Odcinają się od świata. Rosyjscy posłowie chcą mieć własny, narodowy internet

Kreml już od dobrych kilku lat marzy o stworzeniu narodowej sieci, z cenzorskimi uprawnieniami na wzór tych, które obowiązują w Chinach.
Kreml już od dobrych kilku lat marzy o stworzeniu narodowej sieci, z cenzorskimi uprawnieniami na wzór tych, które obowiązują w Chinach. Fot. Kamil Gozdan / Agencja Gazeta
Eksperci nie wykluczają, że Rosja może się do tego przygotowywać od miesięcy, może i lat: odcięcie się od światowego internetu i stworzenie własnej infrastruktury uodporniłoby kraj na potencjalne ataki zagranicznych hakerów. A przy okazji pozwoliło jeszcze surowiej kontrolować własne społeczeństwo. Dlatego projektu deputowanych Dumy nie można zbyć wzruszeniem ramion.


Za zgłoszonym w poniedziałek projektem stoi trzech parlamentarzystów, z których dwóch należy do prezydenckiego zaplecza w parlamencie, partii Jedna Rosja. Trzecim natomiast jest niesławny bohater afery związanej z otruciem w 2006 r. rosyjskiego dysydenta i byłego oficera FSB, Aleksandra Litwinienki – Andriej Ługowoj.


Ten ostatni wydaje się być twarzą inicjatywy. – Cały kraj będzie jak na dłoni – przekonywał, komentując projekt, Ługowoj. – Zrozumiemy w końcu, skąd wpływa do nas internet, gdzie i dokąd wypływa – dorzucał.

Centrum zarządzania internetem
Projekt zakłada przede wszystkim znaczne zwiększenie państwowej kontroli nad przepływem informacji w internecie. Już dziś operatorzy na żądanie władz mogą blokować dostęp do określonych witryn – zgodnie z projektem, władze będą mogły robić to samodzielnie, poprzez urządzenia, które operatorzy będą musieli zamontować w swoich sieciach.


Siecią ma też zarządzać nowa instytucja, która – sądząc z opisu swoich kompetencji – miałaby częściowo wejść w buty Roskomnadzoru, instytucji odpowiedzialnej za kontrolę i cenzurę mediów w Rosji. Zgodnie ze spekulacjami mediów takie „centrum monitoringu” byłoby też kluczowym węzłem zarządzania rosyjskim internetem, w sytuacji, gdyby został odcięty od reszty światowej sieci.
Bo też w tle jest odseparowanie się od światowej sieci. Rosjanie motywują swój projekt „agresywnością” amerykańskiego monitoringu aktywności w sieci. Można się domyślać, że chodzi zarówno o działania amerykańskich służb, z NSA na czele – jak te, o których opowiedział światu Edward Snowden – jak i o intensywne zbieranie informacji przez korporacje takie jak Google, Facebook czy Amazon.


Co nie oznacza wolności od własnej historii: rosyjskie telekomy od kilku tygodni obowiązują nowe przepisy, tym razem zakładające, że operatorzy mają przechowywać wszystkie informacje, jakie tylko Rosjanie umieszczą online. Chodzi zarówno o video, fotografie, wpisy na portalach, jak i wiadomości w komunikatorach.

Rosyjski Wielki Mur
Czy takie odcięcie się od świata jest dziś w ogóle możliwe? – Technicznie jak najbardziej – przyznaje w rozmowie z INNPoland.pl Michał Jarski, specjalista ds. bezpieczeństwa sieci firmy Wheel Systems. – Podłączenie się do internetu zawsze było aktem dobrowolnym, choć związanym z dostosowaniem się do pewnych zasad i standardów. Jednocześnie jednak od lat wypracowywane są sposoby uniezależniania się – dodaje.

W uproszczeniu można powiedzieć, że chodzi o tworzenie odrębnych zasad i standardów, które są narzędziem zarządzania ruchem w specyficznych państwach. W odniesieniu do Korei Północnej możba by to nazwać krajowym intranetem, bo jedynie nieliczni zaufani przedstawiciele reżimu mają szansę buszować w światowych zasobach sieci. W Chinach, a teraz w Rosji, rodzi się raczej coś na kształt „cyfrowego Wielkiego Muru”, jak nazywają tamtejsze systemy specjaliści.
Zakres takiego uniezależnienia może być rozmaity: jedni poprzestaną na zablokowaniu dostępu do niewygodnych źródeł informacji, jak zachodnie serwisy informacyjne czy wyszukiwarki. Inni wprowadzą w ich miejsce własne źródła informacji czy usług lub wymuszą na dostawcach (jak było w przypadku Google w Chinach) ocenzurowanie dostarczanych treści czy usług.

Jeszcze innym marzy się odrębna infrastruktura, którą znacznie trudniej byłoby spenetrować z zewnątrz. – Dzięki temu np. niektóre sankcje nie odnosiłyby efektu – mówi Jarski. – Konieczna byłaby tu np. replikacja systemu DNS, który zamienia nazwy czytelne dla człowieka w adresy IP, czy systemu routingu, zapewniającego dostarczanie pakietów danych od nadawcy do odbiorcy – wylicza.

Własny SWIFT
– Ćwiczenia polegające na odcięciu się od infrastruktury światowej były już wielokrotnie przeprowadzane na terytorium Rosji – kwituje Jarski. – Niektóre wychodziły lepiej, inne gorzej. Z uwagi na wyższy stopień nadzoru władz nad siecią, takie operacje jest łatwiej przeprowadzić niż na Zachodzie. Ale motywacji do uniezależnienia się nie brakuje, a wręcz przybywa – dorzuca.

Niebagatelną mogłyby być choćby... braki. Rosja nie ma choćby alternatywy dla systemu transferów międzybankowych SWIFT. Co więcej, system ten jest używany nie tylko do transferów międzynarodowych, ale i wewnątrzkrajowych. Odcinanie się od świata to również impuls do opracowania takiego systemu – zgodny zresztą z ogólnym trendem, gdyż rosyjskie instytucje i państwowe przedsiębiorstwa dostały już nakaz „przejścia” na oprogramowanie i technologie opracowywane na miejscu.
– To oficjalna polityka, ogłoszona przez Ministerstwo Finansów – podkreśla ekspert. – I taka ucieczka od zachodniego know how jest częściowo zrozumiała; eliminuje zależność od Zachodu, możliwości szpiegowania. Ale jednocześnie ktoś musi te rozwiązania napisać – dodaje.

6 lat za udostępnienie
Kluczowe wydaje się jednak panowanie nad cyfrową aktywnością Rosjan. Internet stworzył przestrzeń dla kompletnie pozbawionych nadzoru działań: publikowania, organizowania protestów i rozmaitych akcji, komunikacji między kontestatorami i otwartymi przeciwnikami systemu. Przekonały się o tym boleśnie reżimy na Bliskim Wschodzie, w Azji czy Ameryce Południowej. Przekonuje się i Rosja.

Próby wzięcia pod ściślejszy nadzór firm takich jak portal Vkontakte czy komunikator Telegram w sporej mierze spaliły na panewce. Z drugiej jednak strony pętla nieubłaganie się zaciska: coraz bardziej rygorystycznie formułowane są przepisy, coraz ściślej monitorowana sieć, a tylko w 2017 r. 461 osób dostało wyrok za udostępnianie (nie za autorstwo) krytycznych, czy „łamiących prawo” postów. Za takie przestępstwo można dostać nawet i sześć lat łagru.

Być może inicjatywa Ługowoja i jego kolegów z Dumy to zaledwie balon próbny, mający pomóc w ocenie, czy świat zainteresuje się poczynaniami kremlowskiej cenzury. Przy nikłej reakcji będzie można śmiało posunąć się krok dalej. I wszystko wskazuje na to, że to najbardziej realny scenariusz wydarzeń.