Galeria handlowa w Krakowie ozdobiona w świąteczne dekoracje. Klienci galerii handlowej.
Ten sam produkt, ale inna cena. Czy sklepy stacjonarne robią z nas idiotów? Fot. Sheviakova Kateryna/Shutterstock

Ten sam produkt, ta sama marka, ten sam sklep. A jednak przy kasie cena potrafi być wyższa nawet o kilkadziesiąt procent. Coraz więcej klientów opisuje w sieci podobne historie. Zaczynają się od zwykłego zakupu, a kończą rozczarowaniem i rezygnacją. W wielu przypadkach wystarczy sprawdzić cenę w aplikacji sklepu, by za identyczny produkt zapłacić wyraźnie mniej.

REKLAMA

Dla wielu klientów to moment, w którym coś przestaje się zgadzać. Cena w internecie przestaje obowiązywać przy kasie, a zakupy "od ręki" okazują się wyraźnie droższe. To nie pojedyncze przypadki, lecz powtarzający się schemat, który zmienia sposób robienia zakupów w sklepach stacjonarnych.

Historia klienta SMYK

Jedną z takich historii postanowił podzielić się w internecie Pan Marcin, klient sieci SMYK. Chciał kupić prezent dla sześciolatki. Konkretną grę, wcześniej znalezioną w sklepie online. Cena wynosiła 69,99 zł. Klient sprawdził dostępność w sklepie stacjonarnym, żeby nie czekać na dostawę. Produkt był na miejscu. Pojechał odebrać go osobiście. Znalazł półkę, na której leżała gra. Zabrał ją i powędrował do kasy. Tam okazało się, że gra kosztuje 99,99 zł.

Różnica wynosiła 42 procent. Klient uznał to za pomyłkę. Sprzedawca wyjaśnił spokojnie, że jest to cena obowiązująca w sklepie stacjonarnym. Entuzjazm zniknął i pojawiła się frustracja. Klient odłożył grę z powrotem na półkę i wyszedł ze sklepu bez prezentu. Właśnie zapłaciłby znacznie więcej tylko za to, że chciał kupić coś szybciej.

Praktyki w Rossmann

To, co dla klientów bywa zaskoczeniem, dla pracowników sklepów często jest codziennością. Kasia, była pracownica Rossmann, mówi, że różnice cen między półką a aplikacją nikogo na zapleczu nie dziwiły.

"Klienci odkładali produkty po zobaczeniu ceny w sklepie. Po chwili wyciągali telefon i zamawiali dokładnie to samo w aplikacji. Zamówienia były kompletowane z tych samych półek. Zdarzało się, że klient wracał po odbiór, zanim zdążył dokończyć pozostałe zakupy" – wspomina.

Jak podkreśla, wszystko odbywało się zgodnie z procedurami, a jedyną różnicą była cena. Oczywiście korzystniejsza dla tych, którzy mogli sprawdzić ją w aplikacji.

Decathlon i nowy model zakupów

W sieci sklepów Decathlon ten mechanizm stał się elementem modelu sprzedaży. Klient może obejrzeć produkt w sklepie, przymierzyć i sprawdzić jego jakość, a potem kupić dokładnie ten sam produkt w aplikacji. Cena bywa niższa, a odbiór odbywa się w tym samym sklepie. Często trwa to mniej niż godzinę.

To przykład strategii omnichannel, w której sprzedaż online i offline wzajemnie się uzupełniają. Sklep stacjonarny pełni funkcję miejsca prezentacji produktu, tzw. showroomu, a aplikacja staje się narzędziem finalizacji zakupu. Korzysta na tym sklep, bo sprzedaje produkt oraz klient, bo może wydać mniej.

Jak nie przepłacać?

Klienci coraz częściej dostosowują się do tych zasad. Sprawdzają ceny w aplikacjach stojąc przy półkach. Porównują oferty, korzystają z promocji i odbioru w sklepie. Zakupy online przestają być alternatywą. Stają się naturalnym elementem wizyty w sklepie stacjonarnym.

Nie wynika to z chęci kombinowania, ale z potrzeby kontroli wydatków. W praktyce coraz częściej okazuje się, że najbardziej luksusową formą zakupów jest szybkie i impulsywne sięganie po produkty. Dbajmy o to co nam się opłaca.