Polska na tle mapy Europy.
Polska 6. gospodarką UE, a nasze firmy to karły. Szklany sufit jest niżej niż myślisz. Grafika: montaż INNPoland

Kiedy w ostatnim czasie znowu wróciła dyskusja o połączeniu banków Pekao SA i PKO BP (a może i Alior Banku, który należy w dużej części do… Pekao SA), wróciły również głosy o monopolizacji rynku.

REKLAMA

Kiedy w ostatnim czasie znowu wróciła dyskusja o połączeniu banków Pekao SA i PKO BP (a może i Alior Banku, który należy w dużej części do… Pekao SA), wróciły również głosy o monopolizacji rynku.

Widmo "monopolu", które wraca jak bumerang

Głos ten dało się słyszeć przy innych okazjach. Czy to przejęciu Lotosu czy PGNiG przez Orlen, czy nawet przy… budowie CPK. Tak, CPK miał monopolizować transport lotniczy w Polsce. Byli też i tacy którzy krytykowali próbę przejęcia spółki Condor przez LOT w przeddzień COVID-u. To też według niektórych miało skutkować gorszą, bo "monopolistyczną" ofertą LOT-u w Polsce.

Głosy te to niestety często echa dawnego świata, w którym to polskie firmy konkurowały z polskimi firmami celem zdobycia pozycji na polskim rynku. Te czasy już dawno za nami, a szklany sufit organicznego rozwoju jest niżej niż można by przypuszczać.

Cofnijmy się w czasie i wróćmy do sprawy przejęcia Lotosu przez Orlen. Sprawa ta budziła politycznie dużo kontrowersji, jednak z praktycznego punktu widzenia jedyną wadą tego rozwiązania było to, że zrobiono to… zbyt późno.

To właśnie dlatego ten proces wymagał pewnych ustępstw i zrobienia kroku w tył, czyli sprzedania części stacji Lotosu. Oczywiście temat rozgrzany politycznie szybko wyrwał się poza merytoryczną dyskusję, natomiast nie ma żadnych wątpliwości, że był to krok potrzebny.

Tzw. branża oil & gas od lat dąży do maksymalnej konsolidacji, gdzie fuzje i przejęcia o wartościach rzędu 50 miliardów nie są niczym dziwnym. Tylko w 5 ostatnich latach wartość przejęć i fuzji w tej branży przekroczyła 200 miliardów dolarów.

Czy na tam skonsolidowanym rynku Lotos mógł się utrzymać? Oczywiście, że nie. Mała firma, z jedną rafinerią, bez potencjału na ekspansję zagraniczną, raczej wcześniej niż później, stałaby się celem przejęcia. W Polsce przejąć mógł ich tylko Orlen. Było to de facto ratowanie potencjału rafineryjnego w dobie (bardzo kosztownej) transformacji energetycznej.

Po co powstał "Wielki Orlen"

Krok w tył, czyli sprzedaż części stacji firmie MOL, oraz 30 proc. w 1 z 7 rafinerii Orlenu (a nie 30 proc. w całym Lotosie, co jest popularnym mitem), był akceptowalnym kosztem. Polski rynek jest już dla Orlenu (szczególnie w handlu detalicznym ropą) przesycony i jedyna szansa rozwoju to ekspansja zagraniczna.

To właśnie po to "Wielki Orlen" powstał, przez przejęcie Energi, PGNiG i Lotosu. Dzięki temu udało się wejść na rynek węgierski (przez przejęcie stacji MOL-u) oraz austriacki (przez przejęcie stacji Turmöl). Żałować można tylko, że obecny zarząd wprost zapowiedział wycofanie się z dalszej ekspansji zagranicznej, pomimo pojawiających się okazji.

Poprzedni zarząd Orlenu nie ukrywał, że kolejnym celem miała być próba przejęcia… austriackiego rywala: OMV. OMV, który jeszcze parę lat temu był firmą bogatszą od Orlenu.

Cieszyć można się jednak z tego, że rynek państwowych spółek z tego obszaru przemysłu został częściowo skonsolidowany. Nawet mimo tego, Orlen to dopiero 50 największa firma w Europie, pomimo tego, że jesteśmy 6 gospodarką UE.

Bez tych fuzji i rozwoju, nie byłaby nawet w pierwszej setce. Byłaby to dla tej firmy tragedia w perspektywie gigantycznych wyzwań finansowych przy rozwoju energii odnawialnej i rosnących kosztów wydobycia gazu i ropy.

O ile problem ten częściowo udało się rozwiązać w Polskiej Grupie Zbrojeniowej, przez konsolidację pod jednym parasolem kilkudziesięciu spółek, tak polski system bankowy nadal pozostaje w sytuacji patologicznej.

Rynek bankowy w Europie jest bardzo rozwinięty, nawet jeśli stanowi tylko marną konkurencję dla systemu amerykańskiego. Nie da się tutaj na poważnie mówić o ryzyku monopolu w Polsce, kiedy do wejścia do Polski szykują się coraz to kolejne banki typu uniwersalnego. W tym, co zabawne, również bank węgierski. 

Tymczasem Skarb Państwa posiada udziały w 4 instytucjach finansowych, gdzie chaos jest nawet bardziej zabawny niż w PGZ.

Państwowe banki: duże w Polsce, małe w Europie

Otóż głównym udziałowcem banku Pekao jest… firma ubezpieczeniowa PZU, która posiada tam 20 proc. udziałów.

To samo PZU posiada 32 proc. akcji w banku Alior. Obecnie trwają prace, aby postawić to wszystko na logicznych fundamentach: rząd chce doprowadzić do sytuacji, kiedy to bank Pekao jest właścicielem PZU, a nie odwrotnie. Los Aliora dalej pozostaje niewiadomą. Natomiast Bank Pocztowy to również całkowita kontrola przez kapitał państwowy.

Żeby było śmieszniej, albo też, straszniej, ani Pekao, ani PKO BP, nie planują ekspansji zagranicznej. Jest to poniekąd oczywiste, bo oba te banki to w skali Europy banki… małe. Wbrew krzykom jak to rośnie państwowy monopol bankowy, mówimy o dosyć biednych instytucjach finansowych.

Aby pokazać skalę: po połączeniu banku Pekao, PKO BP, Alior i Bank Pocztowy, uzyskalibyśmy… mniej więcej 25 największy bank w Europie. Obecnie nawet PKO BP, największy bank w Polsce, plasuje się gdzieś w 4. dziesiątce. Absurdalny wynik jak na kraj tak bogaty jak Polska.

Co gorsza, przez brak środków na ekspansję zagraniczną, zarządy obu banków ogłosiły strategię wedle której klientów zamierzają szukać tam… gdzie silny jest drugi państwowy konkurent. Czyli będą nawzajem kanibalizować rynek. Czy może być coś lepszego niż konkurencja wewnętrzna państwowych spółek?

Natomiast czy można mówić o monopolu kiedy nawet połączone banki odpowiadałyby za 40 proc. aktywów bankowych w Polsce? Z perspektywą wejścia na polski rynek kolejnych dużych banków?

Żeby nie być gołosłownym co do losów polskich banków. Tylko PKO BP funkcjonuje na innym rynku poza Polską w segmencie detalicznym. KredoBank na Ukrainie jest jednak poza pierwszą dziesiątką największych banków. 

Co więcej w 2024 głośna była historia, kiedy na spotkanie z premierem Tuskiem przyjechała premier Łotwy, prosząc wręcz o kupno banku Luminor, który posiada silną pozycję na Litwie, Łotwie i Estonii. Na nic nie zdały się też apele szefa Banku Litwy i litewskiego ministra finansów, którzy apelowali o większe zaangażowanie kapitałowe Polski.

Przez rozbicie dzielnicowe polskich banków, nie mają one kapitału na zakup banku wartego skromne 2 mld euro. Chętny jednak był. Tutaj jednak ci sami politycy interweniowali, aby sprzedaż zablokować. Zakupu chciał bowiem dokonać bank… węgierski: OTP Bank. Zresztą bank bardzo agresywny w przejęciach i ekspansji, który planuje wejść również na rynek… polski. Jak widać, niektórzy patrzą trochę dalej, nawet jak są z dużo mniejszych krajów.

Granice wzrostu organicznego

Po co ten przydługi wstęp? Po to, aby pokazać, że polskie "czempiony" osiągnęły granice rozwoju organicznego. O ile jeszcze Orlen można uznać za firmę dosyć ekspansyjną (7 rynków w Europie), tak LOT, PGZ czy Pekao/PKOBP docierają do granicy organicznego rozwoju.

Po pierwsze: "time to market". Jest to, kolokwialnie mówiąc, pojęcie które oznacza czas od rozpoczęcia jakiejś inicjatywy produktowej do jej debiutu na rynku i dostępu dla konsumentów. Rozwój organiczny oznacza więc budowanie od zera absolutnie wszystkiego. Trzeba zbudować struktury, znaleźć ludzi, wyszkolić ich, zbudować wartość marki i sięgnąć po klientów. A w niektórych branżach, jak bankowość i energetyka, zdobycie licencji na działalność to kolejne lata i setki milionów euro. To proces na lata, który można osiągnąć jednym szybkim przejęciem.

Doskonałym przykładem tego jest jedna z największych polskich firm: Maspex. Ta podkrakowska firma dokonała w ostatnich latach kilkudziesięciu (!) przejęć. W tym czasie wszystkie spółki państwowe dokonały może kilku. Nie da się nie wspomnieć o nieudanych z wielu powodów próbach przejęcia Condora i Smartwing (LOT) czy Talgo (PESA). Warto tutaj dodać przykład ostatniego przejęcia dokonanego przez PESA. Niemieckie HeiterBlick, producent tramwajów, po przejęciu pozwoli natychmiastowo startować w niemieckich przetargach, o co bez powodzenia PESA starała się od lat.

Szacuje się, że to, co zajęło Orlenowi pół roku, czyli przejęcie Turmol w Austrii, przy rozwoju organicznym zajęłoby nawet kilkanaście lat.

Można też wspomnieć o firmie InPost, która skokowych wzrostów dokonuje właśnie przez przejęcia spółek logistycznych działających czy to we Francji czy w Anglii. W tym czasie spółki państwowe pozostają bierne, tracąc czas. Tracąc go nieodwracalnie, bo rynek firm do przejęcia będzie malał razem z dalszą konsolidacją. 

W rozwoju czas to pieniądz, a my ten czas marnujemy. Ekspansję zagraniczną ze swoich strategii wykreślił za obecnych rządów Pekao, PKO BP oraz Orlen. Pozostałe duże spółki nigdy nawet takich planów nie miały. Boli to szczególnie w przypadku PGZ, pompowanego gigantycznymi pieniędzmi. Kiedy spółka zajmuje się sama sobą, niemieccy, ale i czescy rywale, kupują firmy zbrojeniowe na świecie jedna za drugą.

Po drugie: prawo malejących przychodów. Na nasyconym rynku każdy nowy klient kosztuje więcej niż poprzedni. PKO BP z 12 mln klientów nie ma już gdzie rosnąć w Polsce, natomiast nie próbuje rosnąć tam gdzie ma na to miejsce: na europejskim rynku setek milionów konsumentów. Dwaj państwowi rywale walczą już tylko o to, aby odebrać sobie klienta, który i tak ma już konto. To wojna na coraz niższe marże, kiedy rynki mniej nasycone jak Rumunia czy kraje bałtyckie, czekają na ofertę, która nie nadchodzi.

To samo dotyczy Orlenu, który w poprzednim roku otworzył w Polsce bodaj jedną nową stację benzynową. Po prostu Orlen w Polsce wyczerpał limit rozwoju i bez ekspansji zagranicznej w końcu przestanie rosnąć. 

Po trzecie: siła nabywcza kapitału. Mówiąc prosto: im jesteś bogatszy, tym tańsze są dostępne dla ciebie narzędzia finansowe. Ba, nie tylko tańsze, ale i w ogóle bardziej dostępne. To dzięki fuzjom stać Orlen na wielomiliardowe inwestycje np. w farmy wiatrowe. Lotos byłby zwyczajnie zbyt biedny, aby takie inwestycje prowadzić, ale konkurowałby z Orlenem o te same zasoby, wzajemnie się wyniszczając. 

Po czwarte: synergie. Konsolidacje to oszczędności idące w miliardy złotych oraz uwolnienie zasobów na kierunki wymagające skokowego rozwoju. To również impuls rozwojowy dla procesów wewnętrznych czy systemów IT.

Jeśli wchodzisz na nowy rynek, to musisz zmodernizować swoje systemy, przy okazji podnosząc jakość usług dotychczasowym klientom. To nie tylko cięcie etatów, działów i oddziałów, ale i akumulacja wiedzy. Liczba bardzo dobrych managerów, architektów oprogramowania czy ekspertów od bezpieczeństwa jest ograniczona. Teraz o tę wąską pulę rywalizują państwowe spółki marnując potencjał.

Po piąte: często rozwój organiczny jest po prostu niemożliwy. Nikt nie czeka w Niemczech czy Francji na nowy polski bank, który będzie od zera budował swoją obecność. Nie, ekspansja Orlenu była możliwa właśnie dzięki przejęciom i utrzymaniu marek takich jak Star w Niemczech czy Turmol w Austrii. O ile oczywiście przejęcia oznaczają szereg ryzyk, to na ogół rozwój bez przejęć jest zwyczajnie niemożliwy.

Ostatni dzwonek

Nie jesteśmy już krajem na dorobku, gdzie możemy się cieszyć, że na stacji benzynowej nie śmierdzi, a w banku stoją nowe komputery. Jesteśmy szóstą gospodarką UE i najwyższy czas, aby ambicje naszych rządzących dojrzały do stanu faktycznego. Jeśli pozwolimy na to, aby nasze największe firmy toczyły wojnę same ze sobą na śmierć i życie, to czeka nas tylko jeden los.

Los w którym finalnie trafią do wielkich zagranicznych konglomeratów, które w tym samym czasie były zajęte ekspansją. I pewnie wielu wybaczyłoby gdyby te konglomeraty miały siedziby w Berlinie czy Paryżu. Uznaliby to za właściwą kolei rzeczy, gdzie zachód jest lepszy, bogatszy i fajniejszy.

Niestety, perspektywa jest dużo mniej zabawna i może wywołać cierpką minę nawet u entuzjastów zjednoczonej Europy. Bo te konglomeraty mogą mieć swoje siedziby nie na zachodzie, a w Pradze, Wiedniu czy Budapeszcie. I sami będziemy sobie winni.