
"Kupuj jak miliarder" – zachęca chińska platforma handlowa. Serio? Miliarder to ktoś, kto tonie w górze niskiej jakości plastiku, który za dwa tygodnie wyląduje na wysypisku? Fenomen chińskich platform typu Temu, Shein czy AliExpress to dla mnie absurd. Patrząc na to z perspektywy ekonomii, ekologii i cyberbezpieczeństwa, wydawanie tam choćby złotówki jest działaniem na własną szkodę.
Gdy widzę kolejne "burze zakupowe" w mediach społecznościowych, gdzie ludzie chwalą się stertą gadżetów za 5 zł, czuję mieszankę zażenowania i niepokoju. Nie chodzi o snobizm. Chodzi o matematykę i świadomość kosztów ukrytych, które w przypadku tych platform są astronomiczne.
Zakupy z Chin. Iluzja oszczędności, czyli podatek od biedy
Pierwszym powodem, dla którego omijam chińskie platformy szerokim łukiem, jest prosta kalkulacja. To nie są oszczędności – to przepalanie własnych pieniędzy. Kupienie blendera za 30 zł, który spali się przy trzecim użyciu, albo koszulki za 15 zł, która po praniu nadaje się tylko do mycia podłogi, nie jest rozsądne.
Jak można kupować ubrania, które nie wiadomo z czego są zrobione, jaki mają rozmiar? Jak można kupować buty z plastiku? Ja rozumiem, że jest tanio, ale nie kupuje się rzeczy tylko dlatego, że są tanie. Daleki jestem od postawy Julii Wieniawy, że "bieda to stan umysłu", czy co ona tam powiedziała. Sam nie jestem bogaczem i kiedy chcę coś kupić konkretnego, szukam najtańszej opcji. A jak wpadnę na pomysł, że może by kupić coś, co nie jest niezbędne, to zapisuję na liście. Najczęściej mi przechodzi i co jakiś czas kasuję swoje genialne pomysły zakupowe.
Tym bardziej nie rozumiem fenomenu Temu czy Shein oraz innych chińskich platform zakupowych. Owszem, zdarzyło mi się tam coś kupić, ale raz czy dwa, jak jeszcze były nowością. Owszem, przeglądałem produkty. Ale poza tym, że były tanie, nic mnie tam nie poruszyło. Wiem, że kilkoro moich znajomych kupuje tam różne części do skuterów czy innych pojazdów mechanicznych. Robią to z głową, kupują to, czego potrzebują.
Ale wiem też, że są osoby wręcz uzależnione od "tanich" zakupów. – Słuchaj, ona ma przedpokój zawalony kartonami, których nawet nie rozpakowała – opowiada mi znajomy o swojej córce. – Mój ojciec ciągle kupuje te różne sprytne sprzęty, które się rozpadają po użyciu. Rozpadają, ale nadal zamawia różne nowe cudowne patenty – mówi inny.
Dane to nowa waluta. Płacisz swoją prywatnością
Staram się być pilnym obserwatorem rynku technologii i ekonomii. I widzę, że wiele osób nie dostrzega zagrożenia w tanich zakupach. Bo jeśli produkt jest podejrzanie tani, to znaczy, że prawdziwym produktem jesteś… ty.
Aplikacje takie jak Temu są oskarżane przez ekspertów od cyberbezpieczeństwa o bycie czymś więcej niż sklepem – o bycie narzędziem inwigilacji. Ilość uprawnień, jakich żądają te apki, często wykracza poza logikę e-commerce. Dostęp do mikrofonu, galerii, listy kontaktów? Po co sklepowi z ubraniami wgląd w twoją sieć Wi-Fi?
Wydając tam pieniądze, finansujemy systemy, które mapują zachowania zachodnich konsumentów z precyzją, o jakiej Google może tylko pomarzyć. Firma macierzysta Temu (Pinduoduo) miała już problemy z obecnością malware w swoich aplikacjach. Czy naprawdę warto ryzykować bezpieczeństwo cyfrowe dla silikonowej foremki do lodu za 4 złote? Moim zdaniem to absurdalna wymiana.
Na dodatek, im więcej wie o tobie sprzedawca, może opracować jeszcze skuteczniejszy sposób na wciskanie ci kolejnych zbędnych produktów.
Jednorazówki, pierdoły i rzeczy absolutnie zbędne
Naprawdę nie rozumiem, jak można kupować chińską elektronikę. Już nie chodzi mi o jakość, tylko o brak jakiegokolwiek wsparcia. Weźmy odkurzacz jakiejś marki o wymyślnej nazwie. Co zrobisz, jak się zepsuje?
Nie kupisz do niego baterii, akcesoriów, nic. Nie masz żadnej gwarancji, a wysyłanie sprzętu z powrotem do Chin to jakaś abstrakcja. Kupujesz jednorazówkę, tyle że za 70 proc. ceny podobnego sprzętu w Polsce. Albo kupujesz elektronikę z chińskim oprogramowaniem, które nie wiadomo co robi, gdzie wysyła dane i jakie zapewnia wsparcie (na ogół żadnego).
Nie rozumiem, jak można kupować na chińskich platformach zabawki. Nie wiem, z czego są zrobione, przecież co rusz słychać o przekroczonych jakichś normach metali ciężkich. Albo sprzęty kuchenne. Serio nie chciałbym mieszać w garnku łyżką z niewiadomego pochodzenia plastiku.
Tymczasem codziennie setki samolotów cargo kursują między Chinami a Europą i USA, wioząc tony plastiku o żywotności kilku tygodni. Ślad węglowy takiej operacji jest gigantyczny. To systemowa produkcja odpadów. Towary z Temu czy Shein często są tak niskiej jakości, że nie nadają się do drugiego obiegu. Ich jedynym przeznaczeniem jest wysypisko.
Kuszenie Polaka złudną oszczędnością
Rozumiem jednocześnie, że tanie zakupy kuszą. Na chińskich platformach niemal wszystko jest w wyjątkowej promocji, kręcą się kółeczka z loteriami, co chwila dostajemy niesamowite bonusy. Ale na Trygława i Swaroga, czy to jest powód, by zamówić sobie maskę konia, elektryczną obcinaczkę do paznokci, rękawiczkę z diodami LED, cudowną ostrzałkę do noży, elektryczną maszynkę do robienia pierogów… (tak, przeglądam właśnie hity sprzedaży na chińskich platformach).
Te platformy nie sprzedają produktów. One sprzedają dopaminę. Grywalizacja zakupów – koła fortuny, odliczanie czasu, "promocje -99%" – to mechanizmy żywcem wyjęte z kasyn, zaprojektowane przez sztaby psychologów behawioralnych. Celem nie jest zaspokojenie twojej potrzeby, ale uzależnienie cię od otwierania paczek. Wydajemy tam pieniądze na rzeczy, których nie potrzebujemy, tylko dlatego, że algorytm wmówił nam, że to "okazja życia". To nie jest smart shopping. To konsumpcyjna bulimia.
Wiem, że chińskie platformy mają bardzo agresywny marketing, reklamy, limitowane czasowo oferty, koła fortuny. Tak, to może wciągać. Ale można tam zrobić zakupy raz czy dwa, tymczasem Polacy (i nie tylko) robią tam zakupy nałogowo.
Według różnych raportów rocznie wydajemy w chińskich sklepach 11-12 miliardów złotych. To tyle, ile w półtora miesiąca kupuje się w Biedronce. A przecież z Chin nie ciągniemy pieczywa, mięsa, masła i mleka, tylko… nie wiem, jak to nazwać. Głównie pierdoły. Ubrania, elektronikę, gadżety, elektryczne obcinaczki do paznokci i maski konia.
Jak wynika z jednego z raportów ("Chińskie platformy e-commerce a polska gospodarka" przygotowanego KPMG dla Izby Gospodarki Elektronicznej) dominują zamówienia tanie, czyli w przedziale 51-150 zł. Właśnie takie nie podlegają ocleniu, o co toczy się teraz całkiem interesująca wojenka.
Nóż w plecy lokalnej gospodarki
No bo skoro nie podlegają ocleniu, to mogą być tańsze od produktów rodzimych lub ściągniętych przez profesjonalnych handlowców. A więc każda złotówka wydana na Temu to cios w europejski i polski handel.
Mechanizm jest prosty i brutalny: chińskie podmioty korzystają z gigantycznych subsydiów państwowych, taniej siły roboczej (często w warunkach urągających godności człowieka, o czym donoszą raporty dotyczące pracy przymusowej Ujgurów) oraz luk w systemie celno-podatkowym. Przesyłanie indywidualnych paczek często pozwala ominąć cła, które muszą płacić polscy importerzy sprowadzający towar kontenerami.
To nie jest wolny rynek. To dumping. Lokalne małe i średnie firmy, które płacą ZUS, podatki w Polsce i muszą spełniać wyśrubowane normy UE (np. dotyczące bezpieczeństwa materiałów), nie mają szans w starciu z gigantem, który te zasady ignoruje. Kupując tam, podcinamy gałąź, na której siedzimy. Nie rozumiem, jak można w 2026 roku, mając dostęp do wiedzy o inwigilacji, pracy przymusowej i katastrofie klimatycznej, z uśmiechem klikać "Kup teraz" tylko po to, by zaoszczędzić kilka złotych na przedmiocie, który i tak jest zbędny.
Pamiętajcie: biednych ludzi nie stać na tanie rzeczy. Rozumiecie? Chodzi o to, że jak nie masz za dużo pieniędzy, to kup coś dobrej jakości. Nie chodzi o produkt premium, ale porządny, nie najtańszy. Wtedy posłuży ci przez lata. Pod jednym warunkiem: że go w ogóle potrzebujesz, a nie kupiłeś tylko dlatego, że był tani.
Zobacz także
