Nagonka na znanego polskiego matematyka. Ujawnił naukowe układy i się zaczęło

Dr Kamil Kulesza to propagator nauki. Na zdjęciu podczas swojego wykładu z cyklu TEDx
Dr Kamil Kulesza to propagator nauki. Na zdjęciu podczas swojego wykładu z cyklu TEDx Tomasz Staśkiewicz/INN:Poland
Układy, nepotyzm i zazdrość – dr Kamil Kulesza alarmuje, że to istotne składowe polskiego życia naukowego i powody dlaczego skazujemy się na bycie zaściankiem. Tym razem opowiada, jak kierowane przez niego centrum badawcze, które z sukcesem komercjalizowało swoją wiedzę i wyniki badań, stało się cierniem w oku niektórych postawionych wysoko akademików. Od kilku miesięcy praca badaczy stoi – są zbyt zajęci kolejnymi prawnymi bataliami. W rozmowie z INN:Poland dr Kulesza tłumaczy, dlaczego w Polsce dokonuje się drenaż mózgów, czemu jest tak mało innowacji i jaka mentalność panuje wśród ludzi, których często określamy elitą narodu.

Polską naukę porównuje Pan do potiomkinowskiej wioski – wszystko wygląda ładnie z zewnątrz, ale to tylko fasada, za którą nic się nie kryje. Dlaczego?

Cóż, tej metafory użyliśmy jeszcze w 2008 roku, kiedy wraz z kolegą profesorem napisaliśmy artykuł do „Rzeczpospolitej” pt. „Uniwersytet Potiomkinowski obiecuje innowacje”. Z jednej strony chodziło o fasadowość naszego systemu akademickiego, z drugiej zaś o ciągle jeszcze nazbyt częste feudalne stosunki w nim panujące.

I jakie są tego skutki?

Jeżeli chcemy mieć prawdziwą zmianę technologiczną, niezależnie czy w kwestii innowacyjnego produktu czy usługi, musi być pole dla kreatywności i oryginalnego myślenia. A takie cechy tępi się w feudalizmie.

Póki nie będziemy mieć prawdziwego życia akademickiego, tylko atrapę, to za coraz większe fundusze od państwa – obecnie ok. 40 miliardów złotych budżetowych pieniędzy rocznie – dostaniemy niewiele i raczej nie będą to rzeczy przełomowe. Możemy się nakręcać, że jesteśmy wyjątkowi, ale patrząc trzeźwo z boku, to jak na leżący w środku Europy dość duży kraj raczej słabo wykorzystujemy nasz potencjał. Koledzy naukowcy jedynie potrafią domagać się więcej pieniędzy z budżetu, zaś klimat polityczny w ostatnim czasie jest taki, że tzw. nakłady na naukę rosną. Tyle, że końcowy efekt będzie taki sam jak z wlewaniem wody do piaskownicy – kwiatki od tego nie wyrosną.

Z czego to wynika?

Z szerokości horyzontów naszych „akademików” i różnic w mentalności między nami a krajami o wyższym kapitale społecznym. Przykład z historii: w Polsce pańszczyznę znieśli dopiero zaborcy w XIX wieku. W Europie Zachodniej stało się to wraz z odchodzeniem od feudalizmu, czyli dużo wcześniej. Następnie zaś było jednym z czynników dających impuls do powstania nowoczesnej gospodarki.


Skąd taka różnica?

Używając dzisiejszej terminologii, w I Rzeczypospolitej dominującym modelem biznesowym, była tzw. gospodarka folwarczna. Tj. szlachcic posiadał ziemię, na której pracowała dla niego tania siła robocza – chłopi odrabiający pańszczyznę. Przez kilka stuleci handel z Europą tak wytworzonymi produktami rolnymi był dość lukratywny. Kiedy w innych krajach zaczęły zachodzić opisane powyżej zmiany społeczne, w Polsce nie było widać na początku dobrego powodu dlaczego my też powinniśmy pożegnać się z feudalizmem – przecież ciągle jeszcze zarabialiśmy.

I to było gwoździem do trumny I RP?

Wśród naszych elit zabrakło ludzi z odpowiednio szerokimi horyzontami i umiejętnością patrzenia dalej. Takich, którzy byliby w stanie zrozumieć, do czego ignorowanie zachodzących zmian może doprowadzić, i którzy potrafiliby do tego przekonać resztę szlachty. W rezultacie kiedy w innych miejscach rodził się kapitalizm, my pełni samozadowolenia osuwaliśmy się w zaścianek. Wielu badaczy tego okresu twierdzi, że była to jedna z głównych przyczyn upadku I Rzeczypospolitej. Nie wykorzystywaliśmy potencjału znacznej części społeczeństwa zmuszonej do prawie niewolniczej harówki, nie zbudowaliśmy silnego i niezależnego społeczeństwa.

Tylko to było kilka wieków temu.

Tak, ale skutki odczuwamy do dziś. Poza tym jak wiadomo historia lubi się powtarzać. Dziś mamy akademickich feudałów, którzy też uprawiają taką nieefektywną gospodarkę folwarczną. Jest nawet gorzej, gdyż I Rzeczypospolita przynajmniej produkowała płody rolne, które były sprzedawane za granicę i to, mimo strasznych kosztów społecznych i rosnącego zacofania kraju, utrzymywało cały system.

A dzisiaj?

Dzisiejsi feudałowie w środowisku akademickim nie tworzą wartości dodanej, oni „podpięli” się pod finansowanie z budżetu. Za wszelką cenę bronią tej wygodnej dla nich sytuacji, choć koszty społeczne są analogiczne jak przywołanym powyżej przykładzie historycznym. Zaś aby ukryć ten stan pokazuje się nam potiomkinowską wioskę, za którą płacimy te ok. 40 miliardów złotych każdego roku.

Ale proszę spojrzeć – tzw. zinstytucjonalizowana nauka polska wnosi bardzo niewiele do polskiej gospodarki, o światowej nie wspominając. Zaś szkolnictwo wyższe tworzy więcej problemów niż rozwiązuje – w większości wypadków mamy system studiowania nastawiony na masową produkcję bezrobotnych z dyplomami, a poziom kształcenia jest zbyt często niski nawet na najlepszych polskich uczelniach.

Proszę spojrzeć na absolwentów z Oxfordu czy Cambridge. Oni z reguły nie mają problemu z odnalezieniem się na rynku pracy. Nawet po tych „nieżyciowych” kierunkach. Bo dobra uczelnia wpaja samodzielność.

To chyba główny problem – erozja akademickiego etosu.

No właśnie, jak go można wdrażać, kiedy na roku studiów jest kilkaset osób? Nie ma mowy o indywidualnym podejściu, tylko przeprowadzeniu wykładu i zrobieniu egzaminu. Nazbyt często podobnie wygląda praca z młodą kadrą naukową. Nie dziwi mnie to, że w Polsce następuje drenaż mózgów. Polscy naukowcy nie mają gdzie rozwinąć skrzydeł przez zabetonowanie polskiej nauki. Bo stara kadra akademicka oczekuje posłuszeństwa i uległości. A jak ktoś się nie dostosuje, to jest wiele sposobów by „przywołać go do porządku”. Np. jego habilitacja zostanie odrzucona, albo nie dostanie grantu. Zaś w ostateczności można zacząć cała kampanię niszczenia niepokornych.

Tak jak Waszym przypadku.

Dokładnie. Szło nam świetnie – industrial mathematics - brytyjski model uprawiania nauki i know-how dobrze się nad Wisłą sprawdziły. Były nagrody, zaproszenia na zagraniczne konferencje, informacje w mediach, etc. – ostatnio opowiadaliśmy o tym nawet na TEDx.

Pokazaliśmy, że również w Polsce matematyka może być bezpośrednio użyteczna dla gospodarki - w portfolio mamy współpracę z wieloma firmami, od sektora finansowego po przemysł obronny. Nasze osiągnięcia doceniono również na świecie – Oxford ciągle jeszcze pokazuje nas jako jeden z kilku głównych przykładów sukcesów we wdrażaniu brytyjskiej industrial mathematics w innych krajach.

Firmy chcą płacić za nasze badania – można z tego zbudować i utrzymać jednostkę badawczą. Tyle, że taki działanie jest wbrew logice feudalnego systemu, więc zaczęto nas niszczyć. I działania te podjęła Dyrekcja naszego macierzystego Instytutu Badań Systemowych Polskiej Akademii Nauk (IBS PAN).
W jaki sposób?

Jak mawiali stalinowscy prokuratorzy: „dajcie mi człowieka, a paragraf się znajdzie”. Mnożono preteksty formalne, próbowano dopatrywać się rzekomych nieprawidłowości tam, gdzie ich nie było, lub używano nieśmiertelnych ‘argumentów’ typu „bo tak” lub „ma być jak ja chcę”. Oczywiście podlanego biurokratyczną nowomową, zalewem korespondencji i bezpodstawnych żądań, które trzeba było spełnić „natychmiast” pod groźbą kar, sankcji, etc. Dochodzą do tego jeszcze stałe próby wywierania, różnymi metodami, nacisku. Podobnie jak uwikłania w różne problemy, czy kreowania naszych rzekomych przewinień. Od samego początku nasłano na nas prawników – Dyrekcja IBS PAN płaci, z pieniędzy podatników, zewnętrznej kancelarii prawnej, aby nas nękać. Choć ze wszystkich sił i wiele razy próbowaliśmy załatwić sprawę polubownie z drugiej strony nie było takiej chęci.

Jakie były skutki?

Skończyło się na tym, że pracownicy nie otrzymywali pieniędzy, przestali opracowywać zlecone zadania, a firmy nie otrzymały zakontraktowanych wyników prac. IBS PAN musiał zwrócić firmom pieniądze i zapłacić odszkodowania. Tylko bezpośrednie straty finansowe wyniosły na razie kilkaset tysięcy złotych, ale pewnie łącznie będzie kilka milionów. Zwłaszcza, że IBS PAN nie zapłacił ludziom za prace wykonane na jego rzecz, których wyniki sprzedał firmom i wziął za to pieniądze. W sytuacji gdy mamy do czynienia ze złą wola i brakiem chęci porozumienia my musieliśmy wejść na ścieżkę prawną.

Sprawa była ostatnio opisywana choćby w artykule „Burza mózgów i kłopoty portiera” w tygodniku „w Sieci”, czy artykule „Selekcja negatywna” w „Dzienniku Gazecie Prawnej” – w tym ostatnim było również o mechanizmach zazdrości w polskim środowisku akademickim.

Zazdrość?

Tak. Nie bez powodu polskie instytucje akademickie mają tak niskie miejsca w rankingach - kiedy byłem w Cambridge, to panowała złota zasada: jest ciężko, dużo wymagamy, ale jeśli masz pomysł, zrobimy co w naszej mocy, by ci pomóc. Każdy dostaje szansę. Krótko mówiąc, promuje się talenty. U nas się z nimi walczy.

Poza tym dochodzi druga kwestia: np. u podstaw kapitalizmu leży to, że musi istnieć pewien fundament prawny, który powoduje, że inwestycje są chronione. Jeśli ryzyko będzie takie, że poniesie Pan nakłady, rozkręci swój biznes, a potem, kiedy są profity, przyjdzie feudał i powie: „zabieram to, bo tak chcę”, to kto będzie ryzykować? Nikt. Musi istnieć system prawny i społeczny, w którym człowiek będzie wiedział, że owoce jego pracy należą do niego.

Ta sama zasadna, nawet w zwielokrotnieniu, obowiązuje w odniesieniu do kreatywnej działalności intelektualnej. Budowanie zespołów badawczych i uzyskiwanie wyników trwa latami, najpierw dużo się inwestuje – czasu, pieniędzy, etc. Poza tym w nauce jest też pewien dodatkowy aspekt.

Jaki?

Chodzi o kwestie etyczne. I nie mówię o tym, że dostaliśmy propozycję „nie do odrzucenia”, abyśmy oddali 25 proc. pieniędzy, które pozyskujemy to wtedy dadzą nam spokój. W wiodących ośrodkach akademickich takie rzeczy jak nas spotkały raczej by się nie zdarzyły. Gdyby tam osoba stojąca na czele instytucji zaczęła prowadzić taką „prywatną wojnę” środowisko szybko przywołałoby Pana Profesora do porządku.

Bo po pierwsze bo osoba kierująca instytucją odpowiada za to aby działała ona sprawnie, a konflikty były maksymalnie szybko rozwiązywane. Zasada podobnie jak w biznesie, gdzie sprawne rozładowywanie napięć i unikanie eskalacji problemów jest b. ważna składową oceny szefa firmy. W normalnym świecie uwikłanie instytucji w konflikt, podobnie jak doprowadzenie do strat, jest powodem do dymisji dla jej dyrektora.

Jednak przede wszystkim dlatego, że np. w Cambridge, czy Oxfordzie takie działanie w środowisku akademicki po prostu „nie uchodzi”. Nie tylko jest nieetyczne, ale też jest złe dla całego ekosystemu kreowania intelektualnej wartości dodanej.

No, ale tak rzeczy działają tam gdzie etyczne zachowania wymusza pragmatyka uprawiania autentycznej nauki i tworzenia intelektualnej wartości dodanej. Niestety w Polsce w większości wypadków raczej nie robi się nowych rzeczy tylko sprawozdaje rozdysponowanie budżetowych pieniędzy, przy okazji ściśle pilnując kolejności dziobania.

Czy naprawdę jest aż tak źle?

Nawet jeszcze gorzej - tak uważam i to abstrahując od naszych bezpośrednich doświadczeń. Wiedzę czerpię z wieloletniej obserwacji naszego środowiska akademickiego. Jasne, że są w nim uczciwe osoby o wysokim poziomie etyczno-moralnym. Jednak w mojej ocenie są one w mniejszości.

Dobrze tę sprawę pokazuje jeden z nazbyt częstych przypadków „uwalenia habilitacji” opisany przez prof. Leszka Pacholskiego w artykule pod znamiennym tytułem „Prokurator nas nie wyręczy. O patologiach na polskich uczelniach”.

Co tam opisał?

Niedoszły habilitant podpadł swojemu pryncypałowi tym, że ujawnił jego przekręty grantowe (sprawa karna w toku), za co ten ostatni postanowił habilitanta zniszczyć. Zaś cała rzecz działa się w IBS PAN – Instytucie z którego Dyrekcją również my mamy kłopoty. I choć sprawa jest dobrze udokumentowana i ewidentna to nikt z IBS PAN konsekwencji do dziś nie poniósł.

Pozostaje chyba tylko przywołać słowa prof. Pacholskiego z ww. artykułu: „W środowisku akademickim jest wiele osób wartościowych i sprawiedliwych, promujących wysoką jakość i pilnujących standardów, rzadko jednak decydują się one ingerować poza swoim bezpośrednim otoczeniem. Uważają, że to nie ich instytut, nie ich dziedzina nauki, nie ich wydział i że nie będą się wtrącać w cudze sprawy. To nie są cudze sprawy. Opinia publiczna nie odróżnia instytucji naukowych, skandale psują reputację wszystkim, nie tylko tym, którzy je wywołują.”

I jakie będą skutki?

Zostaniemy intelektualną kolonią. Najlepsi i najmądrzejsi wyjadą. Premier Jarosław Gowin podkreśla często, że przez 200 lat drenowano Polskę z jej potencjału intelektualnego i czas to zmienić. Jak mówi planuje odwrócić kierunek drenażu mózgów i sciągnąć z zagranicy najlepszych. Warunki pracy dla nich mają się polepszyć - zostaną przeznaczone na to dodatkowe duże środki. Ale taki potencjał buduje się latami – osiągnięcia naukowe to raczej nie start-up, który może na siebie zarabiać po roku. A poza tym są jeszcze nasi feudałowie akademiccy, którzy będą bronić obecnego systemu jak niepodległości – proszę zobaczyć, ile lat trwa debata o zniesieniu habilitacji.

Czyli nie wrócą?

Być może część skusi na współpracę kontraktową. Ale to wynika też z rosnącej konkurencji na świecie – walka o pieniądze na badania jest coraz bardziej zażarta. Ale raczej nikt nie będzie wiązał się z takim miejscem na dłużej. To jak robienie biznesu w strefie wojny – póki zarabiam, to działam, linia frontu się przesunie, to wsiadam w samolot i uciekam.

Ale to jest ogólny problem. Nie patrzymy długoterminowo i takie są działania rządów.

Bo politycy potrzebują szybkich efektów. Rząd ma jedną mantrę, która powtarza w kółko: odwróćmy proporcje finansowania nauki między sektorem publicznym a prywatnym. Mój zespół działa dokładnie w ten sposób – ponad 90 proc. naszego finansowania pochodzi „z rynku”.

Spełniacie zatem marzenie rządzących?

Tak, ale niewiele dla nas z tego wynika – może dlatego, że nie potrzebujemy do tego publicznych pieniędzy? Choć już kilka miesięcy temu informowaliśmy o sprawie zarówno Prezesów PAN, jak i Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego nikt nam efektywnie do tej pory nie pomógł. Niestety wygląda to tak, że jeśli kilku kolesi kierujących instytutem badawczym PAN zdecyduje, że chce zrobić komuś krzywdę, to zupełnie brakuje mechanizmów aby coś z tym zrobić – de facto zostaje jedynie pójść do sądu.
Rozwiązanie kosztowne z Waszej perspektywy.

Wszyscy, którzy spierają się z IBS PAN, ponoszą spore koszty prawne, Panowie Profesorowie pieniaczą się za państwowe pieniądze. Płacą z nich nie tylko kancelariom prawnym, ale również odszkodowania.

W efekcie od miesięcy boksujemy się na drodze prawnej. Dyrekcja IBS PAN zeskalowała sprawę tak, że w tej chwili sprawa ma wiele wątków. Dość powiedzieć, że ok. 20 osób pozywa IBS PAN o niewywiązanie się z kilkudziesięciu umów i to zarówno na drodze cywilnej, jak i prawa autorskiego.

Do tego dochodzą jeszcze roszczenia od kilku firm. W grę wchodzą więc milionowe kwoty.
Z tego, co mówią nam prawnicy, sprawy są do wygrania. Tyle tylko, że stracimy na to mnóstwo czasu i energii, która mogłaby być poświęcona na prace naukowo-badawcze. Nasze projekty stoją, Panom Profesorom to nie przeszkadza, co pokazuje jak mało ważne jest dla nich robienie nauki.
Czy po takich doświadczeniach ktoś będzie chciał się szarpać?

Dość męczące.

W rzeczy samej i zupełnie przeciw produktywne. Jak już mówiłem, np. w Cambridge, gdyby dyrektor instytutu doprowadziła do takiej sytuacji szybko środowiska zostałyby przywołany do porządku. Konflikty rozwiązuje się poza salą sądową. W ostateczności jest powoływany wewnętrzny arbitraż, złożony z niezależnych badaczy. Chodzenie do sądu to w anglosaskiej kulturze naukowej porażka dla wszystkich.

To jak widzi Pan przyszłość?

Kończą się wszystkie działania prawne. Podejrzewam, że w międzyczasie spora część współpracowników wyjedzie lub zajmie się czymś innym, raczej z daleka od polskiego systemu akademickiego. I tak po raz kolejny, tzw. zinstytucjonalizowana Nauka Polska, wielkim wysiłkiem zniszczy coś co nie wpisuje się w obraz obowiązującej ortodoksji. I po raz kolejny stracimy spory potencjał, którego stworzenie kosztowało tak wiele.

I przyczynicie się do drenażu mózgów.

Nie my pierwsi i pewnie niestety nie my ostatni. Jako kraj trwamy przy starych schematach, bo wielu ludzi ma w tym interes. Tak jak profesorowie, którzy narzekający na niskie pensje. A potem okazuje się, że mają trzy etaty i zarabiają tyle, co dyrektor międzynarodowej firmy – jednocześnie nie ponosząc za nic odpowiedzialności. To po coś zmieniać, skoro dobrze z tego żyją. I tak będzie to sobie trwało, a polski podatnik będzie za to płacił, w zamian otrzymując obrazki wsi potiomkinowskiej. Aż pewnego dnia obudzimy się i uświadomimy sobie, że przegraliśmy swoją szansę, podobnie jak I RP. Tylko wtedy trwało to prawie dwa stulecia, a tempo zmian liczyło się w dekadach. Obecnie zachodzą one w pojedynczych latach.

Dr Kamil Kulesza kieruje Centrum Zastosowań Matematyki i Inżynierii Systemów (CZMIS), które działa w ramach Instytutu Badań Systemowych Polskiej Akademii Nauk (IBS PAN) w Warszawie. Wraz ze współpracownikami prowadzi w INN:Poland blog „Oxbridge nad Wisłą?”, gdzie piszą zarówno o realizowanych komercyjnych projektach naukowo-badawczych oraz o tym jak wygląda „robienie” nauki i innowacji w Polsce. Czytaj więcej

Napisz do autora: grzegorz.burtan@innpoland.pl

Trwa ładowanie komentarzy...