
Narodowy Bank Polski odkrywa karty na lata 2026-2028. Inflacja wreszcie odpuszcza, a polska gospodarka łapie wiatr w żagle dzięki unijnym miliardom. Jest jednak pewien haczyk, który odczujemy na własnej skórze: czas łatwych, dwucyfrowych podwyżek pensji właśnie dobiega końca.
Narodowy Bank Polski opublikował właśnie nowe prognozy (tzw. projekcję) dla naszej gospodarki na lata 2026-2028. Kiedy czytamy o "luce popytowej", "ścieżkach centralnych" i "absorpcji środków", łatwo ziewnąć i przewinąć tekst dalej. Tymczasem jest to scenariusz dla naszych portfeli, kredytów i karier zawodowych na najbliższe lata. Mamy więc dla was dwie świetne wiadomości i jedną, która może nieco ostudzić nasz entuzjazm.
Gospodarka to system połączonych naczyń. Jeśli coś rośnie, coś innego musi spadać. Z najnowszego raportu NBP wyłania się obraz powrotu do "starej, dobrej normalności". Co to dokładnie oznacza dla przeciętnego Polaka?
Dobra wiadomość nr 1: ceny w sklepach przestaną wariować
Pamiętacie czasy, gdy masło drożało z dnia na dzień, a inflacja zjadała nasze oszczędności w zastraszającym tempie? Możemy o tym powoli zapominać. Z wyliczeń NBP wynika, że inflacja na koniec 2026 roku spadnie do poziomu zaledwie 2,3 proc., w 2027 wyniesie 2,4 proc., a w 2028 znowu 2,3 proc.
Co to znaczy w praktyce? To nie tak, że w sklepach nagle zrobi się bajecznie tanio, a ceny cofną się do poziomu z 2019 roku. Zjawisko "dezinflacji" oznacza po prostu, że ceny będą rosnąć, ale bardzo, bardzo powoli – na tyle wolno, że nasz domowy budżet przestanie to boleśnie odczuwać.
Skąd ten spokój? Z jednej strony pomagają nam tanie produkty zalewające rynek z Chin, z drugiej (o czym za chwilę) pracodawcy przestaną tak hojnie podnosić nam pensje, co zdejmie presję z cen w sklepach.
Dobra wiadomość nr 2: złoty wiek polskiej gospodarki
Jeśli chodzi o ogólne bogactwo i rozwój kraju (czyli PKB), rok 2026 zapowiada się jak jazda na sterydach. Według NBP, nasza gospodarka urośnie wtedy o potężne 3,9 proc.
Skąd to nagłe przyspieszenie? To efekt "magicznego" strumienia pieniędzy. W 2026 roku na Polskę spadnie prawdziwy deszcz unijnych funduszy, głównie z Krajowego Planu Odbudowy (KPO). To oznacza gigantyczne inwestycje, nowe drogi, farmy wiatrowe na Bałtyku czy potężne zbrojenia. Firmy będą miały pełne ręce roboty.
Zobacz także
Ale uwaga – ten rajd nie potrwa wiecznie. NBP ostrzega, że w latach 2027-2028, gdy unijne kureczki zaczną się przykręcać, polska gospodarka dostanie lekkiej zadyszki, a wzrost spadnie do 2,9 proc. To wciąż dobry wynik, ale złote czasy łatwych unijnych kontraktów zaczną mijać.
Gorzka pigułka: zapomnij o wysokiej podwyżce pensji
I tu dochodzimy do informacji, która może zmartwić wielu pracowników. W ostatnich latach, przyzwyczajeni do szalejącej inflacji, śmiało wchodziliśmy do gabinetów szefów, żądając 10, 15 czy 20 proc. podwyżki. Argument był prosty: "wszystko drożeje". Firmy, walcząc o pracowników, często się na to godziły.
Zgodnie z raportem NBP, to eldorado właśnie się kończy. Dynamika wzrostu naszych wynagrodzeń zacznie mocno hamować. W 2026 roku średni wzrost płac zwolni do 6,4 proc., a w latach 2027-2028 spadnie do około 5,5 proc.
Dlaczego tak się stanie? Po pierwsze: spadnie inflacja, więc zniknie główny argument za "pompowaniem" pensji. Po drugie: skończą się rekordowe, skokowe podwyżki płacy minimalnej ustalanej przez rząd. A po trzecie: pracodawcy widzą, że sytuacja się stabilizuje i nie chcą już tak hojnie rozdawać pieniędzy.
Dla pracownika to psychologiczny cios, ale dla ekonomii – naturalna kolej rzeczy. NBP prognozuje, że nasze pensje będą rosnąć dokładnie w takim tempie, w jakim rośnie nasza wydajność pracy. Z jednej strony będziemy zarabiać nieco wolniej, ale z drugiej – te pieniądze wreszcie nie będą od razu "zjadane" przez inflację przy sklepowej kasie.
Wchodzimy w epokę stabilizacji. Będzie nudniej, zyski nie będą już tak spektakularne, ale w zamian nasz portfel wreszcie zyska trochę spokoju.
