Kobiety z pokolenia Z w pracy i podczas tańca na rurze.
O pokoleniu Zet mówi się, że ma dwie lewe ręce do pracy. Historie moich bohaterów zdają się temu przeczyć. Fot. Josie Elias/Shutterstock/Karolina Nowak/Magda Socha/kompozycja SLL

Przywykliśmy już do tego, a może przyzwyczaiły nas do tego media, że "A": ogólnie z pracą jest problem, "B ": ludzie z pokolenia Zet, czyli urodzeni na przełomie wieków są roszczeniowi, zbyt delikatni i leniwi. Tymczasem zdarzają się takie wybryki natury jak pracujący studenci. I to często wymagających studiów dziennych. Kim są, gdzie szukają pracy i na jakie stawki mogą liczyć?

REKLAMA

Gdy wyobrażałam sobie kiedyś, kim mogłaby być moja pierwsza instruktorka pole dance – przed oczami miałam dziewczynę po AWF-ie, może byłą baletnicę lub kogoś związanego z branżą beauty. Po zajęciach zebrałam się na odwagę i zapytałam. No i się zdziwiłam.

Pokolenie Zet. Nawet studentki weterynarii pracują zarobkowo

Gdy się dowiedziałam, że obie dziewczyny, z którymi mam zajęcia, nie dość, że nie zajmują się tylko tym, ale też z zapałem studiują weterynarię, mój pogląd na temat zetek, którym się nic nie chce – mocno zrewidował. Okazuje się, że pracująca zetka to nie mit, ani też taka rzadkość, jakby się wydawało. Magdalena Socha jest na piątym roku weterynarii UMW, a popołudniami prowadzi grupy z dziewczynami chcącymi śmigać na rurce w przeróżnych pozach. Uczy się, pracuje, wynajmuje i tak od prawie dziesięciu lat. – Nie wiem, czy byłabym taka sama, gdyby nie moja miłość do zwierząt. Odkąd pamiętam, miałam jeden cel: pomagać im i jeździć konno, a w moim rodzinnym domu po prostu nie było kasy na lekcje – zaczyna rozmówczyni InnPoland. Ten cel tak bardzo zdeterminował jej życie, że w wieku 15 lat opuściła matecznik, żeby uczyć się w gdańskim liceum. Mówi, że to ją ukształtowało. Przeprowadzając się z malutkiej wsi do wielkiego miasta postanowiła, że aby znaleźć wentyl dla wielkomiejskiej samotności i przytłaczającej liczby godzin nauki, spróbuje czegoś nowego. Na taniec na rurze padło przypadkowo. Zaczynała się wtedy moda na pole dance. – Widziałam popisy ludzi na rurce w "Mam Talent" i spróbowałam. Nauka wciąż była najważniejsza, więc w studio pojawiałam się tylko raz w tygodniu. Poza tym zawsze ważna była jakaś dorywcza praca. W średniej szkole dorabiałam w gastronomii, bo to dawało mi fundusze na konie – opisuje.

Magdalena. Rok przerwy między szkołą, a studiami można dobrze wykorzystać

Lata kieratu, a po nich wielkie rozczarowanie: dziewczyna niewystarczająco dobrze zdała maturę z chemii, aby dostać się na upragnione studia. Nie wraca do domu na tarczy płacząc, że jej życie skończone, bo mimo że z wyglądu delikatna – w środku nie jest płatkiem śniegu, jak często określa się jej generację. Robi sobie wartościowy "gap year", czyli rok przerwy.

– Zatrudniłam się w stajni pod Wejherowem, gdzie moim zadaniem było dbać o przebywające tam konie prywatnych osób. Życie miało przewidywalny rytm: bliskość zwierząt, natury i książek z chemii, bo zdecydowałam się poprawiać maturę – wspomina.

Bliskość przyrody zaprocentowała. Po roku dziewczyna pojawia się w Olsztynie jako studentka weterynarii, wraca też na pole dance. Właścicielka szkoły tańca zauważa, że Magda, gdy coś robi, jest mocno zdeterminowana, więc nakłania ją do rozwoju. Magda zwiększa intensywność treningów, ale okazja do tego, by się wykazać jako prowadząca zajęcia, jest zaskoczeniem.

– Przed pierwszym zaproponowanym mi zastępstwem trzęsłam się jak liść osiki, bo raczej nie ma charakteru przywódczyni. Musiałam wyjść poza strefę komfortu, czego, jak piszą media, moja generacja bardzo nie lubi – uśmiecha się. I dodaje: – A potem to już jakoś poszło, zrobiłam kurs instruktorski i od czterech lat dzielę swoje życie między studia, a salę z rurkami.

Magda nie zarabia jednak tyle, żeby móc utrzymać się sama. Zajęć na weterynarii nawet na piątym roku jest dużo, więc wciąż pomagają jej rodzice. Jedzenie i fundusze na wynajem ma od nich, całą resztę organizuje sobie sama.

Zetki na rynku pracy. Ile może zarobić student?

Jak się dowiaduję, za godzinę zajęć instruktorskich (tanecznych, szachowych czy fitness) student może liczyć na stawki od 40 do 80 zł za godzinę w mniejszych miastach i od 60 do 120 w stolicy. Praca w gastronomii to od około 25 do 40 zł za godzinę plus napiwki.

Kryzysy? Odkąd Magda zaczęła pracować wieczorami uznaje, że jest lepiej zorganizowana, lepiej jej idzie na uczelni i kryzysów nie miewa.

– Skoro nawet tak ciężkie zajęcia, jak te z fetotomii, gdy trzeba poprzez cięcia uśmiercić źrebię czy cielaka w brzuchu, by ratować życie matki mnie nie zniechęciły, to już chyba przetrwam wszystko. Nawet łączenie studiów z pracą – rzuca zaczepnie. Krew, wnętrzności, odchody, życie i śmierć. Specyfika takiej pracy wydaje się bardzo odległa od estetycznego tańca na wysokich obcasach, pięknych sesji zdjęciowych, przygaszonych świateł w studio i efektownych póz i wygięć. Magda łączy jedno i drugie.

Karolina. Pracuje w zoo w kaloszach, a potem na rurce w szpilkach

Karolina Nowak to koleżanka Magdy z weterynarii i rurki, jak również całkiem wykształcona już – jak na dziewczynę przed 30-tką – romanistka.

– Moja droga do weterynarii była dłuższa niż się wydaje. Najpierw na Śląsku, skąd pochodzę, skończyłam filologię hiszpańską. Ciążyły mi te studia niemiłosiernie, ale skoro już zaczęłam, to chciałam mieć papier – podkreśla, dając przykład na to, że nie każda zetka tak zmienna jak ją malują.

Dziewczyna studiowała, trenowała pole dance i w międzyczasie kilka lat pracowała jako kelnerka w pizzerii. odkładając pensję.

– Wiedziałam, że kiedyś przyjdzie dzień, że opuszczę dom rodzinny i zacznę studiować to, co kocham. Dlatego zawczasu próbowałam się finansowo zabezpieczyć – wspomina. A że o marzenia trzeba walczyć, tak też się stało. Na pierwszym roku nowych studiów dziewczyna żyje z oszczędności. Potem Karolina bierze się za udzielanie korepetycji z angielskiego, hiszpańskiego i biologii – to w tygodniu. W weekendy uczy za to pole dance.

Kiedy zdziwiona zauważam, że nie może nawet na krótko wyjechać, mówi, że gra jest warta świeczki i został jej rok tego kieratu. Zagaduję o kryzysy. Karolina raczy mnie kolejną ciekawą historią z zoologicznego podwórka.

– Kryzys to może nie był, ale wiem co to znaczy gdy człowiek cały jest w kupie i to nie byle kogo, bo słonia. Na praktykach w gdańskim zoo dostałam wielkie kalosze, średnią taczkę i małą – dużo za małą – szufelkę do sprzątania wybiegu słonia. Przy okazji była tam taka utrudniająca sprawy sprzątania kratka, więc musiałam tą szufelkę przekręcać w powietrzu takim dziwnym gestem. Odchody latały wszędzie. To faktycznie dość mocno kontrastuje z tym jak bardzo estetyczna jest moja praca w studio – podsumowuje.

Studenci pracują w Żabkach, w pizzeriach, robią paznokcie

Magda i Karolina nie czują się wyjątkowe. Mówią, że akurat ich środowisko pełne jest młodych i zaradnych ludzi z pasją.

– Niektórzy pracują ucząc się ciężko pod stypendia naukowe. Mamy też koleżanki, które robią paznokcie, a jedna studiuje z nami i dorabia sobie w Żabce. Wielu studentów niekoniecznie tę swoją pracę lubi, ale jej potrzebuje. To wcale nie jest tak, że nagle wszyscy rodzice stali się niewymagający i bogaci. My mamy szczęście, bo nasza praca nie dość, że trzyma nas w formie, to jest bardzo motywująca. To wielka satysfakcja, gdy się widzi postępy kursantek – opisują.

Nie wszystkie moje młode rozmówczynie mają się za szczęściary. Powód jest prosty: tak naprawdę tylko nielicznym udaje się łączyć pracę z pasją. Wiktoria w ubiegłym roku zatrudnienie zmieniała już trzy razy. Zaczynała krótkim epizodem na stacji benzynowej, następnie sprzątała mieszkania, by skończyć za barem jednego z olsztyńskich klubów. Tam wytrzymała najkrócej: zaledwie trzy dni. Najlepiej wspomina sprzątanie, bo tam pieniędzy w kieszeni zostawało najwięcej, gdy wpadła nieoczekiwana fucha to nawet 100 zł za godzinę.

Wiktoria nie chce poświęcać na pracę całego życia

– Może miałam pecha, a może jestem typową przedstawicielką mojego pokolenia – Wiktoria mruga okiem – ale w każdej mojej pracy ostatecznie okazywało się, że godzin do wyrobienia jest znacznie więcej, niż widniało w umowie. A ja ani nie mogę, ani nie chcę poświęcać całego życia na pracę. Szczerze? Wydaje mi się, że nie mam po prostu aż tyle sił i koncentracji, by robić coś z zaangażowaniem więcej niż cztery godziny dziennie.

Dziewczyna, mimo że w czerwcu skończyła studia, mieszka z rodzicami i nie pracuje. Rekruterzy z firm, na których naprawdę jej zależy, nie odpowiadają na jej CV. Ona zaś nie ma cierpliwości do kolejnych rozczarowań. Nie chce brać jakiejś pracy "na szybko". Teraz robi prawo jazdy.

Wiktoria: – Gdy robię za dużo rzeczy w jednym momencie, to nic mi z tego nie wychodzi. Wolę w dorosłość wkraczać powoli i bez stresu, na który w prawdziwej dorosłości przyjdzie jeszcze czas. Może to tak jest, że nasi rodzice tak bardzo musieli się napracować, żebyśmy my po prostu mieli łatwiej i mogli żyć bez napięć? Rodzice są teraz chyba fajniejsi niż kiedyś i bardziej rozumieją, że życie to nie wojsko. Nie trzeba od nich uciekać.

Czy biorąc pod uwagę powyższe Wiktorię można nazwać więc roszczeniową, problematyczną zetką? Nie pracuje, nie uczy się i wydaje jej się, że co się odwlecze to nie uciecze. A może po prostu faktycznie ma czas?

– Wokół pokolenia Z narosło tyle mitów, że powoli przestajemy widzieć w nich pracowników, a zaczynamy widzieć problematyczne zjawisko. Słyszymy o roszczeniowości, ale gdy odłożymy emocje na bok i spojrzymy w twarde dane, obraz jest zupełnie inny. Zetki nie robią rewolucji – one po prostu wystawiają rachunek za oczekiwania, które poprzednie pokolenia nosiły w sobie po cichu – zauważa Tomasz Szklarski, ekspert rynku pracy i współtwórca platformy Enpulse, nowoczesnego narzędzia HR wspierającego pracodawców w budowaniu zaangażowania pracowników. Oczekiwania zetek wcale nie różnią się od oczekiwań innych pokoleń. Wszyscy przecież chcemy stabilności, uczciwych pieniędzy i rozwoju. Na czym polega różnica? – Oni nie czekają dziesięciu lat, żeby o tym wspomnieć. To nie roszczeniowość, to pragmatyczna asertywność, która dla liderów wychowanych w etosie "zaciskania zębów" bywa szokiem kulturowym – podkreśla specjalista Enpulse.

Zetki na rozmowie o pracę

Podobno rozmowy o pracę z zetkami są inne niż kiedyś z przedstawicielami pokolenia X czy millenialsami. Zastanawia mnie jak wyglądają. Przychodzi młody do HR-ów i co dalej?

Szklarski: – Najmłodsi pracownicy zaczynają karierę z ogromnym głodem samodzielności, często łącząc etat ze studiami. To sprawia, że dzisiejsza rekrutacja przypomina raczej twarde negocjacje biznesowe niż dawny "egzamin z pokory". Młodzi już na starcie kładą karty na stół. Dla nich praca to nie "misja" czy "łaska" pracodawcy, ale kontrakt, który musi mieć sens dla obu stron. Owszem, kasa musi się zgadzać, bo bezpieczeństwo finansowe jest fundamentem, ale równie mocno szukają w biurze "tlenu" – czyli atmosfery i poczucia, że ich robota coś wnosi. 

Mateusz nie ma czasu na pracę

Kolejny student, z którym rozmawiam – 23-letni Mateusz – zarzeka się, że nie ma czasu na pracę.

– Tak to jest logistycznie na logistyce pomyślane, że zajęcia są rozstrzelone na całe dnie. Ale mamy za to długie wakacje – dodaje szybko.

Chłopak jest instruktorem żeglarstwa i nart, ma też uprawnienia ratownika. Pracuje ciurkiem dwa tygodnie na przełomie stycznia i lutego, a potem kolejne osiem tygodni w wakacje. Za każdy taki tygodniowy lub dziesięciodniowy turnus bierze od 1,5 do 2 tys. złotych. Gdy podziwiam jego pracowitość mówi, że czuje się typowym, rozpieszczonym, "bananowym" przedstawicielem pokolenia Z.

 – Jakbym miał dorabiać gdzieś na produkcji, to chyba bym umarł. Miałem po prostu farta, bo jestem z aktywnej rodziny i od małego razem z bratem wszędzie nas ciągano. Rowery, skutery i inne bajery. Rodzice akurat na tym nie oszczędzali, a kursy instruktorskie w takim trybie zrobiły się jakby przy okazji i rozpędu.

– No ale chyba ktoś musiał za nie zapłacić? – pytam.

– Tak, rodzice. Ale po pierwszym sezonie, a pracuję tak już trzeci rok, szybko się zwróciły.

Mateusz należy do uprzywilejowanych. Robi to, co lubi i umie. Większość jego rówieśników dorabia opiekując się dziećmi lub w McDonaldzie w weekendy.

Dalsza część tekstu poniżej.

Czy sytuacja Mateusza jest wyjątkowa? To by było za dużo powiedziane, ale młody mężczyzna jest w mniejszości. Według raportów z projektu Eurostudent około 44 proc. studentów jest zaangażowanych regularną pracę, zaś 16 proc. ma okazję pracować okazjonalnie.

Przedsiębiorcy sceptyczni wobec pracy pokolenia Zet

Pani Dominika, olsztyńska przedsiębiorczyni, wraz z mężem od lat prowadzi dwie firmy. W przedszkolu, którego jest właścicielką, zatrudnia kilkanaście osób, w tym kilka studentek zaocznych. W drugiej firmie, która zajmuje się stolarką okienną, studentów jest mniej, co nie oznacza, że młodych brak.

Praca kontra młodzi… ciężki temat. Od kilku lat widać tu jakieś zgrzyty, których nigdy wcześniej nie było. Młode dziewczyny, które mają pracować z dziećmi, szybko mówią o wypaleniu zawodowym. Wiele z nich otwarcie przyznaje, że jest w terapiach i źle sobie radzi z emocjami i trudnościami. Jakby nie miały sił się same sobą zaopiekować, a przecież muszą opieką nad innymi. To ma być ich zawód, a już u progu dorosłości mówią, że już zmęczone. Nie wiem, może to technologie ich tak męczą – zauważa bizneswoman. Podkreśla też, że nie zauważa w młodych pracownikach potrzeby utożsamiania się z firmą czy nawiązywania więzi z innymi współpracownikami. Spotkania integracyjne w firmie zdają się im ciążyć, bo często je omijają. – Dzień przed Wigilią zawsze robimy takie małe spotkanie przy poczęstunku, gdzie firmowy Mikołaj w kopertach rozdaje prezenty. Kiedyś pracownicy cieszyli się na to i doceniali. Teraz ci młodsi nie tylko się nie pojawiają, ale nawet nie informują, że nie przyjdą. Mają mniej poczucia odpowiedzialności i wspólnoty niż ich koledzy kilka lat temu – opowiada.

Dominika o generacji Z w pracy: zwolnienia, spóźnienia, wypalenie

Na tym jednak lista Dominiki się nie kończy. Co jeszcze zarzuca zetkom? Nadużywanie zwolnień, zapadanie się pod ziemię, braki w komunikacji i luźne podchodzenie do ustaleń.

– Mieliśmy ostatnio młodego człowiek, który notorycznie spóźniał się do pracy po 40 minut. Gdy zwróciłam mu uwagę, że to generuje pewne spięcia i stresuje innych, on odparł, że przecież nie jest konfliktowy i kłótliwy. Chyba naprawdę nie zrozumiał o co mi chodzi – mówi pani Dominika.

Przedsiębiorczyni zauważa też, że bardziej pracowici młodzi to ci z mniejszych miejscowości. Zetki z większych ośrodków, przekonuje, doskonale znają się na prawie pracy i wiedzą, co im się należy. Czy młodzi w większości pracują, czy zostają na garnuszku rodziców? Z badań wychodzi, że wciąż przeważają ci pierwsi. Jednak jakość tej pracy i podejście do niej ulega wielkim przeobrażeniom. Zaprawionym w bojach millenialsom ze skłonnością do pracoholizmu trudno to zrozumieć.

A gdzie szukać racji? Pewnie jak zwykle pośrodku. Tylko gdzie znajdziemy punkt przecięcia? Co 60-letni czy 40-letni szef może zaproponować zetkom? Wszak za długo ignorować ich nie może. W tym momencie zetki stanowią ok. 20 procent zatrudnionych, a ich udział na rynku pracy będzie rósł.

Jak pracodawcy mogą się dogadać z zetkami

Szklarski: – Kluczem dotarcia do zetek jest autentyczność i partnerstwo. Wyniki naszego badania Work War Z pokazują, że młodzi pracownicy oczekują elastyczności i dialogu, a nie hierarchicznych instrukcji. Jeśli firmy chcą realnie korzystać z ich potencjału, muszą przestać walczyć z ich stylem życia. Niestety te fundamentalne potrzeby często giną w gąszczu tabel efektywności i jałowych dyskusji o tym, czy pracownik siedzi przy biurku w firmie, czy w domu.

Ekspert zauważa, że pracodawcy oprócz potencjału zetek muszą też dostrzec moc, która drzemie w wielopokoleniowości zespołu.

– Generacja Z wcale nie gryzie się z dojrzałymi pracownikami, a wręcz przeciwnie. Razem są jak dobrze nastrojona orkiestra: młodzi wnoszą tempo i świeże brzmienie, a starsi dają głębię oraz stabilny rytm. Wyzwaniem pozostaje jednak dyrygent, czyli lider, który w jednej firmie musi dziś połączyć cztery zupełnie inne światy. Jeśli potrafi zbudować między nimi most komunikacyjny, wygrywa rynkową premię.