chłopiec z wózkiem zakupowym na tle drobnych monet
Łzy dzieci i słoik groszówek. Czy kasjer ma prawo odmówić przyjęcia drobnych? Fot. tomeqs / Shutterstock / Vitaly Gariev / Unsplash / Montaż: InnPoland.pl

Dwóch małych chłopców stojących przy kasie z garścią monet i łzami w oczach, bo ekspedientka nakrzyczała na nich, że "nie będzie tego liczyć". Z drugiej strony – klient, który codziennie płaci w osiedlowym sklepie ponad sto złotych w 10- i 20-groszówkach. Czy w Polsce można jeszcze płacić bilonem bez wkurzania sprzedawcy?

REKLAMA

Praca w sklepowej kasie potrafi być stresująca, ale ostatnio natrafiłem na kilka historii, obok których nie mogę przejść obojętnie. Nic nie usprawiedliwia braku empatii i lenistwa, również intelektualnego.

Wojna o drobne przy kasie

Jakiś czas temu byłem świadkiem kuriozalnej sytuacji. W jednym z popularnych dyskontów dwóch małych chłopców stało w kolejce. W małych, spoconych dłoniach ściskali miedziaki i srebrniki wyciągnięte ze skarbonki. Przyszli kupić lody w upalny dzień. Pół kolejki uśmiechało się na ich widok. Kasjerka wręcz przeciwnie. Kiedy wyłożyli zakupy i pieniądze, dosłownie się wydarła: "Ja tego nie będę liczyć! Nie przyjmę tego! Zabierajcie to stąd!".

Chłopcy byli sparaliżowani, mieli łzy w oczach. Na szczęście w kolejce stała kobieta z rigczem – bez słowa wzięła od dzieci drobne, zbliżyła do terminala swoją kartę i uratowała ich dziecięcy świat.

Przenieśmy się teraz do innego polskiego miasta, do osiedlowego sklepiku znanej sieci. Na zamkniętej grupie handlowców właśnie zawrzało. "Cześć, mam klienta, który codziennie i notorycznie płaci bilonem 10 i 20 gr. Czy jest jakiś zapis, który mówi o tym, że nie muszę tego przyjmować? Sytuacja trwa od ponad miesiąca i nie są to drobne zakupy, a zakupy przekraczające czasami 100 zł" – pisze zdesperowany pracownik.

Pod postem natychmiast wybuchła lawina komentarzy. Część sprzedawców radzi kupić liczarkę do bilonu, inni cieszą się, bo "wreszcie jest z czego wydawać resztę", ale najwięcej emocji budzą internetowi "prawnicy", którzy z całą stanowczością cytują unijne przepisy i każą wypraszać klientów ze sklepu.

Gdzie leży prawda? Czy sprzedawca ma prawo nakrzyczeć na dziecko z groszakami lub odmówić przyjęcia setki w dwudziestogroszówkach? Bo problem z bilonem działa w obie strony – wielokrotnie pisaliśmy, jak płatność gotówką w Polsce potrafi się zablokować, gdy brak drobnych paraliżuje zakupy.

Wielki mit "50 monet". Dlaczego unijne prawo tu nie działa?

W sieci, a także w przytoczonym wątku z grupy handlowców, jak bumerang powraca jeden argument: "Z wyjątkiem instytucji emitującej monety, żadna ze stron nie jest zobowiązana do przyjęcia w ramach jednej płatności więcej niż 50 monet (Rozporządzenie Rady WE nr 974/98, art. 11)".

Brzmi mądrze, prawda? Problem w tym, że powoływanie się na ten przepis w polskim sklepie jest całkowitym błędem i prawną bzdurą. Wskazane rozporządzenie Unii Europejskiej dotyczy wyłącznie państw, które przyjęły walutę euro.

Polska, jak powszechnie wiadomo, waluty euro nie posiada. Dopóki płacimy w Rzeczypospolitej Polskiej złotymi i groszami, unijny limit 50 monet ma dla polskiego kasjera dokładnie taką samą moc prawną, jak przepisy ruchu drogowego w Japonii. Czyli żadną.

Co mówi polskie prawo? Kasjer ma obowiązek przyjąć płatność

Zasady płatności w Polsce są proste i wyraziste. Z Ustawy o Narodowym Banku Polskim (art. 31 i 32) wynika, że znaki pieniężne (banknoty i monety) emitowane przez NBP są prawnym środkiem płatniczym na obszarze Rzeczypospolitej Polskiej. Mają one ustawową moc zwalniania ze zobowiązań, a ustawa nie wprowadza żadnych limitów ilościowych dla klienta. 1 grosz ma dokładnie taką samą moc prawną jak banknot 500-złotowy.

Z kolei Ustawa o usługach płatniczych (art. 59ea) przypomina, że wprowadzony w ostatnich latach przepis wyraźnie nakłada na przedsiębiorcę obowiązek akceptowania płatności gotówkowych od konsumenta. Akceptant nie może odmówić przyjęcia gotówki (poza bardzo rzadkimi wyjątkami w postaci sprzedaży internetowej czy stref bezobsługowych).

Kasjerzy zapominają

Warto przy tym wiedzieć, że sama kwestia odmowy przyjmowania gotówki bywała w Polsce sporna – opisywaliśmy, jak Ministerstwo Finansów rozjaśniało wątpliwości wokół sklepu, w którym nie można zapłacić gotówką, zanim doprecyzowano przepisy o obowiązku akceptacji banknotów i monet.

Mamy jeszcze Kodeks wykroczeń (art. 135). To przepis, o którym wielu nerwowych kasjerów zapomina. Art. 135 Kw mówi wprost: "Kto, zajmując się sprzedażą towarów w przedsiębiorstwie handlu detalicznego (...) umyślnie bez uzasadnionej przyczyny odmawia sprzedaży takiego towaru, podlega karze grzywny".

Odmowa obsłużenia dziecka z grosikami albo klienta przynoszącego 100 zł w monetach 20-groszowych jest wykroczeniem. Jeśli zrezygnowany klient wezwie policję, funkcjonariusze mają pełne prawo ukarać kasjera lub właściciela sklepu mandatem karnym (lub skierować wniosek o ukaranie do sądu, gdzie grzywna może sięgnąć 5000 zł). Nie jest to zresztą nowość, bo już lata temu przypominaliśmy, że nękanie o drobne jest niezgodne z prawem.

Czy istnieją wyjątki?

Czy kasjer jest całkowicie bezbronny, gdy ktoś postanowi zrobić mu złośliwy dowcip i przynieść 500 zł w jednogroszówkach (czyli 50 tysięcy monet o wadze ponad 80 kilogramów)? Prawo przewiduje bardzo wąskie wentyle bezpieczeństwa.

Pierwszy to monety uszkodzone lub zanieczyszczone (art. 34 Ustawy o NBP). Jeśli monety są oblepione, zardzewiałe, uszkodzone fizycznie lub stopione tak, że nie da się potwierdzić ich autentyczności, sprzedawca ma prawo odmówić ich przyjęcia i odesłać klienta do placówki banku w celu wymiany.

Dotyczy to zresztą także papierowych pieniędzy – tłumaczyliśmy, które banknoty trzeba wymienić, bo nie każdym zapłacimy w sklepie.

Drugi wyjątek to nadużycie prawa i złośliwość (art. 5 Kodeksu cywilnego). Gdyby klient w sposób ewidentnie złośliwy (np. w ramach konfliktu) przyniósł worki z toną groszówek wyłącznie po to, by sparaliżować pracę sklepu w godzinach szczytu, sąd mógłby uznać to za działanie sprzeczne z zasadami współżycia społecznego. Ale stały klient płacący 10-groszówkami za zakupy spożywcze pod ten artykuł się nie kwalifikuje.

Liczenie miedziaków to nie fizyka kwantowa. Czas na odrobinę rigczu

Ja wiem, że praca na kasie bywa koszmarem. Ciągła presja czasu, rosnąca kolejka, zmęczenie i lęk przed błędem w kasie. To wszystko jest ludzkie i zrozumiałe. Ale odmawianie dzieciom kupna loda albo krzyczenie na klientów z powodu bilonu nie jest rozwiązaniem problemu.

Jak rozwiązać ten klincz po ludzku? Po pierwsze, szacunek dla dziecka: dziecko płacące drobnymi uczy się wartości pieniądza, to jego pierwsze lekcje dorosłości. Zamiast je straszyć i doprowadzać do łez, wystarczy uśmiech, cierpliwość albo pomoc w przeliczeniu.

Po drugie, kolejka nie ucieknie: jeśli klient przynosi słoik monet, kasjer ma prawo poprosić go o chwilę cierpliwości ("Przepraszam, oczywiście przyjmę te pieniądze, ale ze względu na kolejkę przeliczę je spokojnie na końcu, żeby inni klienci nie czekali", jak przytomnie zauważył jeden z komentujących w wątku Żabki).

Po trzecie, skarb dla sklepu: w dobie, gdy wszyscy płacą kartami i Blikiem, brak drobnych w kasetce to zmora każdego handlowca, więc ktoś, kto przynosi odliczone 20-groszówki, w gruncie rzeczy robi sklepowi ogromną przysługę – oszczędza firmie opłat za zamawianie bilonu w banku.

To nie jest błahy koszt, o czym pisaliśmy, gdy wyjaśnialiśmy, czemu tylu przedsiębiorców żąda gotówki – obsługa i zamawianie bilonu również kosztują. Zresztą cała ta dyskusja to fragment znacznie szerszego sporu, który świetnie oddał naTemat w tekście o tym, że kartą czy gotówką to pytanie, na które wielu sprzedawców odpowie, zgrzytając zębami.

Pieniądz to pieniądz. Czy wybity na nim jest król, czy mała cyfra "10", za każdym stoją prawdziwe środki i ludzka praca. Warto o tym pamiętać, zanim znowu podniesiemy głos na kogoś, kto po prostu chce zapłacić legalnym, polskim pieniądzem.