martwa ryba w wodzie
Remontują zaporę, spowodowali katastrofę. Czy w Pilchowicach zabrakło rozumu? Fot. Colby Winfield / Unsplash / Montaż: InnPoland.pl

Miała być rutynowa modernizacja zabytkowej hydroelektrowni, a wyszła jedna z najpotworniejszych katastrof ekologicznych ostatnich lat na Dolnym Śląsku. Gwałtowne zrzucenie wody ze zbiornika Pilchowice przez Tauron Ekoenergia zamieniło rzekę Bóbr w cuchnący ściek pełen martwych ryb. Czy naprawdę nie dało się tego zrobić inaczej?

REKLAMA

Tysiące martwych ryb gnijących w słońcu, rzeka zamknięta dla rolników i zakaz jakiejkolwiek rekreacji. Horror w Pilchowicach to podręcznikowy przykład tego, jak bezduszne inżynieryjne procedury wygrywają ze zdrowym rozsądkiem i ochroną przyrody. Rozliczamy mechanizm katastrofy, przed którą ekolodzy ostrzegali od dawna.

Odkręcili zawory i udusili rzekę

Żyjemy w czasach, w których wielkie koncerny energetyczne na każdym kroku odmieniają przez wszystkie przypadki słowa "ekologia", "zielona energia" i "odpowiedzialność społeczna". Rzeczywistość brutalnie weryfikuje te marketingowe hasełka. Idealnym – i potwornie smutnym – tego przykładem jest katastrofa ekologiczna na zbiorniku Pilchowice oraz rzece Bóbr, zarządzanych przez Tauron Ekoenergia.

Scenariusz, który rozegrał się pod jedną z najpiękniejszych zapór w Polsce, brzmi jak ponury żart: pod hasłem niezbędnego, bezpiecznego remontu infrastruktury, doprowadzono do totalnej biologicznej rzezi. Sygnały, że coś jest nie tak, pojawiły się już wcześniej – pisaliśmy, że ten hit turystyczny Dolnego Śląska bez wody czeka radykalna zmiana na 2 lata, gdy Tauron rozpoczął spuszczanie wody ze Zbiornika Pilchowickiego.

Mechanizm zbrodni na naturze

Co tak naprawdę wydarzyło się w Pilchowicach? Aby przeprowadzić prace konserwacyjne na zaporze, zarządca obiektu podjął decyzję o drastycznym i – co najważniejsze – niezwykle gwałtownym obniżeniu poziomu wody w zbiorniku. Dla urzędników i inżynierów siedzących za biurkami to była pewnie prosta operacja techniczna: odkręcić zawory, spuścić wodę, zrobić swoje, zakręcić.

Dla ekosystemu rzeki był to jednak wyrok śmierci. Gwałtowny odpływ wody odsłonił dno, uwalniając gigantyczne ilości nagromadzonych przez dekady osadów dennych. Rzeka Bóbr szybko zamieniła się w gęstą, mulistą zawiesinę. Efekt? Drastyczny spadek poziomu tlenu i natychmiastowe, masowe duszenie się ryb. Tysiące martwych sandaczy, szczupaków, okoni i leszczy pokryły brzegi zbiornika i popłynęły z prądem rzeki.

To nie była zwykła przyrodnicza wpadka – to była egzekucja na żywym organizmie. Podobny mechanizm znamy z przeszłości, bo Odra to nie pierwsza katastrofa ekologiczna, a takie wypadki sporo kosztują – już w 2006 roku zrzut wody z elektrowni wodnej Bobrowice udusił tysiące ryb.

Bóbr zamknięty dla ludzi i rolnictwa. Cuchnący problem regionu

Skutki tej bezmyślności uderzyły rykoszetem nie tylko w ryby, ale w całą lokalną społeczność. Sytuacja stała się na tyle dramatyczna, że rzeka Bóbr została oficjalnie zamknięta dla celów rekreacyjnych oraz gospodarskich. Inspektorzy i lokalne władze apelują: lepiej się do niej w ogóle nie zbliżać.

Rolnicy dostali bezwzględny zakaz pojenia bydła i zwierzyny wodą z rzeki, bo skażona i gnijąca zawiesina grozi poważnymi zatruciami stad. Kajakarze, wędkarze i turyści mogą zaś zapomnieć o wypoczynku nad rzeką – smród rozkładających się tysięcy ryb jest nie do zniesienia, a woda stanowi realne zagrożenie biologiczne. Znamy ten scenariusz z Odry, gdzie także rolnicy tą wodą podlewali uprawy, a całe hodowle zostały z dnia na dzień odcięte od źródła wody.

Czy nie można było tego zrobić inaczej?

To pytanie wręcz ciśnie się na usta i wywołuje największą wściekłość. Tak, można było – i to bez większego problemu! Ekolodzy z organizacji takich jak WWF Polska oraz lokalni działacze głośno punktują błędy, których dało się uniknąć, gdyby tylko ktoś zechciał skonsultować się ze specjalistami od ochrony środowiska, a nie tylko ze specjalistami od betonu.

Po pierwsze, spuszczanie wody powinno odbywać się etapami, powoli, w sposób kontrolowany, rozłożony na wiele tygodni, co dałoby rybom szansę na naturalne spłynięcie w bezpieczniejsze, głębsze rejony.

Po drugie, przed rozpoczęciem drastycznego osuszania zbiornika, we współpracy z Polskim Związkiem Wędkarskim i ichtiologami, należało przeprowadzić masowe odłowy ratunkowe i fizycznie przenieść najcenniejsze gatunki ryb do innych akwenów. Po trzecie, w krytycznych momentach można było zastosować mechaniczne systemy natleniania wody w korycie rzeki poniżej zapory.

Żadnego z tych rozwiązań nie wdrożono w odpowiedniej skali – wybrano wariant najtańszy, najszybszy i najbardziej bezwzględny.

Czas na rozliczenie winnych

Katastrofa w Pilchowicach pokazuje mroczną stronę tak zwanego "regulowania rzek" i technokratycznego podejścia do przyrody. Remont zapory był potrzebny – nikt tego nie neguje. Ale niszczenie całego ekosystemu pod pretekstem naprawy obiektów hydrotechnicznych to skrajna nieodpowiedzialność. To zresztą stała melodia polskiej hydrotechniki – wystarczy przypomnieć, że rząd chce skończyć zaporę w Siarzewie, przeciw której protestuje się od lat, mimo sprzeciwu naukowców i ekologów.

Mieszkańcy, wędkarze i organizacje ekologiczne zapowiadają walkę o wyciągnięcie surowych konsekwencji prawnych i finansowych wobec winnych tej rzezi. Nie będzie to łatwe, bo jak pokazała historia opisana przez naTemat, gdy Odra częściowo umarła i miejscami jest słona jak Bałtyk, rozliczenie takich katastrof potrafi ciągnąć się latami. Czas skończyć z bezkarnością wielkich podmiotów, które zasłaniają się procedurami. Pilchowice wołają o ratunek, a rzeka Bóbr będzie lizać rany przez najbliższe dekady.