Prezydentka Kielc Agata Wojda, panorama Kielc, skarpety, flaga Korony Kielce, autobus i naklejka z tęczą. "Odkąd jestem prezydentką Kielc, muszę wyjaśniać nawet swoje skarpetki". Nam Agata Wojda wyjaśnia jeszcze więcej
"Odkąd jestem prezydentką Kielc, muszę wyjaśniać nawet swoje skarpetki". Nam Agata Wojda wyjaśnia jeszcze więcej Fot. Alberta Archives / Michael715 / Martyn Jandula / Natasha Zakharova / Henryk Sadura / Shutterstock / Profil Agaty Wojdy na Facebooku Montaż: INNPoland.pl

Agata Wojda, pierwsza kobieta na stanowisku prezydenta Kielc, mierzy się nie tylko z fatalnym wizerunkiem miasta – uznanego niedawno za najgorsze polskie miasto wojewódzkie – ale też z brutalną polityką, w której urzędniczki przezywane są drwiąco "kolorowymi dziewczynkami". – Odbudowanie poczucie dumy jest jednym z największych wyzwań mojej prezydentury – mówi InnPoland prezydentka Wojda.

REKLAMA

Agnieszka Porowska: Woli być pani nazywana prezydentem czy prezydentką Kielc?

Agata Wojda: Obydwie formy są dla mnie absolutnie akceptowalne. Nie rozumiem tej ekscytacji "końcówkami", która często wiąże się z negatywnymi emocjami. Nie wiem, dlaczego ludzie mają problem, żeby kobiety używały feminatywów w pracy, dlaczego nie mogą być dyrektorkami zamiast dyrektorami.

Zauważam też, że słowo "prezydentka" jest przez wiele osób bardzo pozytywnie przyjmowane, szczególnie w młodszym pokoleniu. Dzieci i młodzież używają tego języka w sposób naturalny.

Myślę, że naszą dużą rolą społeczną jest upowszechnianie feminatywów w języku, co ma niesamowity walor wzmacniający. Szczególnie młode dziewczyny, słysząc, że są dyrektorki, prezydentki – budują w świadomości perspektywę, że jest to przestrzeń otwarta także dla nich w przyszłości.

Jest pani pierwszą kobietą na stanowisku prezydenta Kielc. Podczas kampanii wielokrotnie pani słyszała, że mieszkańcy nie są na to gotowi. Czy po dwóch latach rządzenia nadal pojawiają się takie komentarze?

Niestety kobieta nadal budzi pewną sensację na wysokich stanowiskach: czy to menedżerskich, prezydenckich, czy w samorządzie. Było to dla mnie szokujące, gdy słyszałam, że choć moje doświadczenie i kompetencje są w porządku, to Kielce mogą nie być gotowe na kobietę na tym stanowisku.

Spotykałam się też z sytuacjami, gdy ktoś mówił, że nabiorę jeszcze doświadczenia i w przyszłości na pewno osiągnę sukces. Było to zaskakujące, bo spośród wszystkich kandydatów już wtedy miałam największe doświadczenie samorządowe: byłam kilkanaście lat radną, pełniłam funkcję wiceprezydentki, miałam doświadczenie w pracy w administracji rządowej. Musiałam z wielkim spokojem pokazywać swoje kompetencje.

To głęboki proces – mentalny i edukacyjny. Myślę, że jesteśmy na dobrej drodze, ale kobiety muszą się jeszcze czasem dużo bardziej i dużo mocniej starać.

Czyli płeć ma znaczenie na wysokich stanowiskach?

Znaczenie mają osobiste kompetencje. Mamy jednak naleciałość wynikającą z wieloletniej mentalności, która dzieli role społeczne i uznaje, że mężczyźni są stworzeni do wyższych rzeczy.

Doświadczenie społeczne pokazuje jednak, że kobiety robią kariery zawodowe, jednocześnie często zajmując się domem. To dowodzi, że jesteśmy wielozadaniowe i mamy naturalną zdolność do szukania niestandardowych rozwiązań i kompromisów.

Czy jako kobieta zwraca pani uwagę na inne obszary niż mężczyzna? Przywództwo kobiet jest inne?

Kobiety w sferze publicznej były kojarzone z tzw. miękkimi rzeczami, jak edukacja, pomoc społeczna czy zdrowie. Ale te skojarzenia powoli odchodzą do lamusa.

Jako młoda radna pierwszej kadencji zostałam szefową komisji zajmującej się planowaniem przestrzennym. Tematy związane z polityką komunalną i infrastrukturą zawsze były mi bliskie, co nie oznacza, że współpracując z ludźmi, nie potrafię skutecznie zarządzać na przykład obszarem pomocy społecznej.

Województwo świętokrzyskie to region prawicowy, jednak w Kielcach wygrywają kandydaci ugrupowań umiarkowanych. Jak rządzi się miastem, które jest taką "wyspą" na tle konserwatywnego województwa?

Wciąż jest to jednak mniejsza wyspa niż na przykład Cisna na Podkarpaciu.

W czasie kampanii wyborczej pewna pani powiedziała, że podoba jej się moja kandydatura, ale drażni ją, że jestem z Koalicji Obywatelskiej. Zapytałam ją jakiej decyzji w polityce miejskiej, wynikającej z mojej przynależności, się obawia i co będzie dla niej nieakceptowalne. Pani się zastanowiła i powiedziała, że właściwie nic nie przychodzi jej do głowy.

W polityce miejskiej decyzji związanych z poglądami ideologicznymi jest skrajnie mało. Na pierwszy plan wysuwają się poglądy na rozwój miasta i politykę gospodarczą. Poglądy polityczne mają wtórne znaczenie.

Kielce fatalnie wypadły w rankingu "Business Insider": zostały uznane za najgorsze polskie miasto wojewódzkie. Jak się pani z tym czuje?

Żyjemy w otoczeniu różnego rodzaju rankingów i statystyk. Taki ranking, którego merytoryki w żaden sposób nie podważam, nie jest dla mnie czymś optymistycznym. Ani się z niego nie cieszę, ani go bagatelizuję. Mam świadomość, w jakiej kondycji i sytuacji przejmowałam Kielce. Procesy, które uruchomiliśmy, są procesami wieloletnimi, rozłożonymi na tę i przyszłą kadencję.

Trzeba też wniknąć w kryteria rankingu. Jeżeli ktoś wspomina o najniższych płacach w miastach wojewódzkich i wskazuje Kielce, ale nie uwzględnia kosztów życia, gdzie siła nabywcza pieniądza jest szalenie istotna, to ten obraz nie będzie miarodajny.

W tym rankingu Kielce w żadnej z kategorii nie były ostatnie, a w kategoriach, za które odpowiada polityka miejska, nie straciły pozycji.

Mam świadomość, że przed nami jest dużo pracy, szczególnie w zakresie przeciwdziałania depopulacji, wzmocnienia polityki miejskiej i spraw gospodarczych. Problemy mamy zdefiniowane. Wiemy, gdzie są deficyty i podjęliśmy szereg działań, aby im przeciwdziałać.

Konkretnie?

Zdefiniowaliśmy dwa deficyty. Pierwszym z nich jest dostęp do terenów inwestycyjnych. Centrum Obsługi Inwestora już prowadzi intensywne działania i rozmowy z potencjalnymi inwestorami, którzy szukają terenów do lokalizowania nowych przedsięwzięć. 

Miasto ma w tym duże zapóźnienia. Nie jesteśmy właścicielami gruntów miejskich, otaczają nas grunty prywatne. Mamy jednak narzędzia, aby planowaniem przestrzennym określać sposób ich wykorzystania.

W planie ogólnym chcemy znacząco zwiększyć tereny gospodarcze i przemysłowe. Stawiamy na intensywne uzbrojenie terenów inwestycyjnych. Projektujemy układ drogowy na Nowym Malikowie, aby tam w pierwszym etapie uwolnić 40 ha terenów inwestycyjnych. Wchodzimy w sojusze, zawieramy porozumienia z przedsiębiorcami i partnerami.

Będziemy też wspólnie inwestować miejskie pieniądze, aby budować infrastrukturę drogową na terenie Specjalnej Strefy Ekonomicznej. Te tereny, szybko się komercjalizując, przyniosą miastu podatki. W tegorocznym budżecie stworzyliśmy specjalną rezerwę na uzbrojenie terenów inwestycyjnych, to pierwszy raz w historii Kielc.

A ten drugi deficyt?

Brak nam powierzchni biurowych klasy A. Kielecki Park Technologiczny funkcjonuje, ale ma ograniczone kręgi rozwoju. Priorytetem jest budowa nowego inkubatora przedsiębiorczości, który od pierwszych dni będzie działał na zasadach komercyjnych.

Wcześniej pojawiały się zarzuty, że miasto wykorzystując środki zewnętrzne, np. dotacje unijne, staje się nierówną konkurencją dla lokalnych przedsiębiorców. Nowy model finansowy będzie działał na zasadzie rynku komercyjnego, oferując 6 tys. m. kw. powierzchni biurowej wysokiej klasy, zlokalizowanej w strefie śródmiejskiej. Ma to dać impuls dla tworzenia nowych firm i inkubacji startupów, a także ożywić centrum.

Jakie są najważniejsze wyzwania, przed którymi stoją Kielce?

Promocja dobrego wizerunku na zewnątrz. Przychodzi czas na mniejsze miasta. Młode pokolenie szuka miast o spokojniejszym trybie życia. Ważny jest dla nich work-life balance i elastyczny styl pracy, często zdalnej lub hybrydowej, bo nierzadko pracują dla pracodawców z zagranicy lub warszawskich korporacji.

Kielce są idealnym miejscem, by wygodnie żyć: nie marnować czasu na dojazd, mieć dostęp do wysokiej jakości usług publicznych i terenów zielonych, mieć czas na rodzinę i przyjaciół.

Mamy świetny dostęp do żłobków, oferty edukacyjnej, wysokiej jakości transport publiczny, dwa stoki narciarskie i las komunalny. Nie powinniśmy mieć kompleksów. Musimy przedostać się z tym prawdziwym wizerunkiem Kielc do szerokiej opinii publicznej.

Ale mieszkańcom Kielc na pewno nie jest miło, gdy słyszą, że są najgorsi.

Odbudowanie poczucia dumy i tożsamości jest jednym z największych wyzwań mojej prezydentury. Ranking, który pokazuje Kielce jako miasto z deficytami, obiega media i jest przedmiotem komentarzy typu: "oczywiście Kielce, nic nowego". To takie samobiczowanie się. Natomiast statystyki, w których miasto zaczyna osiągać pozytywne efekty, przechodzą bez echa lub są traktowane jako wypadek przy pracy.

Ważny jest dla nas element budowania lokalnej tożsamości i związania z miastem. Ma temu służyć polityka młodzieżowa, dzięki której chcemy budować poczucie realnej sprawczości u młodych ludzi, aby współtworzyli miasto. Jeżeli czujemy się za coś odpowiedzialni i mamy na coś wpływ, wzrasta w nas poczucie dumy.

Wspomniała pani o transporcie publicznym. Kilka tygodni temu miasto ogłosiło, że na ulice Kielc wyjadą nowe autobusy. Wiele z nich jest wyposażone w siedzenia "na półtorej osoby". Komu to potrzebne?

Pyta pani, komu potrzebne są nowoczesne, elektryczne autobusy?

Pytam o to, czy autobusy wyposażone w siedzenia na półtorej osoby nie są źle urządzone…

Nie są źle urządzone. Te 24 autobusy zostały wyprodukowane w ramach dużego zamówienia i dużych środków unijnych, pozyskanych na zrównoważoną mobilność i rewolucję w komunikacji publicznej.

Szczegół, o którym mówimy, dotyczy technicznego odbioru i homologacji. Zastosowano technologię, która wymusza określoną liczbę miejsc w pojazdach. Półtora siedzenia nie jest niczym zdrożnym. Jest to maksymalne wykorzystanie przestrzeni, by autobusy mogły być jak najbardziej ekologiczne.

Dalsza część tekstu poniżej.

Pojawiają się głosy nawołujące do odwołania pani w referendum. Sprawa ma związek ze sporem wokół inwestycji na Placu Wolności. Opozycja zarzuca pani, że planując kosztowną przebudowę, nie uwzględniła pani postulatu mieszkańców o stworzenie parkingu podziemnego.

Fala mówienia, czy straszenia referendum przetacza się przez całą Polskę, a samo słowo "referendum" stało się dzisiaj bardzo powszechnym argumentem w polityce. To ma duży walor społecznego wpływu, ale w wielu przypadkach jest motywowane polityką najniższych standardów, choć oczywiście nikomu nie odmawiam obywatelskiego prawa do oceny włodarzy.

Plac Wolności jest największym placem publicznym w Kielcach. Dzisiaj znajduje się tam prowizoryczny parking wymagający przebudowy. Miasto pozyskało środki z Funduszu Unijnego na rewitalizację płyty Placu Wolności, co umożliwi stworzenie tam placu publicznego z prawdziwego zdarzenia.

Mieszkańcy wnioskowali, że pod placem powinien być parking podziemny. Gdy zaczynaliśmy tę kadencję, nie było możliwości współfinansowania parkingu ze środków zewnętrznych. Unia Europejska nie chciała finansować tego typu inwestycji.

Teraz priorytety się zmieniły, bo stawia się na inwestycje podwójnego zastosowania. Wykorzystaliśmy tę szansę. Przeprocedowaliśmy z Komisją Europejską przekierowanie części środków właśnie na bezpieczeństwo.

Dziś już wiemy, że parking podziemny pod Placem Wolności, czy raczej miejsce schronienia z funkcją parkingu, może liczyć na dofinansowanie ze środków europejskich. Niedawno ogłosiliśmy, że to będzie już inwestycja kompleksowa: rewitalizacja płyty i części podziemnej z miejscem schronienia, która zaoferuje 250 miejsc parkingowych.

Osoby, które znalazły sobie Plac Wolności jako pretekst do organizacji referendum, będą musiały się bardzo nagimnastykować, by znaleźć pretekst.

Na sesjach Rady Miasta rzeczowe dyskusje są wypierane przez osobiste przytyki. Jeden z radnych miał zwrócić się do pani i pani współpracowniczek per "kolorowe dziewczynki". Co się wydarzyło 12 marca w kieleckim ratuszu?

Poziom debaty publicznej leci na łeb na szyję nie tylko w Kielcach, ale niestety u nas widać to dobitnie. Merytoryka odchodzi na dalszy plan, trwają jałowe rozmowy, podczas których radni zajmują się głównie sobą i krytyką władz miasta.

Wspomniana sesja Rady trwała 16 godzin. Po takim czasie dyskusja sięga bruku. Nie ma mojej zgody na wypowiedzi poniżające moje współpracownice, na nazywanie ich "kolorowymi dziewczynkami".

Czy to miała być aluzja do tego, że jest pani orędowniczką praw ludzi LGBTQ?

Nie wiem. Usłyszałam jedynie, że styl ubierania się mój i niektórych osób z mojego otoczenia budzi kontrowersje. Poważnie. Odkąd jestem prezydentką, muszę się tłumaczyć radnym nawet ze swoich skarpetek czy butów sportowych. To proste: pracuję po 15 godzin dziennie i w takim stroju jest mi wygodniej sprawować moją funkcję.

Z drugiej strony to aż dziwne, że się z tego tłumaczę. To skandaliczne, że wobec urzędniczek, które mają doświadczenie i pełnią odpowiedzialne stanowiska, młody wiekiem radny potrafi formułować takie treści.

W stronę urzędników często padają niesprawiedliwe inwektywy, które deprecjonują ich wartość. "Kolorowe dziewczynki" są dla mnie nieakceptowalne. Jeżeli ktoś chce czynić zarzut z barwnej marynarki albo sportowych butów, to najwidoczniej nie ma prawdziwych argumentów, by krytykować władze miasta.