
Kilka lat temu Kanadyjczycy, wściekli na cła Trumpa, przestali kupować amerykański keczup i bourbon, doprowadzając lokalnych producentów do rekordowych zysków. Czy nad Wisłą taki scenariusz jest możliwy? Prześwietlamy półki sklepowe i portfele Polaków, by sprawdzić, gdzie "wujek Sam" jest niezastąpiony, a gdzie łatwo wymienić go na "Pana Tadeusza".
Donald Trump ponownie dąży do przejęcia należącej do Danii Grenlandii, grożąc nawet użyciem siły. W reakcji na symboliczne wysłanie tam wojsk przez państwa UE, prezydent USA nałożył na Europę nowe cła. Sytuacja przypomina ubiegłoroczny konflikt i ponownie ożywia dyskusję o możliwym bojkocie amerykańskich produktów na Starym Kontynencie.
Rezygnacja z Coca-Coli na rzecz Polo Cockty to pestka. Prawdziwy problem zaczyna się, gdy próbujemy odciąć się od amerykańskich chmur, systemów operacyjnych i procesorów. Sprawdźmy, jak głęboko amerykański kapitał siedzi w naszych kieszeniach i dlaczego pełny bojkot USA cofnąłby polski biznes do epoki maszyny do pisania.
Kiedy w 2018 roku Donald Trump nałożył cła na kanadyjską stal i aluminium, ci nie wyszli na ulice z transparentami. Zrobili coś, co zabolało bardziej – poszli do sklepów. Masowo przestali kupować keczup Heinza, wybierając rodzimą markę French’s, a amerykański bourbon zastąpili lokalną whisky. Efekt? Sprzedaż French’s skoczyła o 400 proc. w tydzień.
Dziś, w dobie dynamicznych zmian geopolitycznych, zadajemy pytanie: czy Polska mogłaby powtórzyć ten manewr? I co właściwie moglibyśmy zbojkotować, by USA to poczuły, a my... przeżyli?
Bojkot konsumencki to broń atomowa w świecie mikroekonomii. Wymaga jednak dwóch czynników: powszechnej mobilizacji i – co kluczowe – istnienia realnych alternatyw. W przypadku relacji Polska-USA sprawa jest skomplikowana. Amerykański kapitał nie jest u nas gościem; jest częścią fundamentów.
Bojkot produktów z USA. Poziom łatwy: talerz i szafa
Najłatwiejszym celem ewentualnego bojkotu są dobra szybko zbywalne (FMCG) i gastronomia. Tutaj Polska ma potężne zaplecze. Symbol amerykańskiej dominacji – McDonald’s, KFC, Burger King – mógłby zostać zastąpiony niemal z dnia na dzień. Polska gastronomia stoi silnymi markami: od wszechobecnej Żabki (będącej de facto największą siecią fast food w kraju), przez Orlen Stop Cafe, aż po lokalne pizzerie i bary mleczne.
Podobnie jest z napojami. Imperium Coca-Coli i PepsiCo ma w Polsce silną konkurencję. Grupa Maspex (właściciel Tymbarku) czy Colian (Hellena) posiadają moce produkcyjne, by zalać rynek lokalnymi odpowiednikami. Zastąpienie amerykańskich słodyczy (Mars, Mondelez) polskim Wawelem czy Goplaną to kwestia przyzwyczajenia kubków smakowych, a nie braku towaru.
Również w szafie nie musimy polegać na USA. Zamiast Levi’sa czy Nike, mamy giganta z Gdańska – LPP (Reserved, Cropp, House) czy 4F. To segment, w którym bojkot byłby dla polskiego PKB wręcz zbawienny.
Wielkiego problemu nie ma też ze słynną w niektórych kręgach amerykańską motoryzacją. Dziś jej przedstawicielem jest głównie Tesla. Jej sprzedaż w całej Europie spadła wręcz dramatycznie, w niektórych krajach niemal zamarła. Ale jaki w tym udział bojkotu? Pewien jest, ale chodzi głównie o konkurencję, która nauczyła się robić auta lepsze i tańsze.
Poziom średni: kultura i procenty
Kanadyjczycy uderzyli w bourbon (np. Jim Beam, Jack Daniel’s). W Polsce, kraju wódki, taki bojkot byłby naturalny. Choć rynek whisky rośnie, a brown spirits z Kentucky mają rzesze fanów, przestawienie się na szkocką (Wielka Brytania) czy irlandzką nie stanowi wyzwania logistycznego.
Trudniej jest z rozrywką. Streamingowi giganci – Netflix, Disney+, HBO (Max) – to produkty amerykańskie. Tutaj alternatywą są serwisy takie jak CDA, Player czy Polsat Box Go, jednak ich biblioteki nie mogą konkurować z budżetami Hollywood. Bojkot w tym sektorze wymagałby od polskiego konsumenta sporego poświęcenia – rezygnacji z globalnych hitów na rzecz kina europejskiego i rodzimych produkcji.
Poziom niemożliwy: cyfrowa żelazna kurtyna
Tu kończy się zabawa, a zaczyna twarda rzeczywistość. O ile możemy jeść polskie jabłka zamiast amerykańskich burgerów, o tyle nie jesteśmy w stanie funkcjonować bez amerykańskiej technologii. Wielka Piątka (GAMAM) – Google, Amazon, Meta (Facebook), Apple, Microsoft – trzyma w garści polski biznes i administrację.
Nie ma polskiej alternatywy dla systemu Windows czy macOS. Nie ma polskiego odpowiednika Google, który zapewniłby taką efektywność wyszukiwania i ekosystem reklamowy. Bojkot Facebooka i Instagrama odciąłby polskie MŚP od głównego kanału sprzedaży i marketingu.
Trzyma się nawet Twitter. W momencie potężnego kryzysu wizerunkowego Elona Muska i Twittera X.com, na chwilę niezwykle popularna stała się platforma Bluesky. Na chwilę. Poza tym też jest amerykańska.
Z kolei infrastruktura chmurowa (AWS, Azure, Google Cloud) to kręgosłup, na którym stoją polskie banki, e-commerce (nawet Allegro korzysta z chmur publicznych) i startupy. Bojkot w tym sektorze oznaczałby cyfrowe samobójstwo i cofnięcie gospodarki o dwie dekady.
Unia Europejska dopiero niedawno zorientowała się, że jest de facto w pełni zależna od amerykańskich systemów rozliczeniowych. Nie ma lokalnych standardów płatności będących alternatywą dla Mastercard i Visy. Unia dopiero zaczyna myśleć o tym, czy i jak oderwać się od hegemonii USA w tej kwestii. Oczywiście byłaby to spora szansa dla polskiego BLIK-a: prostego i skutecznego.
Bojkot wymagałby też precyzyjnego researchu, bo intuicja bywa myląca. Przykład: chcesz zbojkotować amerykańskie media? Musisz wyłączyć TVN, bo należy do Warner Bros. Discovery. Chcesz kupić "polski" keczup Pudliszki? Błąd, marka należy do amerykańskiego giganta Kraft Heinz. Tu trzeba sięgnąć po Kotlin (Agros-Nova/Maspex) lub Włocławek (również Maspex).
Ale czemu bojkot? Wyjaśniamy
Działania Trumpa w sprawie Grenlandii znów wzburzyły pół świata. Amerykański władca jakoś uparł się na tę biedną wyspę i koniecznie chce, by stała się częścią jego imperium. Problem w tym, że Grenlandia należy do Danii. Zapowiedział nawet, że zajmie ją zbrojnie, więc kilka państw UE natychmiast wysłało tam niewielkie grupy swoich żołnierzy. Symbolicznie. A Trump, już nie symbolicznie ogłosił, że nakłada na wiele krajów UE kolejne cła.
Zupełnie jak niemal rok temu. Z tą różnicą, że rok temu jakoś udało się załagodzić sytuację. No i wtedy Europa zaczęła się szykować do bojkotu produktów z USA. Teraz chyba znowu się szykuje. Ale czy to coś da?
W 2024 roku wymiana handlowa między UE i USA sięgnęła niemal biliona dolarów. Stany sprzedały Unii towary o wartości 370 mld dolarów, w drugą stronę popłynęło lub poleciały rzeczy warte ponad 605 mld dolarów. Teoretycznie europejskie firmy mają więcej do stracenia, ale widać też, że USA bardziej potrzebują towarów z Europy, niż my ich. Z czego możemy zrezygnować?
Bojkot "made in USA" w Europie?
Największymi pozycjami w amerykańskim eksporcie do Europy są paliwa kopalne, farmaceutyki, reaktory jądrowe i samoloty. Raczej nie są to towary, o których zakupie decydują szeregowi konsumenci. Jednak lista amerykańskich dóbr konsumenckich dostępnych w Europie jest długa. Nie wszystkie produkty na których zarabiają amerykańskie korporacje są bowiem importowane z USA, część wytwarzana jest na miejscu bądź sprowadzana z innych państw i sprzedawana pod amerykańską marką.
Europejscy konsumenci mają więc wiele możliwości bojkotu i nie muszą czekać na oficjalne działania polityków.
Robienia bojkotów możemy nauczyć się od Kanadyjczyków. Ruch konsumencki w tym kraju dotyczył też promocji kupowania produktów z Kanady. O jego skali świadczy choćby, że poświęcona kanadyjskim towarom grupa na Facebooku liczy 1,4 mln członków. Duża popularnością cieszyły się specjalne aplikacje, dzięki którym można było sprawdzić pochodzenie produktu podczas zakupów.
Kanadyjczycy w obliczu presji ze strony USA wykazali się ewidentnym patriotyzmem gospodarczym.
Czy Europejczycy postąpią podobnie?
Gdyby Polacy zagłosowali portfelami przeciwko USA, na GPW mielibyśmy trzęsienie ziemi – w pozytywnym sensie. Dla gigantów takich jak Maspex, LPP czy CD Projekt, odwrót od amerykańskich marek byłby złotym strzałem. O ile oczywiście brak ewentualnej sprzedaży w USA zostałby z nawiązką zrekompensowany przez rynki w innych państwach.
Przypomnijmy też, że kanadyjski bojkot nie zrujnował gospodarki USA (która jest zbyt duża), ale wysłał potężny sygnał polityczny i wzmocnił lokalny patriotyzm gospodarczy. W Polsce taki ruch – ograniczony do towarów konsumpcyjnych, odzieży i żywności – mógłby być potężnym impulsem dla rodzimych firm.
Jednak dopóki polski innowacyjny biznes nie zbuduje własnych, skalowalnych technologii cyfrowych, w relacjach z USA jesteśmy skazani na technologiczne uzależnienie. Możemy więc zmienić keczup na kanapce, ale zdjęcie tej kanapki i tak wrzucimy na amerykański serwer, używając amerykańskiego telefonu.
Zobacz także
