Grupa naTemat

LEGO kazało im zniszczyć wszystkie maszyny. Ta firma z Mielca nie dała się i dziś konkuruje z duńskim potentatem

Dyrektor COBI, Robert Podleś, w fabryce w Mielcu
Dyrektor COBI, Robert Podleś, w fabryce w Mielcu Mat. prasowe
Jaki był twój wymarzony prezent świąteczny 15 czy 20 lat temu? Mogły to być figurki superbohaterów, gry komputerowe lub klocki LEGO. Nie były to z pewnością klocki firmy COBI.

Chociaż w latach 90. zabawki polskiej firmy nie rozpalały wyobraźni tak mocno jak ich duńskiego odpowiednika, z roku na rok firma z Mielca działa coraz prężniej. Pomimo że skala działania COBI a LEGO jest inna – dla porównania, firma z Polski odnotowała w zeszłym roku obrót rzędu 100 milionów złotych, zaś skandynawska firma ponad ośmiu miliardów, ta pierwsza jednak potrafiła znaleźć swoje miejsce na rynku, także poza naszym krajem. Zabawki produkowane przez COBI można kupić w 42 krajach, od USA czy Wielkiej Brytanii po tak egzotyczne jak Mauritius.
Czym w takim razie COBI zachwyciło klientów, że mogli konkurować z zabawkowym potentatem, jakim jest LEGO? Przede wszystkim własnym pomysłem na biznes. W przeciwieństwie do zagranicznego producenta, COBI tworzy między innymi zestawy związane z historią. Właściciele polskiej firmy uznali, że chcą tworzyć swoje produkty w myśl zabawy „bawiąc, uczyć – ucząc bawić”. W ich katalogu można znaleźć zestawy z armią starożytnego Rzymu, wojskami walczącymi w bitwie pod Grunwaldem, a nawet z uczestnikami Powstania Warszawskiego. Co ważne, z każdym rokiem klocki zyskiwały na jakości – to już nie są te same zestawy z połowy lat 90. które sprawiały wrażenie, że są wykonane z marnej jakości plastiku. Współcześnie, pod względem wykonania i jakości, nie odstępują na krok od produktów swojego konkurenta z Danii.
„Komandosi” i pierwsza zabawka w TV
COBI zaczynało swoją działalność jeszcze w czasach PRL-u, w 1987. Dyrektor, Robert Podleś, wspomina, że były to trudne czasy dla biznesu. – Początkowo tworzyliśmy puzzle, chociaż nie było łatwo – kupno materiałów stanowiło duży problem, bo w tamtych czasach brakowało dosłownie wszystkiego. Byliśmy jednak uparci w dążeniu do rozwijania się. Od 1989 roku zaczęliśmy również sprzedawać gry planszowe. Naszym najpopularniejszym tytułem byli „Komandosi” – to była pierwsza polska zabawka reklamowana w telewizji – wspomina. Spot został wyemitowany tylko 3 razy, dzięki niemu jednak osiągnęliśmy ogromny sukces i sprzedaliśmy wszystkie kopie naszej gry.


Sukces „Komandosów” utwierdził zarząd COBI w przekonaniu, że segment zabawek ma w Polsce świetlaną przyszłość. Wykorzystali czas transformacji ustrojowej do rozbudowy infrastruktury i dalszego rozwoju. – Okres transformacji był dla nas, jak i całego kraju, przełomowy – otwarcie na rynki zachodnie dawało szanse na sprzedaż naszych zabawek za granicą, czego wcześniej nie mogliśmy robić.
To był też moment, w którym Robert Podleś zdecydował się rozpocząć produkcję flagowych produktów firmy, czyli zestawów klocków. – Na początku lat 90. poznałem człowieka, który pokazał mi działanie form wtryskowych, niezbędnych do produkcji klocków. Mimo że ich tworzenie było dalej zdecydowanie droższe niż w Chinach, uznaliśmy w COBI, że ten segment rynku daje nadzieje na rozwój naszej firmy. Zdecydowaliśmy się otworzyć fabrykę. W 1996 roku przenieśliśmy ją do SSE w Mielcu, gdzie mogliśmy działać na korzystniejszych warunkach i rozbudowywać naszą ofertę.
Jak Dawid z Goliatem
Jednak innemu twórcy klocków nie spodobało się, że jakaś firma ze środkowej Europy może zaszkodzić jego interesom. Chodzi oczywiście o duńskie LEGO. Robert Podleś opowiada o długich i wyczerpujących procesach licencyjnych. – Duńska firma ma tą przykrą cechę, że próbuje za wszelką cenę usunąć konkurencję różnymi kruczkami prawnymi i patentami. Od połowy lat 90. do 2001 roku procesowaliśmy się z nimi o kształt klocków. Uznali, że pogwałciliśmy prawa patentowe i żądali zaprzestania produkcji i zniszczenia wszystkich maszyn – opisuje. Proces pochłonął wiele naszej energii, ale Sąd Najwyższy oddalił ich roszczenia i mogliśmy kontynuować naszą działalność. Wraz z wygasaniem kolejnych patentów LEGO, mogliśmy stopniowo kierować naszą pracę z tworzenia odrobinę innych kształtów i skupiać się nad wymyślaniem nowych zestawów.
Pomimo powstrzymania monopolistycznych zapędów w Polsce, LEGO posiada na wyłączność rynek... węgierski. Dyrektor COBI opowiada o szczegółach jego przejęcia. - LEGO uzyskało wyłączność na węgierskim w wyjątkowo nieelegancki sposób - zarejestrowali znak graficzny, który składał się z opatentowanych wcześniej klocków. Przepisy unijne tego zakazują – to tak, jakby zarejestrować znak towarowy w kształcie koła i zakazać używania kół – tłumaczy. Udało im się tego dokonać, zanim to państwo weszło do Unii i decyzji nie dało się cofnąć – podsumowuje.

W pozostałych krajach LEGO nie radziło sobie tak dobrze w na salach sądowych. -W Skandynawii, ojczyźnie tej firmy, wygraliśmy z nimi proces sądowy. Nie był ostatni, spory trwały dalej, do 2011 roku. Dotyczyły między innymi dotyczyły kształtu figurek, które LEGO zarejestrowało jako znak towarowy pomimo, ze my używaliśmy niemal takich samych figurek od 1992 roku. Z tego powodu nasze ludziki bardziej przypominają teraz kształtem człowieka, co mimo wszystko wyszło nam na plus, bo odróżnia nas od duńskiej firmy – uważa Robert Podleś.
Robert Podleś

Tematyka naszych klocków jest skierowana głównie do chłopców – głównie dlatego, że to oni są znaczną częścią odbiorców – około 80 procent . Mamy również zestawy dla dziewczynek, ale stanowią mniejszość w naszym asortymencie. Zachowujemy również świeżość naszych produktów – co roku wymieniamy około 80 procent asortymentu na nowy. Dzięki temu możemy zaskakiwać klienta i przede wszystkim nie odcinamy kuponów od jednej kolekcji, tylko cały poszukujemy nowych wyzwań i inspiracji.

Od 2011 roku konflikt między LEGO a COBI jest skończony – patenty duńskiej firmy, dotyczące kształtu klocków, wygasły, i polskie przedsiębiorstwo mogło wszystkie swoje siły przeznaczyć na produkcję i tworzenie kolejnych zestawów.

Oprócz licencji – własna kreatywność

Obecnie w katalogu COBI znajdują się zabawki tworzone w oparciu o licencje takich firm jak FIAT, Chrysler, Boeing czy Nickelodeon. Chociaż sprzedają się dobrze, jak mówi Robert Podleś, dla COBI ważniejsze są własne, nieszablonowe projekty. – Poza tworzeniem zestawów na licencji, tworzymy również własne, głównie w oparciu o historie. Mieliśmy zestawy jubileuszowe, na przykład z okazji 600-lecia bitwy pod Grunwaldem czy 70-lecia Powstania Warszawskiego. Tworzymy klocki w oparciu o Polskie militaria, na przykład czołg TP-7 lub samolot PZL-11, który dopiero pojawi się w sprzedaży – wylicza.
Zapytany o skupienie na tematyce wojskowej, dyrektor wyjaśnia, że efekt fascynacji jego i jego pracowników. – Sam jestem fanem militariów, wielu pracowników również interesuje się uzbrojeniem. Wierzę, że tworząc takie zestawy, tworzymy zabawki z przesłaniem. Pokazujemy dzieciom, że Polacy potrafili stworzyć wspaniałe rzeczy pod względem technologicznym i dokonywać wielkich czynów. Lekcje historii nie zawsze zaspokoją ciekawość dziecka, wiele prawdy jest w sentencji „bawiąc – uczyć, ucząc – bawić” - przekonuje. Potem takie dziecko może zainteresować się tym zagadnieniem i zapytać ojca o Drugą Wojnę Światową lub wojnę Polsko – Krzyżacką. To misja naszej firmy – nie tylko tworzyć zestawy do zabawy, ale takie, które pobudzają ciekawość małego dziecka.
Robert Podleś

Nie ma oczywiście jednego, konkretnego przepisu na sukces. Dla nas najważniejsza była rzetelność i determinacja, połączona z fascynacją konstruowania nowych zestawów. Przetrwaliśmy zmiany ustrojowe i procesy z LEGO dzięki pasji – bez niej nie ma dobrego biznesu. W nas jest od 28 lat i ciągle chcemy przeć naprzód – mamy plany na przyszłość, wprowadzamy nowe kolekcje w przyszłym roku i rozwijamy się dzięki naszym zainteresowaniom i naszemu uporowi a przede wszystkim dzięki wiernym naszym fanom w kraju i zagranicą.

Chociaż przez lata były postrzegane jako gorsza wersja klocków LEGO, produkty COBI trafiają do coraz większej liczby klientów. Możliwe, że w przyszłości coraz częściej będzie się zdarzać, że dzieci w liście do Świętego Mikołaja będą prosić o zestawy produkowane w fabryce w Mielcu, zamiast w Kopenhadze.

napisz do autora: grzegorz.burtan@innpoland.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

ZOBACZ TAKŻE:
WIĘCEJ NA TEMAT:
BiznesPrzedsiębiorcy
Skomentuj