żołnierze na tle amerykańskiej flagi
Niemcy płaczą, Polska liczy zyski. Samorządy dałyby się pokroić za bazy armii USA Fot. Deniece Platt / Pixabay

Podczas gdy Waszyngton przesuwa pionki na mapie Europy, w Żaganiu, Powidzu i Redzikowie wystrzeliwują korki od szampana. Przeniesienie baz z Niemiec to nie tylko kwestia F-35, ale przede wszystkim potężny zastrzyk adrenaliny dla lokalnej ekonomii. Czy potrafimy wykorzystać ten moment, zanim Pentagon zmieni zdanie?

REKLAMA

Kiedy na horyzoncie pojawia się temat przeniesienia amerykańskich baz z Niemiec do Polski, większość analityków patrzy na mapy sztabowe i zasięgi rakiet. Ale istnieje też inna mapa – mapa gospodarcza polskich powiatów, na której obecność US Army działa jak zastrzyk z adrenaliny prosto w serce lokalnej ekonomii. Dla wielu samorządów amerykańscy żołnierze to nie tylko gwarancja bezpieczeństwa, to przede wszystkim największy inwestor, jakiego mogli sobie wymarzyć.

Teraz z niecierpliwością patrzą na polityczne rozgrywki na najwyższym szczeblu. Z jednej strony Amerykanie grożą opuszczeniem Niemiec, na czym może zyskać Polska. Z drugiej... grożą i nam, okazuje się, że do Europy ma trafić kilka tysięcy mniej żołnierzy, niż pierwotnie planowano. Mamy chaos.

Fenomen Drawska: poligon, który karmi miasto

Drawsko Pomorskie to polski "benchmark". To tutaj od lat widać, że poligon to nie tylko hałas i rozjeżdżone drogi, ale potężna maszyna finansowa. Miasto żyje w symbiozie z wojskiem. Gdy tysiące Amerykanów i żołnierzy innych krajów przyjeżdżają na ćwiczenia, lokalny rynek usług przeżywa oblężenie.

Kiedy pierwszy raz byłem w Drawsku Pomorskim, miałem wrażenie, że przeniosłem się do innego świata. Na ulicach było pełno różnych pojazdów wojskowych, żołnierzy. I to różnych nacji – bardzo multikulturowo i barwnie. Na ćwiczenia przyjeżdżają tam wojskowi z całego świata. A miasto czerpie z ich obecności pełnymi garściami. Wojsko musi gdzieś spać, mieć co jeść, gdzie się rozerwać. To jak tysiące turystów przewijających się przez okolicę i wszędzie zostawiających mniejsze lub większe pieniądze.

W Drawsku lokalna gastronomia kwitnie, fryzjerzy mają pełne ręce roboty, dostawcy z regionu przywożą jedzenie, wywożą śmieci. Ciągle, od lat, dzięki świetnemu poligonowi.

Gdzie płyną dolary? Nie tylko na burgery

Istnieje mit, że amerykański żołnierz zamyka się w bazie, je w swojej stołówce i kupuje w PX-ie (amerykańskim sklepie wojskowym). Rzeczywistość wygląda inaczej. Nawet jeśli armia zapewnia podstawy, nadwyżki finansowe żołnierzy lądują w lokalnej gospodarce.

Choć żołnierze mają swoje kontenery, to kadra dowódcza i cywilni kontrahenci często korzystają z lokalnej bazy noclegowej. Lokalne firmy są pierwszymi beneficjentami kontraktów infrastrukturalnych. Wojsko potrzebuje wszystkiego: od prania mundurów na skalę przemysłową, po serwisowanie ciężkiego sprzętu.

Bazy potrzebują świeżego jedzenia, wywozu śmieci, dostaw wody i energii. Polscy dostawcy pieczywa, nabiału czy warzyw z okolic Powidza, czy Żagania, to często stali kontrahenci jednostek.

Żołnierze poza służbą szukają normalności. Restauracje, pizzerie, a nawet lokalne siłownie czy salony fryzjerskie w Poznaniu (gdzie mieści się V Korpus) czy Świętoszowie odnotowują skokowe wzrosty obrotów.

W miastach, gdzie stacjonują wyżsi oficerowie (np. Poznań), rynek najmu apartamentów premium "pod Amerykanów" to żyła złota. Płacą terminowo, w stabilnej walucie i często powyżej stawek rynkowych.

Pamiętacie, jak do swoich dzielnych wojaków pod Rzeszowem przyjechał ówczesny amerykański prezydent Joe Biden i zjadł z nimi pizzę? To był produkt lokalny, zamówiony po prostu w pizzerii. Właściciele przyznali, że wtedy wojsko zamówiło 88 placków i że często dzwonią z prośbą o przygotowanie większej liczby. Za takiego klienta każdy restaurator dałby się pokroić.

Mała polityka, wielkie inwestycje

Dla burmistrza małej gminy obecność bazy to argument w negocjacjach z rządem. "Skoro mamy tu Amerykanów, potrzebujemy lepszej obwodnicy, nowocześniejszej oczyszczalni ścieków i stabilniejszej sieci energetycznej" – to uwaga, której nie da się zignorować.

Drogi budowane pod ciężki sprzęt USA służą później lokalnym rolnikom i firmom transportowym. Obecność bazy USA to też sygnał dla innych inwestorów: tu jest bezpiecznie. To często przyciąga firmy logistyczne i magazynowe, które chcą być blisko chronionych stref.

Niemiecki model w polskim wydaniu?

W Niemczech miasta takie jak Ramstein czy Baumholder to w zasadzie małe amerykańskie metropolie. Tamtejsze samorządy od dekad budują swoją pomyślność na obsłudze baz. Polska jest na początku tej drogi, ale widać już specjalizację. W Powidzu rządzi logistyka i lotnictwo. Budowa gigantycznych magazynów paliw i amunicji dały pracę setkom polskich budowlańców. W Poznaniu, gdzie mieści się dowództwo V Korpusu, korzystają najemcy mieszkań, dostawcy usług, rozwija się też lotnisko Ławica. 

W Żaganiu i Świętoszowie, gdzie rozpychają się wojska pancerne, nastąpił rozwój lokalnego handlu, samorząd zyskał też na modernizacji linii kolejowych. Z kolei w Redzikowie pod Słupskiem rozwija się infrastruktura, władze mają zaś spore dochody z podatku od nieruchomości.

Czy są jakieś "ale"?

Jasne, napływ żołnierzy i sprzętu to nie są same plusy. Mieszkańcy stref wojskowych muszą się często mierzyć z podwyżkami. Większy popyt ze strony żołnierzy potrafi wywindować ceny w lokalnych sklepach i na rynku najmu, co uderza w uboższych mieszkańców.

Trzeba też być ostrożnym. Uzależnienie miasta od jednej bazy jest ryzykowne – wystarczy zmiana decyzji w Pentagonie, by miasto z dnia na dzień straciło głównego żywiciela. Armia USA na ogół dba o poprawne relacje z samorządami, ale są one raczej powierzchowne. Rotacja wojsk i wymiana kadry powoduje, że trudno zadzierzgnąć głębsze powiązania.

Jest też kwestia bezpieczeństwa. Wiadomo, że młodzi żołnierze to nie zakonnicy. Lubią się zabawić, poimprezować, czasem za bardzo. Jakieś scysje zawsze mogą się zdarzyć, ale na szczęście są raczej rzadkie i niezbyt poważne. Wielu mieszkańców nauczonych doświadczeniem szczególnie uważa na obce wojska na drodze. Kilka lat temu w Żaganiu co rusz dochodziło do jakichś kolizji i zdarzeń z udziałem pojazdów US Army. 

Polska walka o amerykańskie bazy to nie tylko kwestia F-35 i Patriotów. To walka o to, by polska prowincja dostała szansę na skok cywilizacyjny. Burmistrzowie wiedzą jedno: amerykańscy żołnierze to klient idealny – wymagający, ale wypłacalny. I choć wielka polityka dzieje się w Waszyngtonie, to jej najsłodsze owoce zrywa się w takich miejscach jak Drawsko czy Bemowo Piskie.