mężczyzna naprawiający pralkę
Prawo do naprawy już tu jest. Co unijna dyrektywa w praktyce oznacza dla twojego portfela? Fot. laksena / Shutterstock / Montaż: InnPoland.pl

Miało być pięknie: powrót do czasów, gdy baterię w telefonie wymienialiśmy w pięć sekund, a naprawa pralki nie kosztowała tyle, co nowa w sklepie. 31 lipca 2026 roku we wszystkich państwach UE zaczęły obowiązywać krajowe przepisy wdrażające głośną dyrektywę "Right to Repair" (Prawo do naprawy). Koniec z jednorazową elektroniką? I tak, i nie. Zobaczmy, gdzie konsumenci wreszcie wygrali, a gdzie wielkie korporacje już zdążyły wykiwać unijnych urzędników.

REKLAMA

Przez lata korporacje stosowały prostą taktykę: projektowały sprzęt tak, aby jego naprawa była trudna, nieopłacalna, a najlepiej w ogóle niemożliwa ze względu na brak części zamiennych. Nowe unijne przepisy (dyrektywa 2024/1799) miały to ukrócić. I choć na papierze przepisy wyglądają na rewolucję, w zderzeniu z rynkiem przypominają niekończącą się grę w kotka i myszkę. Rozłóżmy to na czynniki pierwsze – sprzęt po sprzęcie.

Smartfony: powrót wymiennych baterii? (spoiler: nie)

Pamiętasz stare telefony Nokii, w których wystarczyło podważyć paznokciem tylną klapkę, wyciągnąć zużytą baterię i włożyć nową? Unia Europejska chciała (w ramach powiązanych rozporządzeń bateryjnych), aby od 2027 roku wszystkie smartfony znowu miały łatwo wymienialne akumulatory. To element szerszej ofensywy, w której Unia Europejska uderza w producentów telefonów i próbuje zakończyć erę urządzeń jednorazowych.

Giganci tacy jak Apple czy Samsung wynajęli prawników i wywalczyli w Brukseli potężną furtkę. Przepisy mówią bowiem, że producent nie musi montować łatwo wymiennej baterii, jeśli udowodni, że jego smartfon spełnia dwa warunki: jest wodoodporny i pyłoszczelny (certyfikat IP67 lub wyższy) a jego bateria jest "supertrwała" – czyli po 1000 cyklach ładowania zachowa co najmniej 80 proc. swojej pierwotnej pojemności.

Efekt? Flagowe smartfony nadal będą "kanapkami" ze szkła i metalu sklejonymi potężną ilością kleju. Producentom bardziej opłaca się ulepszyć chemię baterii, by wytrzymała 1000 cykli, niż psuć design i wodoodporność urządzenia na rzecz klapek z zatrzaskami.

Co jednak realnie zyskujesz?

Dyrektywa wprowadziła całkowity zakaz "parowania części" (part-pairing) za pomocą oprogramowania. Do tej pory, jeśli stłukłeś ekran w iPhonie i poszedłeś do nieautoryzowanego serwisu, telefon potrafił wyświetlać błędy, wyłączyć FaceID albo odciąć powiadomienia o kondycji baterii – nawet jeśli zamontowano oryginalną część z innego iPhone'a.

Od teraz producenci nie mogą blokować funkcji urządzenia tylko dlatego, że naprawy dokonał niezależny serwisant. To cios w monopol autoryzowanych (i potwornie drogich) serwisów. Warto pamiętać, że pierwsze ustępstwa pojawiły się już wcześniej – to wtedy ruszył Apple Self Service Repair w Polsce, czyli program samodzielnej naprawy sprzętu z Cupertino.

Sprzęt AGD: konsument wreszcie wygrywa

Jeśli dyrektywa "Right to Repair" odniosła gdzieś spektakularny sukces, to jest to właśnie sprzęt domowy: pralki, suszarki, zmywarki, lodówki i odkurzacze. To właśnie tutaj patologie z "postarzaniem produktu" były najbardziej odczuwalne. Pierwsze unijne przepisy o dostępności części sprawiły, że od teraz naprawisz nawet kilkuletnią pralkę, a nowa dyrektywa idzie o krok dalej.

Co zmienia się w praktyce? Części przez dekadę: producent pralki czy zmywarki ma obowiązek zapewnić dostępność kluczowych części zamiennych (np. pomp, uszczelek, termostatów) przez 7 do 10 lat od momentu zakończenia sprzedaży danego modelu.

Narzędzia i instrukcje dla każdego: dokumentacja serwisowa nie jest już tajemnicą trzymaną w sejfie producenta. Musi być udostępniona niezależnym warsztatom na przejrzystych zasadach. To oznacza, że lokalny "pan złota rączka" naprawi sprzęt równie dobrze, co autoryzowany serwis.

Standaryzowany cennik

Wprowadzono Europejski Formularz Informacji o Naprawie. Zanim oddasz sprzęt do naprawy, serwis musi podać ci na ustandaryzowanym druku cenę, czas trwania naprawy i ewentualne koszty dodatkowe. Koniec z "wymieniliśmy jeszcze to i tamto, będzie 500 złotych drożej".

Złota zasada +12 miesięcy: jeśli twój sprzęt zepsuje się w okresie gwarancji rękojmi (standardowo 2 lata), a ty zamiast wymiany na nowy zdecydujesz się na jego naprawę – z automatu zyskujesz dodatkowe 12 miesięcy ochrony na to urządzenie. To ma zniechęcić ludzi do wyrzucania lekko uszkodzonego sprzętu na śmietnik.

To właśnie dlatego Polacy będą wdzięczni UE za prawo do naprawy – w segmencie AGD zmiana jest odczuwalna od razu i przekłada się na realne pieniądze w portfelu.

Samochody: twój wóz, ale oprogramowanie producenta

Sprawa z samochodami to obecnie największe pole bitwy. Dyrektywa o prawie do naprawy skupia się na sprzęcie AGD i elektronice użytkowej. Auta podlegają innym, unijnym przepisom homologacyjnym (m.in. MVBER czy rozporządzenie 2018/858), które w teorii gwarantują niezależnym warsztatom dostęp do narzędzi diagnostycznych (tzw. złącze OBD).

To niestety fikcja. Producenci samochodów (BMW, Mercedes, VW i inni) zastosowali genialny wybieg. Zasłaniają się unijnymi i oenzetowskimi przepisami dotyczącymi... cyberbezpieczeństwa (tzw. normy UN R155 i R156).

Tłumaczą to tak: "Nie możemy dać panu Mietkowi z warsztatu nieograniczonego dostępu do komputera w aucie, bo hakerzy mogliby to wykorzystać i przejąć kontrolę nad hamulcami".

Wprowadzili więc tzw. Secure Gateways (bramki bezpieczeństwa) i szyfrowane sterowniki. Oznacza to, że fizycznie kupisz część (np. nowy reflektor LED czy moduł komfortu), fizycznie ją zamontujesz, ale samochód jej nie rozpozna, dopóki oprogramowanie dealera nie połączy się z głównym serwerem producenta i nie "pobłogosławi" naprawy (tzw. VIN-locking). Oczywiście autoryzowany serwis każe sobie za takie kliknięcie myszką słono zapłacić.

Dziś samochód to w zasadzie komputer na kołach. Kupiłeś blachę, silnik i fotele, ale system operacyjny pozwalający temu jeździć jedynie "wypożyczasz". Niezależne warsztaty w Polsce masowo alarmują, że bez uregulowania kwestii równego dostępu do danych w chmurze i odblokowania parowania cyfrowego części, "prawo do naprawy" w motoryzacji pozostanie pustym hasłem, a koszty utrzymania aut po 2026 roku będą drastycznie rosnąć. A już dziś Polaków nie stać na naprawy aut – co piąty kierowca rozważał nawet sprzedaż samochodu, byle zbić koszty.

Czy prawo do naprawy to bubel? Bilans korzyści dla konsumenta

Nie, to ogromny krok w dobrą stronę, ale trzeba patrzeć na niego realistycznie.

Jeśli padnie ci lodówka, pralka czy telewizor, będziesz w o wiele lepszej sytuacji niż 5 lat temu. Części będą dostępne, a lokalne serwisy bez problemu naprawią sprzęt za ułamek ceny autoryzowanej naprawy.

W przypadku smartfonów nie dostaniesz magicznej klapki do szybkiej wymiany baterii, ale wreszcie nikt nie zablokuje ci funkcji telefonu tylko dlatego, że wymieniłeś ekran w lokalnym "GSM-ie" na rogu.

Prawdziwy problem to samochody i maszyny rolnicze. Dopóki Unia Europejska nie weźmie się za cyfrowe blokady (parowanie części na poziomie serwerów), producenci nadal będą zmuszać nas do wizyt w bajecznie drogich serwisach autoryzowanych.

Bitwa o fizyczne śrubki została przez konsumentów wygrana. Ale wojna o oprogramowanie dopiero się zaczyna.