Młody Polak patrzy na portfel
Bykowe, czyli podatek od bezdzietnych. foto: DuxX/Shutterstock

Jeszcze kilkadziesiąt lat temu brak żony i dzieci mógł oznaczać nie tylko samotne święta, ale też wyższe podatki. Tak zwane bykowe było daniną, która miała zachęcać Polaków do zakładania rodzin i zwiększania liczby urodzeń. Dziś, gdy Polska mierzy się z kryzysem demograficznym, pomysł teoretycznie powinien pojawić się w debacie publicznej. Czy jednak taki podatek rzeczywiście mógłby poprawić sytuację?

REKLAMA

Dziś państwo dopłaca za posiadanie pociech (Program 800+). Czy więc nie powinno robić też coś odwrotnego i karać za brak dzieci?

Bykowe, czyli co?

Bykowe to potoczna nazwa podatku nakładanego na osoby, które nie mają dzieci. W Polsce rozwiązanie to funkcjonowało w okresie PRL i miało skłaniać nas do reprodukcji. I faktycznie, w tym okresie Polacy płodzili potomków nader chętnie. Pytanie, czy był to efekt daniny. Przyjrzyjmy się temu problemowi dokładniej.

Skonkretyzuję może jeszcze jedno: bykowe nie było stricte osobnym podatkiem, ale podwyższoną stawką podatku dochodowego, która dotykała osoby, które nie pozostawały w związku małżeńskim, oraz te, które nie miały dzieci. Stawka ich podatku rosła o 10 lub 20 pkt proc.. Progi dochodowe wynosiły wówczas odpowiednio 9420 zł i 11 640 zł rocznie (to oczywiście kwoty z realiów gospodarczych PRL, których nie można bezpośrednio porównywać z dzisiejszymi zarobkami). Od 1 stycznia 1946 r. do 29 listopada 1956 r. bykowe obejmowało osoby powyżej 21. roku życia. Od 30 listopada 1956 do 1 stycznia 1973 r. te powyżej 25. roku życia.

Czy bykowe mogłoby pomóc w walce z kryzysem demograficznym?

Czy bykowe pomagało w zwiększaniu liczby ludności? Spójrzmy na poniższy wykres Wikipedii. Po zakończeniu II wojny światowej (1945 r.) faktycznie obserwowano mocny skok liczby Polaków. Łączenie jednak tego z bykowym byłoby bardzo ryzykowne. Po pierwsze po latach okupacji i występowania zagrożenia życia nastąpił gwałtowny wzrost liczby zawieranych małżeństw oraz urodzeń. To pewne naturalne zjawisko.

Do tego w wieku rozrodczym były wtedy liczne roczniki urodzone w okresie przedwojennej eksplozji demograficznej. Na to nałożyły się czynniki medyczne i zdrowotne: postęp w medycynie, powszechniejszy dostęp do opieki zdrowotnej, spadająca śmiertelność niemowląt oraz poprawa podstawowych warunków sanitarnych. Sprawiło to że dzieci częściej niż wcześniej przeżywały okres niemowlęcy.

Mało tego, po 1973 r., kiedy bykowe zniesiono, liczba ludności nadal rosła i zaczęła stabilizować się dopiero na początku lat 90., by zacząć spadać w XXI wieku.

Liczba ludności Polski
Liczba ludności Polski Wikipedia

Trudno więc postawić tezę, że to bykowe podnosiło w czasie PRL dzietność. Wpływały na to czynniki społeczne, kulturowe, związane z rozwojem medycny i nauki, a nawet językowe (dziś singiel zastąpił starego kawalera, a singielka – starą pannę).

Pomimo tego dziś argumenty za powrotem bykowego "na papierze" mogą wydawać się niektórym przekonujące. Polska ma poważny problem demograficzny. Według danych GUS w 2025 r. urodziło się około 238 tys. dzieci, o około 14 tys. mniej niż rok wcześniej. Współczynnik dzietności wyniósł w 2024 r. zaledwie 1,10. To oznacza, że na 100 kobiet w wieku rozrodczym przypadało statystycznie 110 dzieci. Dla porównania, poziom zapewniający prostą zastępowalność pokoleń wynosi około 2,1.

Zwolennicy bykowego mogliby argumentować, że osoby nieposiadające dzieci korzystają z systemu emerytalnego, ale nie przyczyniają się bezpośrednio do wychowania przyszłych podatników i pracowników. Dodatkowe obciążenie miałoby więc stanowić formę rekompensaty dla rodziców.

Ponownie jednak: problem w tym, że trudno wykazać, że wyższe podatki rzeczywiście skłoniłyby Polaków do posiadania dzieci. Decyzja o założeniu rodziny zależy od wielu czynników: stabilności zatrudnienia, cen mieszkań, kosztów życia, dostępności żłobków i przedszkoli, sytuacji na rynku pracy czy poczucia bezpieczeństwa. Samo zwiększenie obciążeń podatkowych nie rozwiąże tych problemów.

Co więcej, takie rozwiązanie byłoby trudne do sprawiedliwego zastosowania. Czy dodatkowy podatek powinien płacić ktoś, kto nie ma dzieci z powodów zdrowotnych? A osoba, która chciałaby zostać rodzicem, ale nie znalazła odpowiedniego partnera? Co z ludźmi, którzy nie mogą pozwolić sobie na dziecko ze względów finansowych? W praktyce państwo musiałoby ingerować w bardzo prywatne decyzje i rozstrzygać, kto zasługuje na zwolnienie z daniny.

Czy Polska powinna przywrócić podatek od singli?

Pomysł powrotu bykowego co jakiś czas pojawia się w debacie publicznej. W 2025 r. do Sejmu trafiła petycja postulująca podwyższenie składek emerytalnych dla osób bezdzietnych po 30. roku życia. Autor proponował również dodatkowe obciążenie małżeństw posiadających jedno dziecko.

W petycji zawarto także wyjątek dla osób, które zmagają się z problemem niepłodności oraz dla tych, których dziecko zmarło. Tyle że w takim przypadku trzeba byłoby o tym fakcie poinformować ZUS. Oczywiście pomysł nie wszedł w życie.

Nie tędy droga

Bykowe jest więc ciekawym przykładem tego, jak władza próbowała wpływać na prywatne decyzje obywateli za pomocą systemu podatkowego. Jednak sam fakt, że Polska ma dziś poważny problem demograficzny, nie dowodzi, że powrót do rozwiązania z PRL przyniósłby oczekiwane rezultaty. Wyższy podatek może zwiększyć wpływy budżetowe, ale niekoniecznie liczbę urodzeń.