
Wzrost gospodarczy w Polsce nie będzie taki dynamiczny, jak wcześniej spodziewał się rząd Beaty Szydło oraz spora grupa ekspertów – przewidują w ostatnich dniach kolejne instytucje, od Międzynarodowego Funduszu Walutowego i Banku Światowego, po agencje ratingowe Standard & Poor's i Fitch. Co to będzie oznaczało dla Polski i naszych portfeli? Postaramy się odpowiedzieć w tym tekście.
REKLAMA
– Klasyk powiedział, że „dla nas PKB nie jest bożkiem, interesuje nas jego jakość” – kpi ze słynnej wypowiedzi Mateusza Morawieckiego były wicepremier Janusz Piechociński w rozmowie z INN:Poland. – Ja wolę mieć 4,3 proc. z ostatniego kwartału ubiegłego roku niż 2 procent przewidywane dla przyszłego roku – dodaje. Eksperci są zgodni: pół procenta, o które spadają prognozy wzrostu gospodarczego nad Wisłą, to zła prognoza dla rynku pracy, naszych pensji i prób tamowania fali emigracji.
– To wciąż jest wzrost na poziomie, którego mogłaby nam pozazdrościć Europa Zachodnia – podkreśla w rozmowie z INN:Poland Jeremi Mordasewicz, współzałożyciel Business Centre Club oraz ekspert Konfederacji Lewiatan. – Tyle że Polska startuje z zupełnie innego poziomu, jesteśmy 6. najbiedniejszym krajem Unii Europejskiej – dodaje. Według niego, w takim tempie nigdy nie osiągniemy poziomu życia naszych zachodnich sąsiadów.
Marzenie ściętej głowy
– Wzrost gospodarczy można osiągnąć albo poprzez wzrost zatrudnienia, czyli wykorzystywanie rezerwy ludzi, albo poprzez wzrost produktywności – mówi nam Jeremi Mordasewicz. – Nasze dochody, te z wynagrodzeń dla osób pracujących, zarobek od inwestycji kapitałowych przedsiębiorców, aż po dochody emerytów, są uzależnione od tego, jak jesteśmy produktywni, czyli jak rośnie wytwarzane przez nas w ciągu roku PKB – tłumaczy.
– Wzrost gospodarczy można osiągnąć albo poprzez wzrost zatrudnienia, czyli wykorzystywanie rezerwy ludzi, albo poprzez wzrost produktywności – mówi nam Jeremi Mordasewicz. – Nasze dochody, te z wynagrodzeń dla osób pracujących, zarobek od inwestycji kapitałowych przedsiębiorców, aż po dochody emerytów, są uzależnione od tego, jak jesteśmy produktywni, czyli jak rośnie wytwarzane przez nas w ciągu roku PKB – tłumaczy.
Jak zaznacza ekspert, bez wzrostu PKB możemy mówić o „grze o sumie zerowej”: żeby jedni mogli zarabiać więcej, trzeba zabrać innym. Mało tego, 3 proc. PKB to ważny próg. – W sytuacji, kiedy wzrost gospodarczy nie przekracza 3 proc., zanika dodatkowe zapotrzebowanie na pracę, a wzrost pensji jest śladowy – tłumaczy Mordasewicz.
Oznacza to, że dobre czasy w polskiej gospodarce mogą dobiegać końca. – Ostatnio mieliśmy nad Wisłą do czynienia z jednoczesnym wzrostem zatrudnienia i wzrostem wynagrodzeń, wynikającym ze zwiększania produktywności – kwituje ekspert. – Dalsze utrzymanie takiego status quo byłoby możliwe wyłącznie wtedy, gdyby gospodarka rosła w takim tempie, jak poprzednio, a optymalnie w tempie co najmniej 4 proc. rocznie – dorzuca.
Ale to może być marzenie ściętej głowy. W dyskusji na antenie Polskiego Radia analityk Domu Maklerskiego mBanku, Kamil Maliszewski, przewidywał, że wzrost PKB może w tym roku nie sięgnąć nawet owych 3 procent, o których dyskutuje się od kilku dni. – Wszyscy widzą, że dolega nam spadek inwestycji. To jest główny powód dla którego tempo wzrostu PKB spadło i może się okazać, że w tym roku wyniesie poniżej 3 proc. – mówił. – W skali całego roku będzie jeszcze słabsze od tego, co prognozuje MFW, który dość rewiduje swoją prognozę, bo aż o 0,4 punktu procentowego. Zobaczymy, czy budowanie tego planu, który trwa już rok, na rzecz rozwoju, przyniesie pozytywne efekty w kolejnych latach. Takie, które zrównoważą to spowolnienie – analizował Maliszewski.
Biznes wciska hamulce
Co się zatem dzieje? – Klasyk powiedział, że dla nas PKB nie jest bożkiem, interesuje nas jego jakość – drwi w rozmowie z INN:Poland Janusz Piechociński, były wicepremier i minister gospodarki. – No cóż, ja wolę mieć 4,3-procentowy wzrost z ostatniego kwartału ubiegłego roku niż dwa czy półtora procent przewidywane dla pierwszego kwartału przyszłego roku – dorzuca.
Co się zatem dzieje? – Klasyk powiedział, że dla nas PKB nie jest bożkiem, interesuje nas jego jakość – drwi w rozmowie z INN:Poland Janusz Piechociński, były wicepremier i minister gospodarki. – No cóż, ja wolę mieć 4,3-procentowy wzrost z ostatniego kwartału ubiegłego roku niż dwa czy półtora procent przewidywane dla pierwszego kwartału przyszłego roku – dorzuca.
Zdaniem Piechocińskiego, polscy przedsiębiorcy wciskają hamulce. – Niepokojące jest to, co dzieje się z inwestycjami: nie tylko firm zagranicznych nad Wisłą, ale i tymi ze środków unijnych, budżetowych i okołobudżetowych, ale i tym, w co inwestują przedsiębiorstwa. Mamy rekordowo niskie bezrobocie, ale wynika ono z faktu, że biznes zaczyna się przygotowywać na ciężkie czasy i potencjalne perturbacje – podkreśla. Pogarsza się też koniunktura „na zewnątrz” polskiej gospodarki, a Azja – o którą obecna ekipa usilnie zabiega – to wciąż stosunkowo niewielki partner gospodarczy.
– Przedsiębiorcy zaczynają wstrzymywać się z decyzjami inwestycyjnymi, a gospodarka potrzebuje przewidywalności, stabilności i optymizmu. Usztywnienie relacji pracownik-przedsiębiorca niewiele da, zwłaszcza, że klimat wokół biznesu wciąż się pogarsza. Dwa czy pięć lat temu szliśmy do pracodawcy z poczuciem, że po wynegocjowaniu i aprobacie obu stron znaleźliśmy pracę. Teraz narracja jest taka, jakby pójście do pracy powodowało jakieś wielkie cierpienia – dowodzi Piechociński.
Były wicepremier przypomina też, że optymistyczne prognozy z początków tego roku – nawet 3,8 proc. wzrostu PKB – brały się z dynamiki, jaką wypracowała poprzednia ekipa. – Następcy mówili, że mają ciekawe wizje, zintensyfikują napływ kapitału technologicznego do Polski, upłynnią zgromadzone środki na inwestycje. I wzrost będzie nawet większy – wskazuje polityk. – I co? Na giełdzie wywiało mnóstwo kapitału, energetyka po największym w historii procesie inwestycyjnym nie generuje nowych zamówień, górnictwo połknęło kolejne półtora miliarda wsparcia i ma wynik o 400 mln gorszy od prognoz – punktuje.
Mało tego, Piechociński wskazuje, że nawet ostatnia decyzja dotycząca helikopterów caracal może mieć inne tło niż offset. – 13 miliardów, jakie mieliśmy na nie wydać, jest potrzebne polskiemu budżetowi, bo po największym transferze socjalnym w postaci 500 Plus, w budżecie po prostu nie ma pieniędzy – twierdzi były wicepremier. – Wcześniej decyzjami politycznymi podniesiono znacząco wydatki, a dopiero potem szukano dochodów, jak w przypadku podatku handlowego – ucina.
Przyzwyczailiśmy się do dobrego
Co oznacza pół punktu mniej, gdy chodzi o wzrost gospodarczy? Że nadal mamy poziom produktywności odpowiadający 45 proc. poziomu w Niemczech. Że w Polsce pracuje – w zależności od metodologii – około 6 lub 7 osób na 10 w wieku produkcyjnym, podczas gdy w Niemczech jest to 7-8 osób na 10. Żeby doganiać Niemców musielibyśmy pracować z taką intensywnością, którą odzwierciedlałby wzrost PKB na poziomie 4-5 proc.
Co oznacza pół punktu mniej, gdy chodzi o wzrost gospodarczy? Że nadal mamy poziom produktywności odpowiadający 45 proc. poziomu w Niemczech. Że w Polsce pracuje – w zależności od metodologii – około 6 lub 7 osób na 10 w wieku produkcyjnym, podczas gdy w Niemczech jest to 7-8 osób na 10. Żeby doganiać Niemców musielibyśmy pracować z taką intensywnością, którą odzwierciedlałby wzrost PKB na poziomie 4-5 proc.
– Sprawa nie kończy się tylko na tym, że firmy nie będą już zatrudniać i spadek bezrobocia wyhamuje. Ani na tym, że pensje będą rosły w żółwim tempie. Do tego dochodzą też postawy młodych ludzi, którzy chcą podnieść standard życia – i nie mogąc tego osiągnąć w Polsce, będą emigrować – mówi Mordasewicz. Według niego, zamiast powstrzymywać ten proces, rząd może go wręcz napędzać.
– Weźmy choćby decyzję o obniżeniu progu wieku emerytalnego. Obniżając go, zmniejszymy liczbę osób pracujących, zwiększając jednocześnie liczbę osób pobierających świadczenia. Już dziś ta proporcja jest fatalna: 16 pracujących przypada na 9 emerytów. Obniżamy próg – z pierwszej do drugiej grupy przechodzi duża grupa ludzi. Młodzi wyjeżdżają – znowuż kurczy się pierwsza grupa. Nakręca się straszna spirala – kwituje ekspert.
– Ta prosta prawda w Polsce się nie przebija: w państwie, które nie ma zasobów cennych surowców naturalnych (jak Arabia Saudyjska), albo zasobów kapitału (jak te, które przez pokolenia wypracowali Francuzi), jedynym źródłem bogactwa jest praca. Kluczowe znaczenie ma liczba pracujących i wskaźnik ich produktywności – podsumowuje Jeremi Mordasewicz.
Janusz Piechociński przyczyn obojętności, z jaką przyjmuje się w Polsce wskaźniki wzrostu gospodarczego, upatruje gdzie indziej. – Polska, obok Australii, najdłużej w historii nowożytnego świata nie miała spadku PKB. Chyba przyzwyczailiśmy się do tego, że makroekonomia pozornie nie przekłada się na sytuację Kowalskiego, bo nawet w czasie kryzysu robiło się biznesy, czasem nawet wielkie – mówi były wicepremier. – Tylko, że nas kryzys ominął dzięki splotowi wielu czynników, jednym z najważniejszych była elastyczność polskiej przedsiębiorczości – dodaje. Ta elastyczność, której najwyraźniej zaczyna nam ostatnio brakować.
Napisz do autora: mariusz.janik@innpoland.pl
