
Krew mnie zalewa, gdy widzę, jak warszawscy deweloperzy z uśmiechem na ustach posyłają pod kilof w pełni funkcjonalne, ledwie dwudziestoletnie biurowce. Ale kiedy na celowniku pojawia się Intraco, a w sieci natychmiast podnosi się lament domorosłych obrońców zabytków, to przepraszam bardzo – ale z czego wy chcecie robić muzeum? Przestańcie bronić architektonicznego trupa na Stawkach.
Gdy słyszę o planach zrównania z ziemią Ilmetu czy dawnego Pekao Tower, mam ochotę wyjść na ulicę i przypiąć się do nich łańcuchem. Burzenie zdrowej, nowoczesnej tkanki miejskiej tylko po to, by postawić na jej miejscu o trzydzieści metrów wyższego szklanego klocka, to szczyt marnotrawstwa i ekologiczna zbrodnia.
Ale ze zdziwieniem przyglądam się obecnym protestom przeciwko planom wyburzenia Intraco i zastąpienia go nowym i nowoczesnym budynkiem. Intraco nie ma nam już nic do zaoferowania. Spełniło swoją rolę, to nie jest żadne muzeum. To biurowiec, który musi na siebie zarabiać. Ja na niego płacić nie zamierzam.
Intraco. Zabytek z przypadku, czyli sentymenty zamiast rozumu
Mazowiecki Wojewódzki Konserwator Zabytków wreszcie poszedł po rozum do głowy i odmówił wpisania tej ponad 50-letniej wieży do rejestru zabytków. I chwała mu za to. W odpowiedzi usłyszeliśmy oczywiście rytualne biadolenie o "niszczeniu dziedzictwa modernizmu". Problem w tym, że to rzekome dziedzictwo od lat przypomina architektonicznego potwora Frankensteina.
Intraco przechodziło tyle modernizacji, remontów i liftingów, że ze swojej pierwotnej formy zachowało tyle, co polski polonez po wizycie w podrzędnym warsztacie tuningowym. To nie jest żadna błyszcząca perła epoki Gierka. To po prostu wyeksploatowany, koszmarnie drogi w utrzymaniu relikt, który od dawna jedzie na oparach własnej legendy.
Biura dla krasnoludków i fabryka smogu
Aktywiści uwielbiają patrzeć na ten budynek przez różowe okulary nostalgii, podziwiając go na pożółkłych pocztówkach z PRL-u. Tyle że biurowiec nie jest rzeźbą w parku. Ma działać, zarabiać i zapewniać ludziom godziwe warunki do pracy, a nie tylko wyglądać (i nawet to jest dyskusyjne). Zderzenie parametrów Intraco ze współczesnym rynkiem to po prostu brutalna komedia.
Zajrzyjmy do środka budynku. Stropy zawieszone na wysokości 2,8 metra? W dzisiejszych czasach to standard dobry dla komórki lokatorskiej, a nie biura z prawdziwego zdarzenia, gdzie podwieszone sufity i nowoczesna klimatyzacja wymagają minimum 3,8 metra. Żadna szanująca się firma nie zamknie swoich pracowników w takich dusznych klitkach. Dodajmy do tego mikroskopijną powierzchnię piętra – śmieszne 660 metrów kwadratowych. Poważna korporacja czy średniej wielkości firma technologiczna udusiłaby się tam z braku powietrza w pierwszym tygodniu.
Zobacz także
A skoro już o powietrzu mowa – dzisiaj odmienia się ekologię przez wszystkie przypadki (i słusznie), tymczasem Intraco to energetyczny wampir, wprost nazywany przez ekspertów "fabryką CO2". Próba dostosowania tego betonowego kloca do dzisiejszych standardów środowiskowych (ESG) to jak montowanie silnika V12 do dużego fiata. Koszty byłyby gigantyczne, a efekt co najmniej karykaturalny.
Co zrobić z Intraco? Zburzyć, zapomnieć, pójść dalej
Każdy budynek, który stoi odpowiednio długo, wrasta w krajobraz. Zaczynamy cierpieć na miejski syndrom sztokholmski – bronimy brzydoty i dysfunkcji tylko dlatego, że "zawsze tam były". Ale miasto to żywy organizm, a nie skansen nietrafionych decyzji inżynieryjnych sprzed pół wieku. A może i trafionych, bo na swoje czasy Intraco było ponoć całkiem fajne i nowoczesne. Tyle że dziś nikt po prostu nie chce tam wynajmować biur.
Polski Holding Nieruchomości chce rozebrać Intraco i postawić w jego miejscu nowy, ponad 100-metrowy, ekologiczny i racjonalny wieżowiec. To jedna z niewielu inwestycji typu "burz i buduj" w Warszawie, której będę kibicował. Walczmy o mądrą urbanistykę. Brońmy 20-letnich budynków, które wciąż mają przed sobą dekady użyteczności. Ale na litość boską, przestańmy płakać po funkcjonalnych trupach.
Dajcie Intraco wreszcie spokojnie umrzeć.
