Wyrzucanie do kosza domku letniskowego nad Bałtykiem.
Budowali domki nad Bałtykiem jakby jutra miało nie być. Tegoroczny sezon przyniósł całej branży zimny prysznic. Fot. AHatmaker/Shutterstock/Terroa/Getty Images/kompozycja SLL

Każdy z Was zapewne już wielokrotnie widział w ostatnich tygodniach nagłówki mówiące o tym, że lato 2026 to najgorszy sezon nad Bałtykiem od lat. Jednocześnie mogły mignąć Wam też informacje o rosnących liczbach turystów nad polskim morzem. To w końcu jak to jest? Wbrew pozorom obie te tendencje nie muszą się wykluczać. Mimo, że tegoroczne lato daje ostro w kość, to nasze północne kurorty wciąż mają się dobrze. Problem w tym, że baza noclegowa rozrosła się w nich do niebotycznych rozmiarów.

REKLAMA

Wakacje 2026 nad morzem. Zimny prysznic dla branży

Lato 2026 roku to zimny prysznic dla tych, którzy w okresie pandemii pomyśleli, że na dobre zmieniły się zwyczaje turystyczne Polaków. W czasie, gdy przez wszystkie przypadki odmieniano hasła takie jak "dystans społeczny", faktycznie wiele osób decydowało się, choćby dla świętego spokoju, na wypoczynek na łonie natury, w agroturystykach czy domkach letniskowych.

Wtedy – w 2020, 2021 i 2022 roku – chętnych na wakacje w domkach nad Bałtykiem było tak dużo, że zaczynało brakować miejsc. Przy takim popycie wielu przedsiębiorców uznało, że trzeba zapewnić podaż. I na kolejnych działkach zaczęły wyrastać podobne do siebie drewniane konstrukcje.

Kiedy przemierza się nadmorskie kurorty, można już natrafić na całe dzielnice złożone z miniośrodków z domkami letniskowymi. Zwykle jest ich niewiele: od 5 do 10 budynków, położonych blisko siebie, z niewielkim placem zabaw i przestrzenią do rekreacji, idealnie żeby przyjechać całą rodziną. Łączy je to, że pachną nowością (bo powstały w ciągu ostatnich pięciu lat) i... często świecą pustkami.

Okazuje się bowiem, że to, co robiło furorę pięć lat temu, dziś stało się już tylko jedną ze składowych oferty turystycznej danego miasta, miasteczka lub wsi. A Polacy jednak uwielbiają szuflować swoimi turystycznymi doznaniami.

Moda na wakacje nad Bałtykiem. Liczby mogą być mylące

Od czerwca do września 2025 roku na Pomorzu i Pomorzu Zachodnim skorzystano z blisko 16 milionów noclegów – tak wynika z opublikowanych niedawno danych Głównego Urzędu Statystycznego. To liczby imponujące, ale tylko na pierwszy rzut oka. Wszak również w opisywanym przez GUS, minionym sezonie również bardzo często padały uzasadnione głosy o "jednym z najgorszych od lat" - jednak wypowiadali je tylko niektórzy przedstawiciele branży.

W Polsce znakomicie radzą sobie hotele, zwłaszcza te oferujące kompleksową ofertę dla całych rodzin. Niezmiennie dobrze przędą też właściciele kwater prowadzących rzetelny biznes od lat, mający co roku tych samych, niezawodnych klientów. Innym jednak nie jest łatwo.

źródło grafiki: Główny Urząd Statystyczny

Odwiedziłem w te wakacje kilka nadmorskich miejscowości – Dębki, Krynicę Morską, Ustkę czy Darłowo – i wszędzie słyszę podobne opinie. Miejscowym coraz trudniej jest prowadzić biznes, bo w nieruchomości nad morzem na potęgę inwestują ludzie z Polski, którzy tworzą często mocno bezosobowe obiekty pozbawione elementu swojskości i lokalności.

Wyglądają one estetycznie i często zapewniają lepszy standard jeśli chodzi o meble czy AGD (efekt nowości), przez co lepiej prezentują się na portalach typu Booking.com. A jednocześnie są tak bardzo do siebie podobne, że mało który jest w stanie wyróżnić się w tym tłumie i zbudować własną markę na lata.

Efekt? Cierpią wszyscy

Efekt jest taki, że cierpią wszyscy. Zarówno właściciele pensjonatów, kwater prywatnych i ośrodków działający w danym miasteczku od lat, jak i ci, którzy zainwestowali duże pieniądze w nieruchomości przekonani, że odkryli żyłę złota w postaci przeżywającego renesans polskiego wybrzeża Bałtyku. Tymczasem renesans potrwał trzy lata i dziś wróciliśmy do przedpandemicznej normy.

Normy wciąż bardzo dobrej, bo ludzie nadal kochają wyjazdy nad polskie morze, a dodajmy do tego rosnącą popularność naszego kraju wśród takich nacji jak Czesi, Słowacy czy Włosi. Ale rozmiar bazy noclegowej zdecydowanie przerasta liczbę potencjalnych gości, i będzie to widać w podsumowaniach fiskalnych tego sezonu u wielu przedsiębiorców.

Jeśli dołożyć do tego największych szkodników w polskiej branży turystycznej, czyli wielkich przedsiębiorców masowo inwestujących w apartamenty na doby i lokale na wynajem krótkoterminowy, to okazuje się, że dochodzimy do paradoksalnej sytuacji, w której ludzi nad morzem jest sporo, ale mało który przedsiębiorca oferujący noclegi jest zadowolony z liczby klientów.

Zapewne jesienią dojdzie do masowej weryfikacji i wiele biznesów po prostu upadnie. I o ile trudniej jest żałować kogoś, kto licząc na lekki i przyjemny zarobek postawił nijaki obiekt w miejscu, w którym popytu i tak nie było, to o wiele gorszym zjawiskiem może być zamykanie się wielu miejsc działających od wielu lat. Miejsc dbających o klienta, mających klimat i własny charakter, ale dobitych przez próbę uczynienia z Pomorza Costa Del Sol.

źródło: Facebook, Gmina Władysławowo

Czynniki mocno niesprzyjające

Dołóżmy do tego kolejne czynniki: nieprzewidywalną pogodę nad Bałtykiem: od skrajnych upałów po serię dni z wichurami i deszczem, powracające co sezon paragony grozy połączone ze smażalniami przyłapanymi na rybnych oszustwach, wszechobecną parkometrozę i meleksozę, mocno ingerujące w krajobraz inwestycje w energetykę i konkurencyjne ceny wyjazdów zagranicznych.

Przez to wszystko o turystę nad Bałtykiem naprawdę trzeba się już bić. Nie przeszkadza to jednak kolejnym śmiałkom w podejmowaniu ryzyka i dołączania do i tak już przeładowanego rynku. Zderzenie z rzeczywistością przyjdzie jednak szybciej niż wielu się spodziewa. I być może nawet już za rok będziemy pisać o nowym zjawisku nad Bałtykiem: pladze opuszczonych pensjonatów i mini-ośrodków.

Sonda

Czy lubisz wakacje nad Bałtykiem?

10 odpowiedzi