Kadr z "Potopu'
3 super-produkcje z czasów PRL. Mat. prasowy

W czasach PRL-u realizowano widowiska, których rozmach robił wrażenie nawet na tle zagranicznych produkcji. "Potop", "Krzyżacy", i "Pan Wołodyjowski” pochłaniały ogromne środki i angażowały tysiące ludzi. Państwo traktowało je jednak nie tylko jako rozrywkę, ale również narzędzie do budowania narodowej tożsamości i kreowania... propagandy.

REKLAMA

W tym tekście przyjrzymy się trzem wspomnianym super-produkcjom.

"Potop" i ponad 100 mln zł

Prawdziwym rekordzistą w PRL-u był "Potop" z 1974 r. Jerzego Hoffmana. Budżet tej produkcji sięgnął aż 105 mln ówczesnych złotych. Skala przedsięwzięcia była imponująca. Zdjęcia trwały 535 dni, zaangażowano w nie około 400 aktorów i kilka tysięcy statystów. Przygotowano 23 tys. kostiumów, tysiące elementów uzbrojenia, setki szabel i wyposażenie dla husarii.

Co ciekawe, w realizacji pomagały radzieckie wytwórnie filmowe. Na potrzeby scen batalistycznych wykorzystano również kawalerię konną ZSRR. Transport samych rekwizytów (w tym armat) wymagał 37 wagonów towarowych. Obraz obejrzało ponad 27 mln widzów, a jego międzynarodowy sukces potwierdziła nominacja do Oscara.

Sam film to ekranizacja drugiej części Trylogii Henryka Sienkiewicza. Śledzimy losy Andrzeja Kmicica, szlacheckiego hulaki, który przechodzi na oczach widzów psychologiczną przemianę. Przez to jest jedną z najciekawszych postaci stworzonych przez słynnego pisarza. W ekranizacji po mistrzowsku zagrał go Daniel Olbrychski. W tle obserwujemy wydarzenia historyczne: wojnę polsko-szwedzką, zdradę hetmana Janusza Radziwiłła i przede wszystkim spektakularne oblężenie Jasnej Góry.

"Krzyżacy", czyli udana propagandówka

Pozostajemy w świecie ekranizacji książek Sienkiewicza. "Krzyżacy" Aleksandra Forda z 1960 r. w momencie premiery byli przedsięwzięciem bez precedensu. Według oficjalnych danych w polskich kinach film obejrzało ponad 32 mln widzów.

Tu warto się jednak na chwilę zatrzymać i wytłumaczyć, że w czasach PRL-u produkcje filmowe puszczano w kinach dłużej niż teraz. Większość taśm trafiało do mniejszych miasteczek nawet dwa lata od premiery. W efekcie niektóre filmy były wyświetlane w Polsce nawet przez 3 lata.

Budżet filmu wyniósł około 33 mln zł. Dla kontekstu: za tę kwotę można było wówczas wyprodukować około 10-11 standardowych filmów fabularnych. Przez plan przeszło kilkanaście tysięcy statystów i przejechało niemal 350 koni.

"Krzyżacy" to opowieść o dzielnym rycerzu Zbyszku z Bogdańca, zakochanym w Danusi, córce Juranda ze Spychowa, zaciekłego wroga tytułowych wojowników z krzyżami na płaszczach. W tle obserwujemy zmagania ówczesnego królestwa polskiego z Zakonem Krzyżackim. Wszystko jest spuentowane wspaniale nakręconą bitwą pod Grunwaldem.

Warto dodać, że film odegrał też swoją rolę propagandową. Gdy go kręcono od końca II wojny światowej minęło dopiero kilkanaście lat. Niechęć do Niemców była nadal powszechna. Władze PRL-u powstanowiły więc wykorzystać fabułę słynnej powieści do "sprzedania" Polakom swojej antyniemieckiej i antyzachodniej propagandy. I stąd np. na ekranie widzimy... hajlujących Krzyżaków, stylizowanych niemal na SS-manów, oraz Ulricha von Jungingena, którego postać była chyba w filmie inspirowana wodzem III Rzeszy.

"Pan Wołodyjowski", czyli pierwsza część filmowej Trylogii

I wreszcie "Pan Wołodyjowski" z 1969 r. Co ciekawe, Jerzy Hoffman rozpoczął swoją przygodę z ekranizacją sienkiewiczowskiej Trylogii właśnie od tej ostatniej części książkowej opowieści o Małym Rycerzu.

Tym razem produkcja pochłonęła około 40 mln zł. Za te pieniądze zbudowano m.in. ogromne dekoracje rekonstruujące częściowo twierdzę w Kamieńcu Podolskim, miasteczko Raszków i fortyfikacje chreptiowskie. W scenach batalistycznych występowały tysiące statystów.

Film okazał się ogromnym sukcesem. Do kin przyciągnął niemal 11 mln widzów. Warto też wspomnieć, że równolegle powstał serial "Przygody pana Michała", wykorzystujący materiał i obsadę z filmu.

Ponownie w prace nad ekranizacją wmieszały się władze PRL. Nie bez powodu "Pan Wołodyjowski" powstał jako pierwszy. Uznano bowiem, że "Ogniem i mieczem" może obrażać bratni naród ukraiński. Do tego sam reżyser, Jerzy Hoffman, w takiej właśnie, odwrotnej, kolejności poznawał książkową Trylogię.

Sama fabuła opowiada o losach tytułowego Michała Wołodyjowskiego, który poznaje miłość swojego życia, Basię Jeziorkowską. Na drodze staje im jednak złowrogi Tatar Azja. I tu w tle obserwujemy wydarzenia historyczne, przede wszystkim oblężenie Kamieńca Podolskiego.

Coś więcej niż zwykłe filmy

Wielkie superprodukcje PRL-u były czymś więcej niż tylko próbą przeniesienia na ekran popularnych powieści historycznych. Stanowiły również pokaz możliwości państwowej kinematografii, która potrafiła zgromadzić tysiące ludzi, setki koni i ogromne środki, by stworzyć widowiska na niespotykaną wcześniej skalę.

Nie brakowało w nich przez to propagandowych akcentów, choć nie przeszkodziło im to zdobyć popularności, która w wielu przypadkach przetrwała kolejne dekady. Dziś "Potop", "Krzyżacy" i "Pan Wołodyjowski" pozostają dowodem na to, że PRL potrafił produkować filmy z rozmachem, którego współczesne polskie kino historyczne mogłoby im pozazdrościć.

Warto dodać, że na InnPoland pisaliśmy już też o niedawnej ekranizacji "Lalki" (tekst Skierniewice, czyli Wokulski, kwiaty i 560 lat historii).