można to zmienić w życiu i biznesie”. Otóż okazuje się, że mózg działa według pewnych schematów.

Krzysztof SurgutKrzysztof Surgut

Twoja Firma została zaatakowana przez hakerów? No to może warto odpowiedzieć im "Pięknym za Nadobne" i przygotować lub zlecić kontratak? To nie jest najlepszy pomysł. Dlaczego? Zapraszam do lektury.