
To mogła być jedna z najważniejszych inicjatyw technologicznych początku XXI wieku. W 2008 roku, na długo przed rewolucją ChatGPT, na biurku Jeffreya Epsteina wylądował plan stworzenia Sztucznej Inteligencji Ogólnej (AGI). W wizji tej kluczową rolę miał odgrywać Polak – prof. Włodzisław Duch, określany w ujawnionej korespondencji mianem "guru" i "króla sieci neuronowych".
Od razu uspokajamy: "Projekt Brooklyn, rozbił się o więzienne kraty, a polski naukowiec podkreśla, że nigdy z Epsteinem nie współpracował. Cała historia brzmi jednak jak scenariusz technologicznego thrillera.
Z jednej strony mamy Jeffreya Epsteina – finansistę z dostępem do nieograniczonego kapitału, który dziś znany jest głównie ze swojej mrocznej, przestępczej działalności. Z drugiej strony: Bena Goertzela, wizjonera AI, który szukał "głębokich kieszeni", by sfinansować marzenie o maszynie myślącej jak człowiek.
A dokładnie pośrodku tego układu, w ujawnionej właśnie korespondencji, przewijało się nazwisko byłego polskiego wiceministra nauki. Sprawę opisuje portal "Fakt".
Maile Epsteina. "Włodek to guru". Polski ślad w planach za 4 miliony dolarów
Z maili datowanych na kwiecień 2008 roku wyłania się obraz ambitnego przedsięwzięcia. Goertzel, próbując przekonać Epsteina do otworzenia portfela, roztaczał wizję stworzenia "Projektu Brooklyn". Nazwa nie była przypadkowa – miała nawiązywać do słynnego "Projektu Manhattan". Tyle że tym razem celem nie była bomba atomowa, a cyfrowy umysł – AGI zdolne do uczenia się, rozumowania i samodoskonalenia.
Aby to osiągnąć, Goertzel potrzebował "Avengersów" świata nauki. Wśród kluczowych postaci wymieniał prof. Włodzisława Ducha z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Rekomendacje, jakie przesyłał Epsteinowi, były entuzjastyczne:
"Włodek Duch, polski guru sieci neuronowych [...] Włodek jest genialny i wniósłby świetne spostrzeżenia" – pisał amerykański badacz.
W innej wiadomości Goertzel poszedł jeszcze dalej, nazywając Polaka "królem AI w Polsce" i "fantastycznym badaczem". Plan zakładał budżet operacyjny na poziomie około 4 milionów dolarów rocznie. Pieniądze miały sfinansować elitarny zespół inżynierów i naukowców, którzy zamiast rozpraszać się na małe granty, pracowaliby nad jedną, potężną architekturą – "wirtualnym dzieckiem", które z czasem nauczyłoby się samo programować.
Po ujawnieniu części akt Epsteina ze zdumieniem odkrywamy polskie wątki jego szerokiej działalności. Kupił w Polsce jacht, co raczej nie jest podejrzane. Jednocześnie sam premier zwołał konferencję prasową i zapowiedział zbadanie działalności tego człowieka w naszym kraju. Podobnych rewelacji możemy odkryć jeszcze sporo.
Epstein, prof. Duch i Projekt Brooklyn."Zadzwoń, idę do więzienia"
Dlaczego więc o "Projekcie Brooklyn" świat nie usłyszał dekadę temu? Brutalne zderzenie wizjonerskich planów z rzeczywistością nastąpiło w czerwcu 2008 roku. Negocjacje przerwał jeden krótki mail od Epsteina do Goertzela: "Zadzwoń do mnie, idę do więzienia na rok".
Projekt upadł zanim na dobre wystartował. Sam prof. Włodzisław Duch w rozmowie z "Faktem" kategorycznie ucina spekulacje o jakiejkolwiek współpracy. – Nic z tego nie wyszło. Nie było propozycji badań ani współpracy – podkreśla naukowiec.
Profesor przyznaje, że Goertzel wspominał mu o "zamożnym darczyńcy" (ang. wealthy patron), ale nazwisko Epsteina nigdy nie padło. Dla polskiego naukowca ta sytuacja jest przykładem typowego dla USA stylu "fundraisingu", gdzie chwali się potencjalnych współpracowników ("guru", "król"), by wyciągnąć pieniądze od inwestora.
Co ciekawe, prof. Duch ocenia dziś, że pomysł był wówczas technologicznie przedwczesny. Prawdziwy przełom w AI nastąpił dopiero w 2017 roku. Jednak fakt, że polskie nazwisko pojawiało się w ścisłym gronie ekspertów typowanych do budowy AGI przez amerykańską elitę, pokazuje pozycję polskiej nauki w tamtym czasie.
Dlaczego Jeffrey Epstein kolekcjonował naukowców i co chciał od nich dostać?
Nazwisko prof. Ducha nie jest jedynym słynnym w świecie nauki, które przewija się w aktach Epsteina. Dlaczego? Jeffrey Epstein potrzebował "ludzkich trofeów", by legitymizować swój status w towarzystwie. Nowe dokumenty Departamentu Sprawiedliwości rzucają światło na mroczny alians świata nauki z przestępczym podziemiem. Od Harvardu po MIT – Epstein nie tylko finansował laboratoria, ale chciał wpływać na to, jak postrzegamy genetykę i ludzki umysł.
Słynny jest przypadek Stevena Pinkera, słynnego psychologa z Harvardu, sfotografowanego na pokładzie niesławnego odrzutowca finansisty. Choć Pinker twierdzi, że od razu wyczuł w gospodarzu "dyletanta i cwaniaka", jego obecność tam jest symbolem głębszego zjawiska. Epstein był po prostu obsesyjnym "kolekcjonerem umysłów".
Ale dlaczego elita intelektualna świata – w tym nobliści, astronomowie i lingwiści formatu Noama Chomsky’ego – lgnęła do człowieka o tak wątpliwej reputacji? Odpowiedź jest brutalnie prosta: pieniądze.
Epstein doskonale rozumiał ten mechanizm. Rozdawał pieniądze "po cichu", bez żądania tabliczek z nazwiskiem na budynkach. Harvard otrzymał od niego ponad 9 mln dolarów (w tym 6,5 mln na Program Dynamiki Ewolucyjnej), MIT – setki tysięcy dolarów, często już po pierwszym wyroku skazującym w 2008 roku. To była transakcja wiązana: gotówka za dostęp.
Działalność Epsteina. Ranczo dla dzieci i "społeczne protezy"
Jednak ambicje Epsteina sięgały głębiej niż tylko bycie sponsorem. Miliarder miał konkretne, niepokojące zainteresowania naukowe, oscylujące wokół eugeniki i determinizmu genetycznego.
"New York Times" donosił o jego planach stworzenia "rancza dla dzieci", gdzie chciałby hodować idealne potomstwo zapładniając kobiety swoim nasieniem. Naomi Oreskes, historyczka nauki, ostrzegała w "Scientific American", że finansowanie badań nad genetycznymi podstawami zachowań przez kogoś o takich poglądach jest "szczególnie niepokojące".
Najbardziej jaskrawym dowodem na to, jak Epstein postrzegał ludzi, jest jego wniosek o stypendium na Harvardzie z 2005 roku. Chciał badać tzw. "społeczne systemy protetyczne". W jego wizji inni ludzie mieli służyć jako "protezy" – narzędzia do wzmacniania zdolności poznawczych i regulowania emocji jednostki. Harvard dwukrotnie zatwierdził ten wniosek, mimo całkowitego braku kwalifikacji wnioskodawcy.
Dla Epsteina naukowcy byli właśnie takimi protezami – przedłużeniem jego ego i narzędziem do budowania wpływów.
Celebryci w kitlach
Epstein trafił na idealny moment w kulturze – szczyt popularności "naukowców-celebrytów". Ludzie tacy jak Lawrence Krauss czy Steven Pinker pisali bestsellery, występowali na TED Talks i brylowali w mediach. Wkroczyli do elity władzy, stając się naturalnym celem dla "łowcy ludzi", jakim był Epstein.
Ghislaine Maxwell, skazana wspólniczka finansisty, zeznała, że Epstein był "szczególnie zafascynowany nauką o mózgu". Organizowała dla niego kolacje z luminarzami nauki, traktując ich jako kluczowy element towarzyskiej układanki.
Dziś, gdy kolejne uczelnie wszczynają śledztwa (ostatnio Harvard bada powiązania Epsteina z byłym rektorem Lawrence'em Summersem), świat nauki musi zmierzyć się z niewygodną prawdą. Wyidealizowany obraz naukowca który niestrudzenie dąży do prawdy, zderzył się z brudnymi pieniędzmi.
Afera Epsteina to nie tylko historia o jednym przestępcy. To opowieść o systemie, w którym granica między filantropią a kupowaniem wpływów została z zatrważającą łatwością zatarta.
Zobacz także
