
Prawda jest taka, że zima przyszła do nas po raz pierwszy od kilku lat. I to widać, bo tak naprawdę od dawna nie było sytuacji, gdy praktycznie cała Polska znalazła się pod śniegiem. A spod tego śniegu wylazł jak zwykle bałagan i niekompetencja, znowu mieliśmy narodowe pospolite ruszenie, zamiast konsekwentnej realizacji planu.
Wiele rzeczy poszło nie tak. Ot, choćby odśnieżanie. W Polsce mamy pod tym względem komplenty bałagan. Za odśnieżanie dróg odpowiadają GDDKiA (krajówki), marszałkowie województw (drogi wojewódzkie), starostowie (drogi powiatowe), wójtowie, burmistrzowie lub prezydenci miast (drogi gminne i miejskie) no i oczywiście wspólnoty mieszkaniowe, spółdzielnie, prywatni właściciele pomniejszych ciągów komunikacyjnych.
Efekt jest taki, że obywatel najczęściej nie wie, po jakiej drodze idzie lub jedzie. Stąd biorą się takie kwiatki, jak pretensje do prezydenta Warszawy Rafała Trzaskowskiego o Dworzec Centralny (pozostający akurat mieniem państwowym, a nie miejskim), sążniste skargi do burmistrzów na nieodśnieżone drogi i chodniki na spółdzielczm osiedlu itp.
Druga sprawa to sama jakość i sens odśnieżania. Kiedy kilka dni temu zaczął walić z nieba śnieg, pomyślałem sobie: a po co w ogóle odśnieżać chodniki? Ludzie zaraz to rozchodzą, rozdepczą sobie przejście i będzie fajnie. Mnie lepiej chodzi się po śniegu, niż odśnieżonym chodniku. No ale są ludzie, którym trudno się poruszać. Wiadomo, rodzic z wózkiem dziecięcym, ktoś o kulach lub na wózku inwalidzkim. Przecież tych ludzi nie zamkniemy w domach, oni też muszą gdzieś wyjść, także w zimę.
Odśnieżanie chodników. Bądźmy jak Szwedzi
Ale jakoś tak się u nas utarło, że chodniki odśnieża się takimi płaskimi szuflami. Efekt jest taki, że po przejechaniu szuflą robi się gładka, równa i ubita warstwa śniegu. Przy okazji jest śliska. Baaaardzo śliska. No i to jest dopiero problem dla osób z ograniczoną mobilnością. Zaciekawiłem się, jak to się w takim razie odbywa w państwach, gdzie śnieg nie jest taką rzadkością jak u nas.
No i wychodzi na to, że w takiej Szwecji jakoś nauczyli się żyć ze śniegiem i nie usuwają go, tylko często posypują grubym żwirem. Uzyskują w ten sposób powierzchnię stosunkowo mało śliską i to niskim nakładem pracy i środków. A potem ten gres zbierają i wykorzystują ponownie.
Drogi odśnieżają w drugiej kolejności, po chodnikach, ale nie wszystkie. Szwedzi doszli do wniosku, że jazda po białym to nie jest rocket science i jak nie widać asfaltu, to też jadą. I z doświadczenia wiem, że jazda po białym jest całkiem w porządku. Owszem, trzeba wolniej i z lekką nogą, ale idzie całkiem płynnie. Statystyki wypadków pokazują, że to nie jest podejście złe.
Zima zawsze zaskakuje kierowców, nie drogowców
Druga sprawa: o ile dobrze kojarzę, to sprawcami największych zatorów w ostatnich dniach byli kierowcy ciężarówek. W Polsce nie ma obowiązku jeżdżenia na zimówkach. Ba, wystarczy, że opona na kole osobówki lub ciężarówki ma 1,6 mm głębokości bieżnika i legalnie można się nią poruszać w każdych warunkach, choćby było to równoznaczne z próbą samobójczą.
Takie prawo mamy od lat, od lat cała branża gumiarska i spece od bezpieczeństwa piszą, że to złe, ale nie dzieje się nic.
No a potem mamy Oszczędnego Właściciela Firmy Transportowej, który wypuszcza na drogę kierowcę na praktycznie łysych i nie zapewniających żadnej przyczepności gumach i nagle okazuje się, że w korku za nim stoi kilkaset samochodów. No i pługi też stoją, a ludzie gardłują, że nieodśnieżone…
Rzuć okiem w telefon i zostań w domu
Trzecia rzecz: każdy ma w telefonie aplikację pogodową. Jak chcemy zobaczyć, ile na zewnątrz jest stopni, to nie idziemy do termometru okiennego, tylko patrzymy na ekran. Mamy mapy pogodowe, wizualizacje z radarów. Z dokładnością do kilku minut wiemy kiedy przyjdzie śnieg i że będzie go dużo. Mamy alerty z aplikacji i SMS-y.
Ale jakimś cudem żaden ze stojących w korku, żaden się nie spodziewał, że będzie tyle śniegu i że może nie da się przejechać, no bo przecież to zima zaskoczyła drogowców. Mnie tam oni rzadko wyglądają na zaskoczonych zimą, bardziej głupotą wielu kierowców.
Powiedzmy sobie uczciwie: rozsądek nie jest naszą narodową cechą. Wiadomo, Polak mądry po szkodzie, polski lotnik poleci nawet na drzwiach o stodoły, kraj wiecznej prowizorki itd.
Wielu do krytyki odśnieżania, mało do roboty
Jest jeszcze jedna sprawa: mało rąk do pracy. Tak, demografia sprawia, że coraz trudniej nam znaleźć ludzi do odśnieżania. Wiadomo, że w danym mieście potrzeba na przykład 10 osób do sprzątania, zamiatania, dbania o zieleń i tym podobne zadania. A gdy przyjdzie spory śnieg, to nagle robi się robota dla 30 osób i to na kilka dni.
Skąd wziąć tych ludzi? Jak zorganizować interwencyjną siłę roboczą? W mojej okolicy na całe duże osiedle przypada zaledwie kilkoro tzw. gospodarzy domu. Przez ostatnie dni mieli prawdziwy armagedon i nikogo do pomocy. Jak ten problem rozwiązać? Nie wiem.
Na odśnieżanie i tak wydajemy kosmiczne pieniądze. W dużych miastach kosztuje to od 650 tys. do 1,6 mln zł. Dziennie.
Na koniec coś może brutalnego. Przyzwyczailiśmy się do tego, że ułatwiamy życie wszystkim, którzy mają jakieś problemy. Dostosowujemy infrastrukturę do potrzeb osób z niepełnosprawnościami, rodziców z wózkami, osób starszych. I to jest dobre. Ale czasem przychodzą takie sytuacje, gdy ułatwianie życia jest trudne. Nie każdy musi wyjść z domu w śnieżycę. O wiele łatwiej zrobić zakupy dla seniora z dysfunkcją ruchu czy przysłać mu lekarza do domu, niż czyścić chodnik do gołego, by dogodzić wszystkim.
I wielu Polaków bezinteresownie pomaga swoim sąsiadom, ale nie jest to niestety reguła. Na serio powinniśmy pomyśleć o tym, jak w takich sytuacjach uruchamiać zorganizowaną pomoc dla osób, dla których lepiej byłoby, gdyby przez kilka dni zostały w domu.
Zobacz także
