Mamy kartki na węgiel, ale nie mamy węgla na kartki. PiS doprowadził do kolejnego absurdu

Konrad Bagiński
20 czerwca 2022, 14:59 • 1 minuta czytania
Prawie 4 miesiące temu stało się jasne, że Polska musi przestać sprowadzać węgiel z Rosji. Już wtedy wiadomo było, że trzeba go jakoś zastąpić, bo embargo uderzy w ludzi najmniej zamożnych, którzy po prostu muszą palić węglem, bo nie stać ich na nic innego. Co mamy dziś? Kartki na węgiel, którego nie ma, mityczne transporty węgla z Kolumbii, dopłaty, pokątny handel czarnym złotem i pewność, że problem rośnie.
Węgiel jest towarem deficytowym, każda ilość schodzi na pniu. Wojciech Strozyk/REPORTER
Więcej ciekawych artykułów znajdziesz na stronie głównej

Obserwuj INNPoland w Wiadomościach Google

Kiedy rosyjskie wojska zaatakowały Ukrainę, okazało się, że musimy przeciąć energetyczną pępowinę z Rosją. Że musimy przestać kupować od nich gaz, ropę i węgiel. Te dwa pierwsze surowce da się zastąpić. Nie jest to proste, ale da się. Gorzej z węglem. Bo u nas się takiego zbyt mało wydobywa, rosyjski jest tańszy i lepszy. Rosyjskim węglem ludzie palili w piecach czy niewielkich kotłowniach. Jest kaloryczny i gruby - w bryłkach o takiej wielkości, jakie akurat nadają się do pieców.


Państwowe koncerny energetyczne palą innym węglem - drobnym, pokruszonym. I taki właśnie głównie się w Polsce wydobywa. Czyli państwo sobie poradzi, ale obywatele już niekoniecznie. I to ci, którzy węglem palą nie dlatego, że czerpią perwersyjną przyjemność z trucia innych, ale dlatego, że takie mają piece i nie stać ich na inne.

Andrzej Duda, prezydent, jeszcze w 2018 roku podczas szczytu klimatycznego w Katowicach opowiadał, że mamy w Polsce węgla na 200 lat. To jednocześnie prawda i bzdura. Ten węgiel owszem jest, ale nie ma go jak wydobyć. Dziś bywa, że górnik jedzie kilometr w dół i zasuwa kilka kilometrów pod ziemią zanim dotrze na swoje miejsce pracy. Zajmuje to czasem grubo ponad godzinę. Z przepisowych 7,5 godziny pracy pod ziemią 3 godziny może zająć samo dojechanie do swojego stanowiska. Wydobywanie węgla jest coraz bardziej niebezpieczne i nieekonomiczne.

Górnicy zdziwieni: wydobycia nie da się zwiększyć dekretem

Rząd niespecjalnie to przemyślał i zapowiedział, że polski węgiel jednak jest i będziemy go po prostu fedrować więcej. W praktyce okazało się to mrzonką, bo sami górnicy (tacy ludzie, którzy zawodowo wyciągają węgiel na powierzchnię) stwierdzili, że wydobycie można zwiększyć, ale nie za darmo i nie od razu. W skrócie: trzeba zainwestować miliardy, a efekty mogą się pojawić na wiosnę przyszłego roku. I na pewno nie będzie to brakujące 8 mln ton, które ściągaliśmy z Rosji, tylko może jakieś 1,5 mln ton.

Rząd się nieco zreflektował i powiedział, że w sumie to może być problem, więc kupimy węgiel za granicą. Ale węgiel to nie zielone ludziki i nie ma go w każdym sklepie. Ministrowie zapewniają, że już do nas płyną statki wyładowane po brzegi czarnym złotem. Tu jednak znowu odezwali się spece od węgla i górnictwa i orzekli, że to fajnie, ale większość z tego co płynie, to miał. Dobry dla elektrowni, ale do pieca się nie nadaje.

A swoje 5 groszy wtrącili też spece od transportu morskiego. Minister klimatu Anna Moskwa - która teraz najwyraźniej zajmuje się koordynacją zakupów węgla, cóż za absurdalna sytuacja! - pochwaliła się, że spółka PGE Paliwa (kóra zajmuje się dostawami dla elektrociepłowni i elektrowni, nie do pieców w domach - więc teza speców od węgla okazała się prawdziwa) czeka na osiem statków z ponad 700 tys. ton węgla. Rozładowanie każdego statku potrwa kilka dni. Żeby zapełnić lukę o wielkości 8 milionów ton musielibyśmy przyjąć tych statków ponad 80. Nie zdążymy. W całym zeszłym roku polskie porty przyjęły 9 mln ton węgla. Do sezonu grzewczego zostało pewnie 4-5 miesięcy.

Reglamentacja, dopłaty, patologie

Rząd ma chyba świadomość, że pewien problem istnieje, bo zdecydował się na wprowadzenie czegoś w rodzaju kartek na węgiel, wcześniej monopolizując handel tym towarem. Polski węgiel ma sprzedawać wyłącznie Polska Grupa Górnicza, po sztywnej cenie 996 złotych za tonę. Ale z reglamentacją - do 3 ton na gospodarstwo domowe. Wydaje się, że to świetne wiadomości dla osób potrzebujących czarnego złota. Nic bardziej mylnego. Ilość węgla się od tego nie zwiększyła.

Rząd jednak pozornie uporał się z problemem ceny, więc teraz zaczął myśleć, skąd ten węgiel wziąć. Wyszło na to, że sporo mają firmy handlujące węglem. Teraz uwaga - rząd chce skupić od nich węgiel i sprzedać go taniej - po sztywnej cenie 996 zł. Ale nie dopłaci do tony więcej niż 750 złotych. Czyli jeśli firma kupiła węgiel po więcej niż 1746 złotych za tonę, musiałaby dołożyć do interesu. Sensu w tym nie ma, bo jest go w stanie sprzedać za 3 tysiące albo i 3,5 tysiąca - bo takie oferty już się pojawiają. Problem pozostał.

Pojawiły się za to patologie. Dziś okazało się, że kilkoro przedsiębiorczych pracowników składu węgla zakładało konta w internetowym sklepie PGG na dane swoich klientów i w ten sposób kupili kilkaset ton węgla. A jednocześnie węgiel dla siebie próbuje kupić nawet 100 tysięcy osób, większości się to nie udaje.

Prezes PGG bez ogródek mówi, że już dziś firma musi walczyć z oszustami.

- Notujemy próby licznych włamań na serwery sprzedażowe w trakcie sesji, czy usiłowania automatycznych zakupów przy pomocy botów zakupowych. Wszystkie takie próby są skutecznie blokowane, ponieważ - przewidując komplikacje i skalę popytu - aby wyłowić wszelkie podejrzane zachowania wdrożyliśmy wiele nowoczesnych zabezpieczeń informatycznych, w tym opartych na mechanizmach sztucznej inteligencji - mówi prezes PGG Tomasz Rogala.

A to tylko wierzchołek góry lodowej. Załóżmy, że ktoś kupił kilka ton węgla jakiś czas temu, płacąc 1500 zł za tonę. Węgiel ma, może go śmiało sprzedać dwa razy drożej, zarobi na tym kilka tysięcy. A potem - o ile zapowiedzi rządu można traktować poważnie - kupi sobie kolejne kilka ton, ale już za 996 zł za tonę. Świetny interes! Legalny i bardzo dochodowy.

W tzw. międzyczasie rząd poinformował społeczeństwo, że jakby jednak z węglem były problemy, to zawsze można palić w piecu chrustem. Tak po prostu, bez cienia zażenowania. Masz w domu zimno? Załóż sweter i pal chrustem.

Na koniec zostawimy sobie sprawę pieniędzy. Rząd na te dopłaty do węgla chce przeznaczyć 3 miliardy złotych. Teoretycznie suma wygląda poważnie. Ale jak to się ma do zapotrzebowania? Nijak. Dziś - jak wynika z danych think tanku o nazwie Forum Energii - gospodarstwa domowe spalają rocznie 12 mln ton węgla. 3 miliardy złotych wystarczą na kupienie 3 mln ton po tysiąc złotych za tonę. Czyli jednej czwartej zużycia.

Kto za to zapłaci? Wychodzi na to, że my wszyscy. Nawet ci, którzy świadomie od węgla odeszli, zainwestowali w pompy ciepła, nowoczesne kotły, zredukowali swoje zużycie. Pan płaci, pani płaci.