mężczyzna z plikiem banknotów na tle polskiej flagi
W Niemczech łagodna krzywa, w Polsce gilotyna. Tak nasz PIT kosi klasę średnią Fot. Krakenimages.com / Shutterstock / engin akyurt / Unsplash / Montaż: INNPoland.pl

Ponad 2,4 miliona Polaków (10 proc. podatników) wpadło w najwyższy próg podatkowy (32 proc.). To drastyczny skok w porównaniu z ubiegłymi latami. Przez zamrożenie progów podatkowych rząd doprowadził do absurdu, w którym klasa średnia jest traktowana jak krezusi.

REKLAMA

Ministerstwo Finansów cieszy się z rekordów systemu Twój e-PIT, ale w cieniu technokratycznego sukcesu kryje się ponura prawda. Niemal 10 proc. podatników oddaje państwu prawie jedną trzecią swoich dochodów od niewaloryzowanego od lat progu. Te 120 tysięcy rocznie staje się niesprawiedliwością; szczególnie w świetle praktyki z ostatnich 20 lat.

Okej, możecie mówić: a co nas obchodzą podatki osób z bardzo dobrymi pensjami. Bo 120 tysięcy rocznie to zarobki na tle kraju bardzo dobre i ja takich każdemu życzę! I to jest słuszne podejście, ale nie do końca. Wyjaśniam: większość Polaków płaci 12 proc. podatku PIT. Dotyczy on tych, którzy zarobili (wykazali na zeznaniu) do 120 tysięcy złotych rocznie. Dochody powyżej tej kwoty opodatkowane są stawką 32 proc. Od zarobków powyżej miliona płaci się jeszcze tzw. daninę solidarnościową. Mamy jeszcze kwotę wolną od podatku, czyli 30 tysięcy złotych rocznie, od których fiskus nic nie zabiera.

Jak fiscal drag wciąga klasę średnią w drugi próg

Obecne progi podatkowe wprowadzono w 2009 roku. Towarzyszyło im wiele obaw, ale okazało się, że próg ustalony na 85 528 zł rocznie przekraczało bardzo mało osób. Wtedy pensja minimalna wynosiła 1 276 zł brutto, więc limit przebijało zaledwie 400 tysięcy osób. Musiały one zarabiać ponad 7 tysięcy złotych, czyli 5,5 razy tyle, ile wynosiła wtedy najniższa pensja. Średnia wynosiła 3102,96 zł brutto. W tych wyliczeniach pomijam kwotę wolną, by lepiej zobrazować różnice w samych zarobkach i wysokości progów.

Dziś mamy limit na poziomie 120 tysięcy rocznie, czyli ok. 10 tysięcy miesięcznie. Jednocześnie pensja minimalna wynosi 4666 zł brutto — choć wzrost minimalnej pensji w 2026 roku podniesie ją do 4806 zł. Jeśli zarabiasz nieco ponad jej dwukrotność, łapiesz się na 2. próg.

Idziemy dalej: teraz w 2. próg wpadło 2,4 mln osób, już 10 proc. wszystkich podatników! I całkiem spora grupa miała blisko, bo przecież średnia pensja w sektorze przedsiębiorstw (ok. 6,5 mln pracowników) przekroczyła 8900 złotych. A to już nie są dwie średnie krajowe do progu (jak w 2009 roku), tylko jakieś 10 proc. "ponad normę".

Dla porównania, jeszcze w 2025 roku w ten sam próg wpadło 1,93 miliona osób (7,6 proc.). W ciągu zaledwie 12 miesięcy baza ludzi łupionych najwyższą stawką rozrosła się o pół miliona osób! To nie jest dowód na to, że Polacy nagle stali się krezusami. To dowód na bezwzględne, matematyczne zjawisko zwane fiscal drag (pełzaniem podatkowym). Rząd celowo zamroził próg podatkowy na poziomie 120 tysięcy złotych rocznie, podczas gdy pensje rosły pod dyktando inflacji. Efekt? Co dziesiąty z nas stał się w oczach fiskusa "obrzydliwie bogaty".

Ja niestety dokładnie pamiętam, że w 2009 roku władze uspokajały, że ten próg to jest dla osób naprawdę bogatych, że dotyczy wąskiej grupy. Ta umowa społeczna chyba przestała obowiązywać. I właśnie dlatego osoby, które nie łapią się do 2 progu, również powinny się tym zainteresować. Bo 2-3 lata temu większość z ludzi, które teraz się łapią na 2 próg, też nie sądziła, że wpadnie w szpony wyższego podatku.

Czy "dycha brutto" to naprawdę luksus?

Przypomnijmy, jak wygląda rzeczywistość: stawka 32 proc. obowiązuje od nadwyżki powyżej 120 000 zł rocznie. W przeliczeniu na warunki miesięczne to 10 000 zł brutto.

Czy w 2026 roku osoba zarabiająca (w uproszczeniu) dychę brutto to krezus pławiący się w luksusie, który powinien oddawać państwu niemal co trzecią zarobioną złotówkę ponad ten próg? No przecież to żart. Warto zresztą zauważyć, że w dużym mieście dziesięć tysięcy złotych ledwie wystarcza na utrzymanie rodziny.

Czy osoba, która zarabia na siebie, współmałżonka i dziecko jest bogaczem? Kiedyś ten próg dotyczył ułamka procenta społeczeństwa – wąskiej grupy top managementu. Dzisiaj stał się podatkiem powszechnym, bezlitośnie koszącym klasę średnią.

Jak to robią na Zachodzie?

Żeby zobaczyć skalę polskiej patologii podatkowej, wystarczy spojrzeć na kraje, do których tak chętnie lubimy się porównywać. Tam najwyższy próg podatkowy faktycznie służy temu, do czego został stworzony: opodatkowaniu ludzi skrajnie zamożnych, a nie zwykłej klasy średniej.

W żadnym cywilizowanym kraju najwyższy podatek dochodowy nie jest nakładany na 10 procent społeczeństwa przy tak żenująco niskim progu wejścia (równowartość niespełna 27 tysięcy euro rocznie!).

Trzymanie sztywnego limitu 120 tysięcy złotych w realiach 2026 roku, po latach wysokiej inflacji i skokowego wzrostu płacy minimalnej oraz przeciętnej, jest mało sprawiedliwe.

Moim zdaniem próg dochodowy powinien zostać zwaloryzowany i powiązany ze średnim wynagrodzeniem – tak, aby rósł razem z rynkiem. W przeciwnym razie za chwilę połowa Polaków obudzi się w roli "milionerów" według urzędu skarbowego. Fakt, że dziś nie zarabiasz wspomnianej "dychy" nie oznacza, że nie zaczniesz za rok czy dwa.

Jeden próg podatkowy, wielka przepaść

U nas nie ma drabiny podatkowej, jest tylko fiskalny klif. Podczas gdy na Zachodzie podatnik wspina się po łagodnych stopniach, w Polsce po przekroczeniu progu 120 tys. zł trafia się do katapulty – stawka rośnie skokowo o astronomiczne 20 punktów procentowych (z 12 proc. na 32 proc.).

Jak wygląda to u naszych większych sąsiadów z Europy?

Niemcy: elastyczna krzywa zamiast sztywnych progów

Niemiecki system (Einkommensteuer) po odliczeniu kwoty wolnej nie rzuca podatnika od razu na głęboką wodę. Stawka rośnie progresywnie i płynnie – rośnie każda dodatkowo zarobiona marka... tzn. euro.

  • 0 proc. – kwota wolna od podatku.
  • 14 proc. do 41 proc. – tzw. strefa progresji. Stawka rośnie liniowo wraz z zarobkami. Przeciętny pracownik zaczyna od 14 proc., a jego podatek rośnie bardzo powoli.
  • 42 proc. (Spitzensteuersatz) – wpada się w niego od ok. 66 tys. euro rocznie. Płaci go zaledwie ok. 6-7 proc. podatników (głównie wyższa klasa średnia, dobrze zarabiający menedżerowie i lekarze).
  • 45 proc. – podatek dla milionerów (od 277 tys. euro) – ułamek procenta społeczeństwa.
  • Wielka Brytania: 3 logiczne schodki

    Brytyjczycy dzielą tort podatkowy na trzy wyraźne, szerokie warstwy. Klasa średnia ma tam mnóstwo przestrzeni, zanim zacznie być traktowana jak bogacze.

  • 0 proc. – kwota wolna (Personal Allowance) do 12 570 GBP.
  • 20 proc. (Basic Rate) – szeroki próg dla mas. Płaci go aż 60-70 proc. społeczeństwa. Obowiązuje aż do kwoty 50 270 GBP rocznie.
  • 40 proc. (Higher Rate) – próg dla zamożniejszych. Wpada w niego ok. 15-18 proc. podatników. Zaczyna się od 50 tys. funtów, czyli bezpiecznie ponad brytyjską średnią krajową.
  • 45 proc. (Additional Rate) – wspomniane wcześniej elitarne 1,5 proc. społeczeństwa (od 125 tys. GBP).
  • Francja: 5 stopni wtajemniczenia

    Fiskus nad Sekwaną precyzyjnie dawkuje obciążenia, dzieląc dochody na pięć wyraźnych progów. Dzięki temu przejście między "zarabiam mało" a "zarabiam dobrze" jest niemal nieodczuwalne.

  • 0 proc. – do ok. 11,2 tys. euro.
  • 11 proc. – próg dla osób o niższych dochodach (do ok. 28,7 tys. euro).
  • 30 proc. – tu siedzi francuska klasa średnia (do 82,3 tys. euro).
  • 41 proc. – wyższa klasa średnia i kadra zarządzająca (do 177 tys. euro).
  • 45 proc. – absolutna elita finansowa.
  • Polski system podatkowy to fiskalna patologia

    Gdy zestawimy te dane w jednym miejscu, widać wyraźnie, że polski system podatkowy to patologia.

    Większość państw europejskich stosuje zasadę: zarabiasz trochę więcej, płacisz trochę wyższy procent. U nas mechanizm działa jak gilotyna. Zarabiasz 9 900 zł brutto miesięcznie? Płacisz 12 proc. Dostajesz podwyżkę lub bierzesz nadgodziny i wskakujesz na 11 000 zł brutto? Bach! Państwo uznaje, że od nadwyżki natychmiast należy ci się 32 proc. podatku.

    To paradoks, bo dane GUS pokazują, jak naprawdę zarabiają Polacy – mediana płac jest znacznie niższa od głośno ogłaszanej średniej, a mimo to coraz więcej osób ociera się o drugi próg. Brak progu pośredniego (np. na poziomie 20 proc. lub 25 proc.) sprawia, że polska klasa średnia jest duszona w zarodku.

    Nic dziwnego, że w zestawieniach dotyczących tego, ile naprawdę Polacy płacą podatków, wypadamy poniżej europejskiej średniej. Jesteśmy jedynym dużym krajem w regionie, który tak agresywnie i tak szybko podcina skrzydła ludziom, którzy po prostu zaczynają zarabiać przyzwoite pieniądze – a przecież realne zarobki większości z nas wciąż dalekie są od poziomu, który uzasadniałby miano "bogacza".