
Deweloperzy realizują swoje marzenie – rugują w polskim społeczeństwie zwyczaj wpadania do siebie w gości. Na nowych osiedlach powoli padają ostatnie bastiony w postaci miejsc, gdzie można zaparkować samochód na czas wypicia przykładowej kawy u cioci. Wszelkie próby ominięcia tego faktycznego zakazu wjazdu dla gości są brutalnie duszone w zarodku. Jeśli nie przez gospodarza terenu, to przez niektórych jego "życzliwych" mieszkańców.
Bloki bez miejsc parkingowych dla gości
Nie piszę o zjawisku nowym, bo problem braku miejsc postojowych dla gości mieszkańców nowych osiedli towarzyszy nam od dobrej dekady, jeśli nie dłużej. Jednak o ile na początku były to incydentalne zdarzenia, które wywoływały społeczny sprzeciw i generowały zauważalny szum medialny, to dziś wszyscy zdają się być z tym pogodzeni.
Jeśli zdecydowałeś się zamieszkać gdzieś poza PRL-owską "wielką płytą", goście mają przyjść do ciebie na piechotę, a najlepiej, by w ogóle nie przychodzili. Ja jednak czuję, że warto o tym mówić, zwłaszcza jeśli jest się świadkiem absurdalnych konsekwencji takiego stanu rzeczy.
Nowe osiedle w Gdańsku. Goście niemile widziani
W Gdańsku, w którym mieszkam, w jednej z południowych dzielnic jest sobie pewne nowe osiedle. Składa się na nie kilkadziesiąt bloków, w których żyje około 10 tysięcy osób.
Liczba ogólnodostępnych, legalnych miejsc do zostawienia auta wynosi natomiast około... 30 (słownie: trzydziestu). Do tego można dorzucić drugie tyle miejsc "nieoficjalnych", gdzie da się zaparkować bez narażania się na mandat i blokadę koła od straży miejskiej.
Z tym "drugie tyle" to trochę przesadziłem, bo na rzeczonym osiedlu właśnie zapadła decyzja, by część tych nieoficjalnych miejsc zlikwidować. Gospodarza terenu raziło bowiem to, że przy wyjeździe z osiedla jest małe klepisko, na którym mogło zaparkować jakieś 8-9 aut.
Kilka dni temu ogrodził je więc wbitymi w ziemię słupkami uniemożliwiającymi wjazd kierowcom samochodów. A że przy okazji uwięził dwa pojazdy, których właściciele nie zdążyli odjechać przed montażem słupków? Teraz owe auta stały się elementem krajobrazu dzielnicy.
Zobacz także
Wojna o miejsce do parkowania. Absurd goni absurd
Wjeżdżając na to nowe osiedle można na pierwszy rzut oka odnieść wrażenie, że ogólnodostępnych miejsc do parkowania jest cała masa. Oto bowiem chodnik jest bardzo szeroki, akurat taki, że może zmieścił się na nim samochód, zostawiając przepisowe 1,5 miejsca dla pieszych. Niedoczekanie: kostka brukowa jest w połowie czerwona, co oznacza że jest to ścieżka rowerowa, a więc zastawiać jej nie można.
Problem w tym, że jest to ścieżka prowadząca donikąd. Na jej końcu jest bowiem rondo, na którym można jedynie... zawrócić. Rowerzyści przejeżdżają nią od wielkiego dzwonu.
I mimo że na ścieżce rowerzystów jest jak na lekarstwo, a zostawiony na chodniku samochód w niczym nie przeszkadza pieszym, to owo osiedle regularnie odwiedzane jest przez straż miejską, która zawsze wpada z obowiązkowym zestawem blokad na koła.
Stróże prawa szczególnie upodobali sobie chodnik przy dwóch sklepach, bo to tam swoje samochody najczęściej parkują kierowcy. Działa tam też najaktywniejsza grupa "życzliwych", którzy chętnie po straż miejską dzwonią, by poinformować służby o tym strasznym procederze.
Tak, ja też zarobiłem w tym miejscu blokadę. I dobrze, bo dzięki niej nie tylko dowiedziałem się o istnieniu zakazu, ale też o tym, że strażnicy miejscy nie jeżdżą tam sami z siebie. Są regularnie wzywani przez mieszkańców nowego osiedla, którzy nie życzą sobie przyjezdnych na swoim terenie.
Gdy zapytałem strażników miejskich gdzie w takim razie mogę legalnie zostawić auto, zostałem przez funkcjonariuszy zaproszony do skorzystania z parkingu przy pętli tramwajowej. Oddalonego, bagatela, o 15-20 minut spaceru od bloków na osiedlu.
I jasne: po to jest komunikacja miejska i taksówki, żeby kwestią parkowania się nie przejmować. Wszystko fajnie, gorzej jeśli przyjechaliśmy odwiedzić kogoś całą rodziną, dotarliśmy z innego miasta albo, broń deweloperski Boże!, po prostu chcieliśmy przy okazji wdepnąć na pogaduchy.
Gość w dom, Bóg w dom? Dawno i nieprawda
Co kilka miesięcy odwiedzam moich przyjaciół w stolicy, którzy mieszkają w jednym z nowych warszawskich osiedli. Na ulicach wokół trzech masywnych bloków, zamieszkałych przez około 1,5 tysiąca osób, nie ma miejsc do swobodnego zostawienia auta, natomiast na samym osiedlu są 4 (słownie: cztery) miejsca dla gości.
Jednak żeby na nich zaparkować, trzeba najpierw udać się do ochroniarza, poprosić o odkluczenie blokady, przekazać swój numer telefonu i zadeklarować na jak długo przyjechało się na wizytę (instrukcyjny termin to maksymalnie dwie godziny).
Miejsca parkingowe stają się luksusem
To i tak luksus, bo istnieją i takie osiedla, na których liczba miejsc dla gości jest równa okrągłemu zeru. Wtedy można tylko i wyłącznie liczyć na życzliwość sąsiadów, którzy (o ile sami gdzieś wyjadą autem) mogą nam udostępnić kawałek ziemi na na potrzeby gości.
Ci, którzy lubią dreszczyk emocji, mogą zaproponować swoim gościom chwilowe zajęcie dowolnego niezajętego miejsca. Może się uda. A jeśli nie? Wybuchnie awantura, jak tylko właściciel miejsca parkingowego przyjedzie i zobaczy, że nie może zaparkować na swoim sowicie opłacanym prostokącie.
Wszystko to daje dość smutny obraz miast coraz gęściej pokrytych zamkniętymi, niegościnnymi enklawami mieszkalnymi. Osiedli, gdzie ludzie, przynajmniej według wizji budowniczych, powinni ograniczyć kontakty towarzyskie do minimum. Ewentualnie utrzymywać je w znacznie oddalonych od "sypialni", za to drenujących kieszenie, centrach metropolii.
A samorządy? Im pozostaje promowanie uśmiechniętych dojazdów komunikacją miejską. To łatwiejsze i tańsze od twardego postawienia deweloperom cywilizowanych wymogów. Również tak wysublimowanych, jak stworzenie możliwości przyjmowania do siebie zmotoryzowanych gości.
