Kobieta zatyka uszy, obok niej DJ, w tle plac w Bielsku-Białej.
W Bielsku-Białej ponownie było głośno foto: Bohdan Malitskiy, PH888, Agnes Kantaruk/Shutterstock

Bielsko-Biała jest w tym roku Polską Stolicą Kultury. I choć początkowo wydawało się, że będzie to okres celebracji przez mieszkańców "Małego Wiednia" różnych wydarzeń muzycznych, obecnie część z nich ma już tego wszystkiego serdecznie dosyć.

REKLAMA

Bielsko-Biała to tegoroczna Polska Stolica Kultury, co w praktyce oznacza, że na terenie miasta odbywają się obecnie różne wydarzenia kulturalne, w tym muzyczne. Generujące spore ilości decybeli, dodajmy.

Polska Stolica Kultury z mocnym basem

Inicjatywa Polskiej Stolicy Kultury miała być okazją do promocji miasta i regionu. Częściowo się udało. Koncert inaugurujący wszystko był transmitowany w telewizji publicznej. Rozmawiając z lokalnymi firmami można dowiedzieć się, że do Stolicy Podbeskidzia przyjeżdża w tym roku więcej turystów niż wcześniej.

Nie wszystko jednak się udaje. Pierwszym dużym zgrzytem był festiwal Rap Południe. Nie była to oficjalna część Polskiej Stolicy Kultury, a osobne wydarzenie, także jednak z obszaru rozrywki. Wszystko trwało od 31 lipca do 2 sierpnia na bielskim lotnisku w Aleksandrowicach (dzielnica miasta). Zagrali m.in. Żabson, Malik Montana, Białas, Young Multi, Pezet, Paktofonika czy Kukon.

I zapewne można byłoby uznać festiwal za sukces. Szczególnie, że wzięły w nim udział tysiące fanów. Problemem okazało się jednak brzmienie i głośność. Dla tych, którzy nie są z Bielska-Białej: wszystko odbywało się w jednej z bardziej oddalonych od centrum miasta dzielnicy. Mimo tego dźwięk niósł się kilometrami.

Mieszkańcy zaczęli zgłaszać problem do Miejskiego Centrum Zarządzania Kryzysowego. Jak podał lokalny portal Bielsko.biala.pl, mowa było o co najmniej 1300 zgłoszeniach o hałasie. Oczywiście służby nie mogły nic zrobić, gdyż impreza odbyła się w pełni legalnie i przy współpracy z samym prezydentem miasta Jarosławem Klimaszewskim.

Najpewniej problemem okazało się usytuowanie terenu – bielskie lotnisko znajduje się w specyficznym miejscu. Do tego potężne głośniki generowały falę dźwiękową o niskich częstotliwościach, która ma dużą zdolność pokonywania przeszkód i niesie się na odległość kilku kilometrów, powodując wibracje szyb i budynków.

Jakby tego było mało, impreza odbywała się na lotnisku, które sąsiaduje z dużymi, otwartymi osiedlami mieszkaniowymi. Social media zaroiły się od nagrań pokazujących, jakim problemem był festiwal.

Powtórka z wątpliwej rozrywki

Sprawa została mocno (nomen omen) nagłośniona: o uciążliwym wydarzeniu pisały mainstreamowe media. Można byłoby więc uznać, że ktoś wyciągnie wnioski z błędów i przy organizacji kolejnego, podobnego festiwalu dokona pewnych korekt, które sprawią, że Bielszczanie nie będą już wspominać takich młodzieżowych eventów z niechęcią. Stało się jednak inaczej. Za mieszkańcami kolejna ciężka noc: z 29 na 30 sierpnia.

"Cztery sceny, ponad 30 artystów z Polski i ze świata, jedna noc – od 19:00 do 5:00 nad ranem. Poprzednie dwie edycje wyprzedały się w całości" – zachęcali organizatorzy Hangar Festival. Na miejscu – tak, ponownie na bielskim lotnisku – na fanów muzyki elektronicznej czekały aż cztery sceny: Hangar Stage, na której dominowało techno, PBClub Party Bus z "przekrojem elektroniki: od sceny lokalnej po gości z zagranicy", Bass Beskid z muzyką drum & bass i wreszcie House Stage z housem. Zagrało 30 artystów, a organizatorzy sprzedali wszystkie 1000 biletów.

Sam opis musiał przerazić tych, którzy nie są fanami techno. Efekt był zresztą podobny do tego, jakie był widoczny w czasie festiwalu Rap Południe.

To był całonocny łomot – załamywała ręce mieszkanka dzielnicy Kamienica, która znajduje się ok. 1 km od lotniska, gdzie trwało święto techno. – Nie dało się spać przy zamkniętych wszystkich oknach. Nie jest to tylko moja subiektywna opinia, bo wszyscy mieszkańcy mojej ulicy mieli podobnie – wspominała nieszczęsna Bielszczanka, cytowana przez lokalne media.

Policja otrzymała kilkanaście zgłoszeń o zakłócaniu tzw. ciszy nocnej, ale funkcjonariusze nie mogli nic zrobić, gdyż impreza odbywała się zgodnie z prawem. Informowali tylko, że istnieje możliwość złożenia zawiadomienia o wykroczeniu.

Należałoby więc zastanowić się, czy organizacja takich wydarzeń akurat w tym miejscu jest dobrym pomysłem. Tym bardziej, że w Bielsku-Białej znajdują się liczne industrialne hale, które można byłoby wykorzystać pod takie festiwale. Oczywiście najpierw przystosowując je pod kątem technicznym.

Kult w centrum miasta

Ciężki tydzień mogli mieć też za sobą mieszkańcy centrum i kierowcy. Od 26 do 30 sierpnia w godzinach od 14.00 do 22.00 fragment główniej ulicy miasta, ul. 3 Maja, był zamykany, gdyż został zamieniony na Art Square, miejsce pełne instalacji artystycznych i przestrzeni służących do odpoczynku. To była już część Polskiej Stolicy Kultury.

Jakby tego było mało, w wieczór z soboty na niedzielę pod miejskim ratuszem zorganizowano koncert Kultu. "Organizacja taka sobie: scena nisko, z tyłu nic nie bylo widać, akustyka mocno średnia, dźwięk odbijał się od budynków momentami. Plac Ratuszowy moim zdaniem jest zbyt mały na takie wydarzenie. Kult od zawsze gromadzi ogromną publiczność" – relacjonowała w social mediach jedna z uczestniczek.

Organizować koncerty, ale z głową!

Wszystko to pokazuje, że władze Bielska-Białej lubią się porwać z motyką na księżyc. Jak najbardziej powinny organizować tego typu imprezy, ale – jak widać na opisanych tu przykładach – najpierw należy spełnić pełne warunki techniczne i przemyśleć logistykę. To samo tyczy się wydawania zgody na festiwale, za którymi stoją zewnętrzne podmioty. Takie wydarzenia jak festiwale techno nie mogą odbywać się kosztem reszty mieszkańców, nie gustujących w "tłustych" i "mocnych" bitach.

To zresztą kolejna sprawa, która generuje napięcie między ratuszem a mieszkańcami. Jak pisaliśmy na InnPoland, rodzina z KO w Bielsku-Białej urządziła się na swoim – apel Tuska o odpolitycznienie spółek nie zrobił na tamtejszych politykach żadnego wrażenia.

Do tego dochodzą sprawa darmowych biletów dla Ukrainek w Bielsku-Białej, które zostały znieważone w bielskim autobusie. Sprawa coraz bardziej śmierdzi, bo do dziś nie jest jasne, kto ma pokryć koszty rocznych przejazdów dla dziewczynek, o czym mówiły miejskie władze.

Nie można zresztą wykluczyć, że prezydent Klimaszewski zostanie odwołany: część mieszkańców planuje zorganizowanie referendum w sprawie skrócenia jego kadencji.