Viktor Orban i lider opozycji
Po 16 latach władzę na Węgrzech stracił Viktor Orban. Co to oznacza? Foto: Istvan Csak, Alexandros Michailidis, Nataliya Derkach/ Shutterstock

12 kwietnia 2026 r. przejdzie do historii Węgier jako data przełomowa: po 16 latach władzę w kraju stracił Viktor Orbán. Czy jednak naprawdę mówimy o tak dużym przełomie, jak chcą to widzieć niektórzy dziennikarze i polscy politycy? Sprawa jest bardziej złożona.

REKLAMA

Stało się coś, co jeszcze parę lat temu wydawało się nierealne: po 16 latach Viktor Orbán i jego partia, Fidesz, przechodzą do opozycji. Wybory wygrało ugrupowanie Tisza, na którego czele stoi Péter Magyar. Czy jednak przełom jest aż tak duży, jak wielu uważa?

Polak, Węgier, dwa bratanki?

Zacznijmy od wyjaśnienia jednej kwestii: sytuacja polityczna na Węgrzech wcale nie jest tak podobna do polskiej, jak chcą to widzieć polscy politycy.

Przede wszystkim należy zrozumieć, że Węgrzy kompletnie inaczej niż Polacy podchodzą do Zachodu. Rozdźwięk ten ma swoje korzenie w I wojnie światowej. A dokładniej: w traktacie w Trianon.

Chodzi o jedno z najważniejszych porozumień pokojowych zawartych po I wojnie światowej, które zostało podpisane 4 czerwca 1920 roku w pałacu Grand Trianon we Francji. Traktat dotyczył przede wszystkim losu Węgier, które jako część pokonanych Austro-Węgier musiały zaakceptować bardzo surowe warunki pokoju. Na jego mocy kraj stracił około dwóch trzecich swojego terytorium oraz znaczną część ludności, która znalazła się w granicach innych państw: Czechosłowacji, Rumunii czy Królestwa Serbów, Chorwatów i Słoweńców.

Decyzja ta wywołała wśród Węgrów poczucie krzywdy. Nie bez powodu kraj ten w czasie kolejnego światowego konfliktu stanął po stronie państw rewizjonistycznych. Kiedy więc w 1918 r. ówcześni Polacy skorzystali na końcu I wojny światowej i ich kraj powrócił na mapy, Węgrzy mogli tylko poczuć gorzki smak porażki i poniżenia przez Zachód.

I to na tym resentymencie wypromował się Viktor Orbán: nie bez powodu balansował pomiędzy Unią Europejską a Rosją. To podobało się jego wyborcom, nieufnym Brukseli i zachodnim elitom.

Czym stoją współczesne Węgry?

To jednak nie wszystko. Na przeszłość nakłada się teraźniejszość. Współczesne Węgry są w dużym stopniu uzależnione surowcowo od Rosji – zwłaszcza w zakresie dostaw gazu ziemnego i ropy naftowej. Kraj ten importuje większość swoich surowców energetycznych właśnie z terenów tego wschodniego mocarstwa, co wynika zarówno z uwarunkowań historycznych, jak i istniejącej infrastruktury przesyłowej. Ważną rolę odgrywa tu współpraca z rosyjskimi firmami, takimi jak Gazprom, które dostarczają gaz na podstawie długoterminowych umów.

Spójrzmy na dane: z danych Centrum Studiów nad Demokracją wynika, że w latach 2021-2025 węgierska zależność od rosyjskiej ropy skoczyła z 61 proc. do 93 proc. W 2025 r. to ze wschodu pochodziło aż ok. 95 proc. importowanego do kraju Bratanków gazu ziemnego. Wszystko to owoc podpisanego w 2021 r. piętnastoletniego kontraktu z Gazpromem.

Węgry Orbána robiły więc coś odwrotnego do Polski: nie tylko uniezależniły się od dostaw z Rosji, ale jeszcze tę zależność zwiększyły. Czy ktoś tu oszalał? Nie.

Przede wszystkim Węgry to państwo śródlądowe, więc nie ma tylu możliwości importu surowców co nasz kraj. Do tego kluczowa rafineria w Százhalombatta pod Budapesztem jest przystosowana do przetwarzania ropy z Rosji. Po prostu technicznie nie jest gotowa do obsługi innego surowca.

Ropa z Rosji jest też stosunkowo tania, co pomagało Fideszowi tłumaczyć, wyborcom, że jeżeli ich kraj zrezygnuje z tej współpracy, koszty ich życia wzrosną. I dopiero na to nakładają się decyzje polityczne: Orbán dążył do pewnej dywersyfikacji, starał grać na paru fortepianach, a to współpracując z Brukselą, a to Moskwą, a to Pekinem.

Węgry przejdą rewolucję? Nie ma na to szans!

Czy więc teraz, gdy na czele rządu stanie Péter Magyar, wszystko to się zmieni?

Zdaniem Sebastiana Seligi, niezależnego analityka rynkowego, "z perspektywy rynków finansowych i zagranicznego kapitału, powrót Węgier do europejskiego mainstreamu to jednoznacznie byczy sygnał, który radykalnie obniża ryzyko polityczne i daje zielone światło do odblokowania miliardów euro z zamrożonych funduszy unijnych, co zadziała jak potężny stymulant inwestycyjny i pomoże w stabilizacji wyceny forinta".

Na to samo wskazuje XTB, które podaje, że "kluczem do przyszłego wzrostu jest odmrożenie funduszy unijnych". Sam bank Morgan Stanley szacuje, że dostęp do środków z KPO i funduszy spójności podniesie wzrost PKB Węgier o 1-1,5 punktu procentowego.

Zmiana rządu i otwarcie się na Bruksele, które obiecuje Tisza, pomogą więc w "podpompowaniu" gospodarki Bratanków funduszami UE.

Co z daninami?

XTB wskazuje też na "koniec tzw. podatków nadzwyczajnych". Zdaniem analityków firmy, "możliwe jest wycofanie się z sektorowych danin nałożonych przez Orbána na banki, handel i energię, co poprawi klimat inwestycyjny".

Same zaś środki z UE "zostaną prawdopodobnie skierowane na modernizację infrastruktury i transformację energetyczną, co jest bardziej prowzrostowe niż przedwyborcze transfery socjalne Fideszu".

W kwestii surowców energetycznych sprawa jest już o wiele trudniejsza. XTB sugeruje bardziej ewolucje niż rewolucje: po prostu uzależnienie Węgier od rosyjskiego rynku jest zbyt duże, "by odciąć się z dnia na dzień".

Podobnie na sprawę patrzy Seliga. Jego zdaniem "całkowite odcięcie się od dostaw ze Wschodu z dnia na dzień jest technicznie niemożliwe z uwagi na uzależnienie infrastrukturalne od rurociągu Przyjaźń i gazociągu TurkStream". Jednocześnie "możemy spodziewać się teraz gwałtownego poszukiwania alternatywnych dostaw LNG z południa Europy oraz zacieśniania współpracy z sąsiadami, co w średnim terminie całkowicie zmieni strukturę kosztową węgierskiego przemysłu i uniezależni Budapeszt od politycznych nacisków Kremla".

(R)ewolucja w Budapeszcie

Wszystko więc wskazuje na to, że na Węgrzech dokona się pewna zmiana, ale nie będzie ona rewolucyjna. Cały proces potrwa lata, jeżeli nie dekady. Zakładając, że do władzy nie powróci już Fidesz czy inna tego typu formacja.

Rząd Magyara może więc okazać się dla wielu pewnym rozczarowaniem: nie dokona gwałtownych zmian, bo po prostu nie może.