
"Nigdzie wartości, o których mówi się w brukselskich przemówieniach, nie są bronione tak mocno, jak w redakcjach niezależnych mediów na Słowacji, przez polskich sędziów, a teraz przez wyborców na Węgrzech" – czytamy.
"Zmiana władzy na Węgrzech sprawiła, że wielu mówi o powrocie Węgrów do Europy, tak samo jak było w przypadku Polski po wygranej Donalda Tuska" – pisze w środę, 15 kwietnia, dziennik "Sueddeutsche Zeitung" ("SZ"). Jednak zdaniem warszawskiej korespondentki gazety Viktorii Grossmann ani Węgry, ani Polska tak naprawdę nigdzie nie odeszły. "Po prostu stały na drodze wspólnej polityki UE. To wielokrotnie prowadziło wielu ludzi w Niemczech, a nawet niektórych europejskich polityków, do chęci po prostu wydalenia ‘takich' krajów z UE" – czytamy.
Zdaniem Grossmann, Węgry mają i miały być prawo obecne nawet za Viktora Orbana w Unii Europejskiej, ponieważ chodzi przede wszystkim o obywateli tego kraju. "Oczywiście chodzi również o rynki, które w szczególności niemieckie i francuskie firmy wyraźnie rozwinęły w nowszych państwach członkowskich UE. Obie strony – nowe i stare kraje UE – zawsze odnosiły korzyści gospodarcze z rozszerzenia Unii na wschód" – argumentuje publicystka.
Potrzebne przepisy przeciwko szantażowi
Korespondentka gazety podnosi jednocześnie, że UE pilnie potrzebuje przepisów, które zapobiegną szantażowi ze strony poszczególnych krajów, a Komisja Europejska często interweniuje zbyt późno, gdy dochodzi do łamania prawa. Zablokowanie unijnych funduszy na Węgrzech zaczęło w końcu "boleć", a wcześniej w Polsce sprawiło, że fakt ten stał się tematem kampanii antypisowskiego obozu.
Grossmann przypomina, że Jarosław Kaczyński nadal atakuje UE, a prezydent Karol Nawrocki narzeka, że UE ogranicza wolność Polski. "To wszystko często brzmi niewiarygodnie. Ale jest też niebezpieczne. Bo kryje się za tym ogólnoeuropejski sojusz partii, które mówią o ‘reformie UE'. Od rzekomo paternalistycznej Brukseli w stronę większej władzy państw narodowych. Politycy we Włoszech i Francji mówią podobnie. Gdyby wszyscy skończyli swoje reformy, UE przestałaby istnieć. I to zagrożenie jest realne. Nawet jeśli zostało ono tylko odroczone, ponieważ Węgry ‘wracają na pokład'" – czytamy.
Zobacz także
"UE oznacza nadzieję"
Zdaniem publicystki nadzieja zwykle leży tam, gdzie jest największe zagrożenie. "W krajach, których niektórzy woleliby się pozbyć z powodu takich antysystemowych polityków" – pisze Grossmann. Dziennikarka pyta, gdzie na Zachodzie w ostatnich latach tak często widziano tak wiele flag UE, jak na demonstracjach w Pradze czy Bratysławie. "UE oznacza nadzieję. Wciąż jeszcze. Tak często w Polsce przed wyborami w 2023 roku odpowiedź wielu osób walczących o demokrację w swoim kraju brzmiała: Teraz tylko UE może nam pomóc" – przypomina korespondentka "SZ".
Grossmann pisze, że Unia Europejska to projekt pokojowy, który założony został po drugiej wojnie światowej przez tych szczęśliwców, którzy znaleźli się w strefie wpływów USA. „Wśród nich była zachodnia część Niemiec. Niemiecka inwazja na Polskę, niemieckie mordy i szał niszczenia do dziś kształtują granice i społeczeństwa Europy Środkowej i Wschodniej” – czytamy. Grossmann przypomina też, że Czechy i Polska nie tylko należały do pierwszych krajów zaatakowanych, ale zostały również porzucone przez Zachód na początku wojny i ponownie pod jej koniec, trafiając do strefy wpływów radzieckich.
Populizm zadomowił się też na Zachodzie
Według publicystki "SZ" bez tych krajów Europa i UE nie są kompletne – ani historycznie, ani obecnie. Grossmann dowodzi, że populizm, dezinformacja i ograniczanie praworządności są obecne od dawna na Zachodzie.
"Przed tym nie ochroni żadne wyrzucenie ani żaden mur. Czas, aby Zachód również zdał sobie sprawę, że nigdzie wartości, o których mówi się w brukselskich przemówieniach, nie są bronione tak zdecydowanie, jak w redakcjach niezależnych mediów na Słowacji, przez polskich sędziów, czeskich demonstrantów, a teraz przez miliony wyborców na Węgrzech. Wszyscy oni są obywatelami UE i pokazują również mieszkańcom Zachodu, co to znaczy być aktywnym obywatelem UE" – podkreśla autorka.
Opracowanie: Monika Stefanek.
