Sklep Dino Polska w Rogowie: budynek z logo od zewnątrz.
Dino Polska króluje w mniejszych miejscowościach, ale powoli sklep wchodzi do miast wojewódzkich. Fotokon / Shutterstock

Dino jako pieseł rozgania maczetą upiory – Biedronkę i Lidla. Gdzie dwóch się bije trzeci korzysta – Dino popija drinka z palemką, gdy portugalski owad z Niemcem kłócą się o prym. Tak mogłaby wyglądać historia handlu polskiego opowiedziana memami. 

REKLAMA

Czerwone punkciki na mapie zasięgów sieci Dino Polska rozrastają się jak szalone coraz śmielej zagarniając mniejsze i większe polskie miasta, miasteczka i wsie. 

O aferze związanej z podbojem stolicy, o próbie "zgniecenia" warszawskiego Wilanowa przez czerwonego dinozaura w 2025 roku słyszał chyba każdy. "Nie chcemy tu drugiego Przasnysza!"; "Przaśne Dino jest po prostu brzydkie"; "Ten cały ruch związany z infrastrukturą dookoła dyskontu tu się po prostu nie zmieści" – protestowali mieszkańcy.

A co na to właściciel potężnej sieci liczącej w tym momencie 3033 sklepy?

Nic. Milczy.

Dino. Kim jest właściciel polskiej sieci sklepów

Mój mail skierowany do biura medialnego sieci Dino z prośbą o rozmowę dotyczącą m.in. historii sukcesu spółki od kilku dni pozostaje bez odpowiedzi. 

Człowiek widmo, książę tajemnicy – bo tak Tomasza Biernackiego, właściciela tych najbardziej memogennych sklepów w kraju nazywają polskie media – ciężko gdziekolwiek zobaczyć czy z nim porozmawiać. Zdjęcie rzekomego Biernackiego, które krąży po sieci, również nie jest jego. Ten człowiek w okularach to Szymon Piduch, członek zarządu, który pięć lat temu opuścił firmę ze względów osobistych. 

Sylwetka ojca założyciela Dino rozpala wyobraźnię i budzi kontrowersje. Wpisując jego dane w wyszukiwarkę pojawiają się pytania o jego związki handlowe z innym ojcem założycielem – Tadeuszem Rydzykiem – oraz o sytuację, gdy w 2008 pod wielkopolskim Krotoszynem (gdzie mieszka) rozbił pod wpływem alkoholu swoje czerwone sportowe auto. 

– Panie Jacku, ja już swoje ferrari w życiu rozbiłem – miał powiedzieć Jackowi Siwickiemu, innemu polskiemu biznesmenowi, skromnie potwierdzając incydent. 

Tomasz Biernacki. Rodzina właściciela Dino

Cóż więc stoi za wielkim sukcesem sieci Dino jeśli nie osobowość medialna i charyzma jej twórcy?

Wszystko zaczyna się w 1973 w małej wsi Czeluścin, gdzieś w czeluściach Wielkopolski. Bo to tu w rodzinie z rolniczymi tradycjami spędza dzieciństwo tajemniczy miliarder

Niepozorna wieś nie wyklucza spektakularnych osiągnięć: teraz Tomasz Biernacki często plasuje się na 1. lub 2. miejscu najbogatszych Polaków wg rankingu "Forbesa" i "Wprost". W 2023 roku znalazł się również na 462. miejscu listy Bloomberg Billiionaires Index. Jego majątek szacowany jest na 28 mld zł (dane z 2025)

I choć to wciąż daleko w tyle za pierwszym na liście Elonem Muskiem, którego majątek wyceniany 644 mld USD czy drugim Larrym Page’m (współzałożycielem Google) – to nie zmienia to faktu, że Tomasz Biernacki jest jedynym Polakiem, którego można znaleźć w tak szacownym gronie.

Najbogatszy człowiek w Polsce. Majątek Tomasza Biernackiego

Na co wydaje takie pieniądze? Tego nie wie nikt, ale żartując: raczej nie na nowoczesne gadżety i designerskie ciuchy. 

Moja rozmówczyni, pani Natalia z Krotoszyna: 

– Nie korzysta w ogóle z nowoczesnego smartfona, tylko ma telefon starego typu z klawiszami, bo się boi podsłuchów. Przed każdym spotkaniem zarządu każdy musi oddać telefon i wejście odbywa się bez sprzętów elektronicznych. A on jest taki totalnie niepozorny. Ubiera się jak chłop do osprzętu, jak idzie na zakupy, żeby nikt nie pomyślał, że to on. Chodzi albo do sklepu przy centrali Dino albo przy rondzie. Kasjerki go tam znają. A że jestem z "Krotka" i mam bliskich pracujących w centrali, to też sporo wiem. Ale wolę pozostać anonimowa – zastrzega.

Ja, zainspirowana dyskusją, za punkt honoru stawiam sobie, aby kasjerki z krotoszyńskiego Dino nie pozostały – przynajmniej dla mnie – anonimowe. Próbuję je odnaleźć, by zapytać o rzecz, która nurtuje pewnie wielu Polaków: czy szef Dino, najbogatszy człowiek w kraju, stoi grzecznie w kolejce, czy otwiera się mu oddzielną kasę?

Bo przecież do samobsługowej – i jest to jeden z częstych zarzutów klientów, który pojawia się w internecie wobec Dino – nie pójdzie, bo ich po prostu w sklepach brak. Niestety do momentu publikacji tego tekstu z żadną z pracujących tam kasjerek nie udaje mi się porozmawiać.

Pytam więc dalej panią Natalię zwracając uwagę na rzekomą pasję Biernackiego do nietuzinkowych środków lokomocji. Nie wydaje się zaskoczona: 

– Helikopterem na pewno lata, bo ciągle ze wsi w której mieszka jakiś wylatuje. Wystarczy prześledzić flyradar na terenie Krotoszyna. Ale nie robi tego jakoś super często – podkreśla.

Co chłopak wychowany w małej wsi zrobił, by po 40 latach stać się jednym z najbogatszych ludzi na świecie i móc realizować swój "American dream" pozwalając sobie na takie podniebne ekstrawagancje? Jak do tego doszło?

Młode lata Biernackiego w Czeluścinie to gospodarstwo rolne, mała ubojnia i rodzinny sklep, co mogłoby świadczyć, że mężczyzna odziedziczył smykałkę do interesów w genach. A biznes w skali mikro rozwinął do skali makro. Ale powoli.

Pierwszy sklep Dino Polska

Najpierw jest jeszcze rok 1999, gdy Biernacki otwiera swój pierwszy sklep. Bez wielkiego kapitału i szumu. Po prostu. To kilka lat wcześniej niż w Polsce powstaje pierwszy Lidl i kilka lat później niż Biedronka. Konkurencja? Niekoniecznie. 

Biedronki i Lidle otwierają się głównie w większych miastach, podczas gdy Dino bierze sobie za cel miasta do kilkudziesięciu tysięcy mieszkańców. Najpierw Gostyń, chwilę później Krotoszyn, gdzie zresztą w 2002 roku powstaje i działa do tej pory główne centrum dowodzenia – pierwsze centrum dystrybucyjne Dino Polska

Początki działania Dino nie upływają pod znakiem piorunującej prędkości: sieć otwiera "tylko" kilkanaście sklepów rocznie. Ale kolejne lata to prawdziwy podbój "Polski handlowej powiatowej". 

Rok 2013 to prawdziwy przełom – wtedy powstaje sto kolejnych sklepów i otwiera się kolejne centrum dystrybucyjne, tym razem z Piotrkowie Trybunalskim. W 2016 na kapitał Dino pracuje już 10 000 osób i trzecie centrum dystrybucyjne. Lata 2018-2020 to już ponad 200 otwarć nowych marketów każdego roku. 

W samym 2025 roku na mapie Polski przybyło 345 sklepów, co daje nam w skali roku prawie jeden nowy sklep Dino dziennie – i jest to z racji tego, że właśnie piszę dla Państwa ten tekst – data dla mnie ważna, bo to wtedy pierwszy Dino pojawił się również w moim rodzinnym Olsztynie, które zresztą na potrzeby tego artykułu pozwoliłam sobie po raz pierwszy odwiedzić.

Czym się różni Dino od Biedronki lub Lidla

Dino nie wabi pluszakami jak Biedronki, nie stawia na chwytliwe hasła PR-owe rodem z Lidla, nie promuje się też za pomocą celebrytów takich jak np. Pascal Brodnicki czy Karol Okrasa.

Niepozorne, szare, często na uboczu od głównych ośrodków kraju i centrum miast, ale polskie, rodzinne, tradycyjne i jakościowe. Z polskim kapitałem i gwarancją płacenia podatków w Polsce. Tak mówią o nim moim rozmówcy, których zaczepiam w jedynym Dino w Olsztynie, położonym na obrzeżach o miasta przy ul. Kubusia Puchatka.

– To głównie dobre, niedrogie mięso mnie tu przyciąga. To, że każde Dino ma własne stoisko mięsne, gdzie na bieżąco można kontrolować jakość towaru, prosić o konkretne porcje, powąchać, popatrzeć i nie mierzyć się potem ze stertami niepotrzebnego plastiku, tak jak to jest w innych dyskontach, jest dla mnie kluczowe. To, że nie ma tu kas samoobsługowych nie jest dla mnie problemem. Kolejki nie są duże, a miłej sprzedawczyni zawsze miło w oczy spojrzeć. To takie bardziej ludzkie – komentuje jedna z klientek.

Jedną z takich sympatycznych osób faktycznie znajduję też za ladą działu mięsnego sklepu w podolsztyńskim Jonkowie. Dziewczyna z otwartością mówi o warunkach pracy, które są jedną z głównych bolączek pracy w sieci i przez które Dino coraz częściej znajduje się na ludzkich językach i pod ostrzałem mediów. 

– Pracuje się spokojnie. Przyjeżdża po jednej może dwie palety ze świeżym codziennie, a w tych innych sieciówkach to i po pięć lub sześć. I weź to potem dźwigaj i rozkładaj pół dnia. Zasady pracy jasne: jeden tydzień na rano, drugi na popołudnie i minimum jedna sobota wolna w miesiącu. Do nadgodzin nikt nikogo nie zmusza, zresztą i tak niewiele ich jest. Jest spokojnie, ale nudzić się nie nudzę, bo albo na kasie posiedzę, albo coś w magazynie robię, nie jestem na stałe przywiązana do tego mięsa – zauważa.

Zapytana o tak często zarzucane Dino pensje oscylujące w granicach najniższej krajowej nie zaprzecza. – To prawda, chociaż dają czasem premie za tzw. "świeże" czyli nabiał i warzywa. Tzn. że jak bilans wychodzi dobrze – mało wyrzucimy, sporo sprzedamy – to wtedy nam coś dodatkowo odpalają. Ale czy my właściwie mamy na to jakikolwiek wpływ? Bonów na święta też żadnych nie ma. O benefitach też nic nie wiem. Wiem za to, że związkowcy walczą teraz o to, by było lepiej, ale ja nie liczę na wielkie zmiany – zauważa gorzko.

Jeszcze ostrzej ocenia sieć Dino moja krotoszyńska rozmówczyni. 

– Biernacki… jakby przyznawano tytuł nie człowieka Forbesa, a "Januszexa roku", to on tam powinien tam stanąć w pierwszym szeregu. Tak się o nim u nas plotkuje, bo płaci minimalną, a robi maks wyzysku. I podobno ma ochronę. Taka niewidzialna, nienarzucająca się, ale jest – rzuca krótko.

Przedsiębiorstwo od lat konsekwentnym postępowaniem z daleka od hałasu medialnego realizuje swoje podstawowe założenia. 

  • Zero franczyzy. Wszystkie sklepy i grunty od początku miały być własnością firmy. 
  • Unikanie długich, opartych na pośrednikach i zależności od nich, łańcuchów dostaw. Cenione w Dino Polska mięso, wokół którego zbudowano całą strategią marki ( "Przyjdź po mięso, resztę przy okazji też włóż do koszykaę) pochodzi z założonej w 2003 roku przez Biernackiego spółki Agro-Rydzyna, dzięki czemu Dino może zagwarantować swoim klientom lepszą, nie uzależnioną od pośredników dostępność i cenę.
  • Zakładanie sklepów w mniejszych miejscowościach. Powierzchnia sklepów ok. 400 m² i przyjęcie strategii proximity czyli bliskości i sąsiedztwa.
  • Tak, trzeba przyznać, że założyciel i główny akcjonariusz sieci Dino Polska (wciąż skupiający w swoim ręku 51 proc. udziałów w spółce) żelazną wytrwałością i metodycznością potrafi zmaksymalizować zyski do minimum ograniczając straty.

    I wszelakie komentarze. Do tej pory centrala Dino Polska nie wydała żadnego oświadczenia dotyczącego toczących się sporów, gdzie poruszane są kwestie dyskusyjnych warunków pracy i braku obowiązkowego Zakładowego Funduszu Świadczeń Socjalnych. 

    Związkowcy z OPZZ Konfederacja Pracy określają to jako skandal argumentując, że pracownicy budują wielki majątek Biernackiego, a firma unika wsparcia socjalnego takiego jak dofinansowanie wypoczynku, zapomogi, pożyczki mieszkaniowe czy nawet najbardziej trywialne paczki świąteczne dla dzieci pracowników. 

    Pochwała pracowitości i konsekwencji, wielkie pieniądze, zagadkowy właściciel, a na horyzoncie kłęby czarnych chmur nadciągające nad czerwone logo z zieloną kropką – to brzmi jak scenariusz na dobry film.

    I mimo że Tomasz Biernacki swoim zwyczajem – nawiązując do bezgłośnej polityki swojej spółki – najchętniej zainwestowałby pewnie w film niemy, my nie będziemy podążać tą ścieżką informując Państwa o sprawie Dino Polska na bieżąco. Bo jeszcze będzie ciekawie.