
Krótko przed wpół do dwunastej w nocy nad północno-zachodnim Mazowszem rozegrał się iście hollywoodzki scenariusz. Ognista kula przecięła mrok, pozostawiając po sobie topiące się odłamki. Był to tzw. bolid, który z prędkością ponad 15 kilometrów na sekundę wpadł w naszą atmosferę prosto z centralnego pasa planetoid.
To nie było UFO, ani tajna broń wojskowa. W nocy z soboty na niedzielę mieszkańcy Mazowsza mogli podziwiać jedno z najbardziej spektakularnych zjawisk astronomicznych – potężny bolid. Rozpadł się 44 kilometry nad Ziemią.
Zjawisko trwało zaledwie ułamki sekund, ale wystarczyło, by rozświetlić noc. Astronomowie przeanalizowali lot kosmicznej skały, która z ogromną prędkością wpadła w ziemską atmosferę. Eksperci z sieci Skytinel zdradzają kulisy tego kosmicznego fenomenu.
Kosmiczny fajerwerk nad Mazowszem
To była spokojna noc z soboty na niedzielę (14/15 marca), kiedy nagle, na ułamek sekundy, mrok nad północno-zachodnim Mazowszem ustąpił miejsca oślepiającemu światłu. O godzinie 23:23 polskie niebo przecięła potężna kula ognia. Choć zjawisko wyglądało jak scena wyjęta prosto z filmu science-fiction, miało całkowicie naturalne, choć niezwykle rzadkie i fascynujące wytłumaczenie. Naszą planetę odwiedził bolid.
Dzięki czujnym "oczom" sieci Skytinel, która nieustannie monitoruje niebo nad Polską w poszukiwaniu takich właśnie fenomenów, udało się nie tylko zarejestrować ten kosmiczny spektakl, ale też dokładnie przeanalizować jego parametry. A te robią ogromne wrażenie.
Zabójcza prędkość i tysiące stopni Celsjusza
Skała, która wpadła w ziemską atmosferę, nie zamierzała zwalniać. Z wyliczeń ekspertów wynika, że pędziła z niewyobrażalną prędkością 15,3 kilometra na sekundę. Żaden ziemski pojazd nie porusza się tak szybko (ponad 55 000 km/h).
Czym w ogóle jest bolid? To niezwykle jasny meteor. Kiedy obiekt o wielkości zaledwie kilku czy kilkunastu centymetrów wpada z kosmiczną prędkością w gęste warstwy naszej atmosfery, dochodzi do potężnego tarcia. Przed obiektem tworzy się fala uderzeniowa, a jego powierzchnia błyskawicznie nagrzewa się do temperatury kilku tysięcy stopni Celsjusza. Skała zaczyna płonąć, topić się i parować, a z Ziemi obserwujemy ten proces jako zachwycającą, jasną smugę lub kulę ognia.
W przypadku "mazowieckiego" bolidu ekstremalne obciążenia i temperatury okazały się dla niego zabójcze na wysokości około 44 kilometrów nad powierzchnią Ziemi. To właśnie tam kosmiczny intruz rozpadł się na mniejsze kawałki. Na zarejestrowanych nagraniach widać było kilka powoli obtapiających się fragmentów, które ostatecznie zgasły na niebie gdzieś pomiędzy Płońskiem a Żurominem.
Zobacz także
Z centralnego pasa planetoid na polskie pole?
Każde takie zjawisko natychmiast rozbudza wyobraźnię poszukiwaczy meteorytów. W końcu dotknięcie kamienia, który jeszcze chwilę temu przemierzał pustkę Układu Słonecznego, to marzenie wielu pasjonatów. Skąd w ogóle wziął się ten obiekt? Astronomowie ze Skytinel ustalili, że przybył do nas prosto z centralnej części pasa planetoid – gigantycznego pierścienia gruzu krążącego między orbitami Marsa i Jowisza.
Czy komuś uda się odnaleźć jego resztki na mazowieckich polach? Eksperci studzą entuzjazm, choć nie odbierają całkowicie nadziei. Szansa na to, że największy odłamek przetrwał ten niszczycielski lot przez atmosferę i uderzył w ziemię, jest minimalna. Sieć ocenia, że nawet jeśli tak się stało, ocalały fragment skały ma masę nie większą niż 20 gramów. Znalezienie tak maleńkiego, przypalonego kamyczka na ogromnym obszarze graniczy z cudem.
Niemniej jednak, marcowa noc nad Polską dostarczyła nam kolejnego dowodu na to, że Wszechświat jest dynamicznym miejscem, a nasz skrawek nieba wciąż potrafi zaskoczyć spektakularnym, darmowym pokazem świetlnym.
