Fot. NikolayF.com / Pixabay / dom seven / Pexels.com / Montaż: INNPoland.pl

10 tysięcy za dwa krążki – taką ofertę usłyszała para narzeczonych planująca wesele. Winny nie jest chciwy jubiler, ale globalny szał na złoto inwestycyjne. Kilka lat temu identyczne obrączki kosztowały jedną trzecią tej kwoty. Czy płacenie "podatku od niespokojnych czasów" przed ołtarzem ma jeszcze jakikolwiek sens?

REKLAMA

Kiedy Marcin i Marzena, narzeczeni, przekroczyli próg salonu jubilera, by zamówić wymarzone złote obrączki, spodziewali się sporego wydatku. W najśmielszych snach nie spodziewali się, że za dwa metalowe kółka będą musieli zapłacić równowartość dobrego, zagranicznego urlopu.

Historia Marcina i Marzeny to dziś codzienność tysięcy par w Polsce. Sala zarezerwowana, fotograf opłacony, menu wybrane. Pozostał element z pozoru najprostszy – symbol wiecznej miłości. Para wybrała klasyczny, dość masywny wzór ze złota próby 585.

"Myśleliśmy, że to pomyłka"

Gdy jubiler położył przed nimi kalkulację, zapadła grobowa cisza. Cena: 10 tysięcy złotych.

– Myśleliśmy, że to pomyłka. Nasi dobrzy znajomi, którzy brali ślub dokładnie siedem lat temu, za identyczny projekt, o tej samej wadze i próbie, zapłacili 3500 złotych – opowiada załamany Marcin.

Gdy para spróbowała negocjować, sugerując, że marża jest chyba "nieco" wygórowana, jubiler bezradnie rozłożył ręce. – Z ceny robocizny nie zejdę, a materiał kosztuje dziś krocie. Złoto bije historyczne rekordy, ja też muszę je kupić na giełdzie – usłyszeli w odpowiedzi.

Rykoszetem w zakochanych. Dlaczego jest tak drogo?

Wszyscy słyszymy w serwisach informacyjnych o rosnących cenach "złota inwestycyjnego". Słyszymy, że banki centralne (w tym nasz NBP) masowo skupują sztabki, że uncja kruszcu przebija kolejne psychologiczne bariery na światowych giełdach, a inwestorzy uciekają w złoto przed inflacją i geopolitycznym niepokojem wywołanym wojnami. Te wielkie finanse bezpośrednio uderzają w portfele zwykłych Kowalskich.

Cena biżuterii to w ogromnej mierze cena samego surowca. Jubilerzy nie mają magicznych garnców z tanim złotem. Kiedy kruszec na rynkach globalnych drożeje, proporcjonalnie rośnie koszt wyprodukowania obrączek. Do tego dochodzi inflacja, która wywindowała koszty pracy, energii w pracowni jubilerskiej oraz podatki. Efekt? Wzrost ceny z 3500 zł do 10 000 zł na przestrzeni zaledwie siedmiu lat.

Bolesne poszukiwania alternatyw

Dla Marcina i Marzeny 10 tysięcy złotych to wyrwa w budżecie, której nie da się łatwo załatać. Zaczęli więc nerwowo szukać alternatyw.

Może srebro? Odradzane przez jubilerów jako zbyt miękkie i nietrwałe na biżuterię noszoną codziennie przez dekady. Może złoto niższej próby (333)? Będzie tańsze, ale szybciej zaśniedzieje i straci blask. Zdesperowane pary coraz częściej spoglądają w stronę materiałów nietypowych: tytanu, wolframu, a nawet stali chirurgicznej czy karbonu. Kosztują ułamek ceny złota, są niezwykle wytrzymałe, ale... dla wielu to wciąż "tylko stal", pozbawiona tego wyjątkowego, tradycyjnego prestiżu.

Zakochani stają przed dylematem: zrujnować budżet w imię tradycji, czy pójść na kompromis?

Pułapka na górce, czyli absurd całej sytuacji

W całej sprawie jest jeszcze jeden, nieco absurdalny haczyk finansowy. Kupując dziś złote obrączki za 10 tysięcy złotych, Marcin i Marzena zmuszeni są zagrać w bardzo ryzykowną rynkową grę – i to na samym "peaku".

Złoto, jak każde aktywo giełdowe, podlega wahaniom. Obecnie jest ekstremalnie drogie, bo świat jest niespokojny. Co jednak wydarzy się, gdy za rok lub dwa konflikty zbrojne na świecie przygasną, inflacja w USA i Europie zostanie całkowicie zduszona, a rynki finansowe wrócą do stabilności?

Istnieje bardzo realne prawdopodobieństwo głębokiej korekty na rynku metali szlachetnych. Cena złota może drastycznie spaść.

I tu dochodzimy do największego absurdu. Jeśli zrealizuje się scenariusz spadkowy, Marcin i Marzena zostaną z obrączkami na palcach, za które zapłacili 10 000 zł, a których realna, rynkowa wartość (wartość kruszcu) spadnie z powrotem w okolice 3500 zł.

Będą posiadaczami potężnie przepłaconego aktywa. Choć nikt nie kupuje obrączek po to, by je później sprzedać (i nie traktuje ich jako inwestycji), świadomość utraty blisko 70 proc. zapłaconej wartości może przyprawić o ból głowy.

Kupowanie złotej biżuterii dzisiaj przypomina kupowanie kryptowalut na absolutnej górce.

Decyzja, przed którą stoi nasza para, nie jest łatwa. Czy ulec presji tradycji i zapłacić "podatek od niespokojnych czasów", czy schować dumę do kieszeni i wybrać nowoczesny tytan za ułamek tej kwoty? Jedno jest pewne – dzisiejsze ceny u jubilera sprawiają, że powiedzenie "miłość jest bezcenna" nabiera wyjątkowo gorzkiego, finansowego wymiaru.