Minister energii Krzysztof Tchórzewski.
Minister energii Krzysztof Tchórzewski. Fot. Kuba Atys / Agencja Gazeta

Za siedmioma górami, za siedmioma lasami było sobie polskie auto elektryczne... A właściwie dopiero będzie: jak zapowiedział właśnie minister energii Krzysztof Tchórzewski, już na początku listopada ma zostać rozpisany konkurs na karoserię tego pojazdu. Prototyp miałby powstać już w przyszłym roku. – Niemożliwe – komentują za to pytani przez nas eksperci. W takim czasie ani nie uda się zrobić samochodu, ani znaleźć na niego klientów.

REKLAMA
A jednak minister wie już swoje. Auto ma być nieduże, kosztować maksymalnie około 70 tysięcy złotych i – zaprawdę – być polskie: w co najmniej 60 proc. składać się z części pochodzących znad Wisły. Dodatkowa zagwozdka: modelowy właściciel takiego samochodu to osoba, która ma mieć dostęp do miejsca parkingowego, gdzie auto można by ładować – mniej więcej raz na trzy dni. W tle mamy jeszcze Plan Rozwoju Elektromobilności – zgodnie z którym do 2025 roku po polskich drogach miałoby już jeździć milion elektrycznych aut. Można się tylko domyślać, ile z nich pochodziłoby od polskiego narodowego producenta.
Już Gierek nas uszczęśliwił
Nie jest jednak stuprocentowo jasne, kto nim będzie. Można się domyślać, że chodzi o powołaną przez czterech państwowych gigantów – PGE Polska Grupę Energetyczną, Energę, Eneę oraz Tauron – spółkę ElectroMobility. Jak już pisaliśmy, powstawaniu tej spółki towarzyszyło spore zamieszanie – m.in. z komunikatu o planach jej stworzenia po kilku godzinach zniknęła informacja o projekcie stworzenia polskiego auta elektrycznego.
Dziś można się jedynie domyślać, czy to właśnie ElectroMobility stoi za polskim autem elektrycznym. Kapitał zakładowy spółki to jedynie skromne 10 mln złotych – jeżeli spółka chciałaby się porwać na projekt taki, jak tworzenie i produkcja zupełnie nowego samochodu, potrzebne będą miliardy. – Gdy mówimy o prawdziwym samochodzie, w grę wchodzą olbrzymie pieniądze. Przykładowo, wprowadzony właśnie na rynek SUV Lynk & Co. chińskiego koncernu Geely bazuje na płycie podłogowej Volvo. Za samą płytę Chińczycy musieli wysupłać 11 miliardów dolarów – mówi INN:Poland Wojciech Drzewiecki, prezes Instytutu Badań Rynku Motoryzacyjnego SAMAR.
Tesla przy pierwszym punkcie ładowania elektrycznego w Warszawie.
Tesla przy pierwszym punkcie ładowania elektrycznego w Warszawie. Fot. Adam Kozak / Agencja Gazeta
Eksperci mają przede wszystkim wątpliwości co do tego, czy państwo – nawet jeżeli robi to poprzez koncerny – powinno się wikłać w produkowanie aut. – Robienie państwowego samochodu w dzisiejszych czasach, to wyrzucanie pieniędzy – kwituje Drzewiecki. – Trzeba mieć świadomość, że aby stworzyć nową markę, potem działający produkt tej marki, a następnie przekonać do niej klientów, potrzeba lat pracy – dodaje. Zazwyczaj około siedmiu lat trwają prace nad nowym modelem samochodu, przy budowaniu od podstaw całej firmy, trudno to nawet szacować.
– Już Gierek nas kiedyś uszczęśliwił takimi małymi auteczkami – śmieje się z kolei ekspert Polskiej Izby Motoryzacji, Jan Okulicz-Kozaryn. – Jakieś małe autka elektryczne, o jakich zapewne myślą ministrowie, nie są przyszłościowym rozwiązaniem, satysfakcjonującym człowieka poważnie myślącego o transporcie prywatnym. Obawiam się, że to naiwne podejście ludzi, którzy nigdy nie siedzieli w takim małym samochodzie. W Polsce próbowano już takie autka robić, trzy- i czterokołowe, i to spaliło na panewce. Polacy są w tej chwili zachłyśnięci motoryzacją i chcą mieć „normalne” samochody – dorzuca.
Papier wszystko przyjmie
Innymi słowy, moda na elektryczne auta omija w sporej mierze Polskę. Holendrzy, Norwedzy czy Szwajcarzy mogą traktować małe, elektryczne auta jako świetną alternatywę dla „normalnych” aut, bo znacznie bardziej przejmują się środowiskiem naturalnym, a zbitka „globalne ocieplenie” robi na nich znacznie mocniejsze wrażenie. Nad Wisłą to jeszcze pieśń przyszłości.
Specjalistom z branży trudno jest powiedzieć coś więcej, bo poza kilkoma detalami, o których wspomnieli minister Tchórzewski czy wicepremier Morawiecki, niewiele o „polskim elektryku” wiadomo. – Nie ma raportu otwarcia, w resorcie wciąż trwają nad nim prace. Nie wiemy, jakimi zasobami dysponujemy. Nie mamy infrastruktury pozwalającej wygodnie użytkować takie pojazdy – podkreśla Drzewiecki.
W perspektywie kilku lat ma powstać w Polsce infrastruktura obejmująca 400 stacji szybkiego ładowania i 6 tys. terminali normalnego ładowania.
W perspektywie kilku lat ma powstać w Polsce infrastruktura obejmująca 400 stacji szybkiego ładowania i 6 tys. terminali normalnego ładowania. Fot. 123rf.com
Według niego, to właśnie infrastruktura: ustandaryzowane punkty ładowania, odpowiednio i względnie gęsto rozmieszczone po Polsce, zarówno w miastach, jak i przy trasach, powinna być pierwszym krokiem. Drugi etap to zdefiniowanie produktu. – To nie jest tylko napęd elektryczny i buda, którą ktoś narysuje – mówi szef Instytutu SAMAR. – To auto musi być bezpieczne, spełniać wymogi stawiane pojazdom poruszającym się po drogach, mieć za sobą testy zderzeniowe – wylicza. Trudno oczekiwać takiego know-how od firm energetycznych.
Jego obawy budzi też przewidywana przez ministra Tchórzewskiego cena: maksymalnie 70 tys. złotych. Oby była niższa. – Uśredniona cena samochodów sprzedawanych na polskich rynku to 25 tys. złotych. A większość Polaków kupuje auta w cenie do 12 tysięcy złotych, przy 70 tys. to niebo a ziemia.
– Papier wszystko przyjmie – stwierdza filozoficznie Drzewiecki. Lista wyzwań jest przecież znacznie dłuższa: musiałaby się zmienić mentalność Polaków – w kierunku większej sympatii dla „zielonych” technologii czy car-sharingu; musiała by się też zmienić sama technologia – obecnie niewielkie auta elektryczne są w stanie przejechać maksymalnie 100 do 200 km, przy niezbyt forsownej jeździe. – Ogrzewanie, klimatyzacja, to wszystko zabiera prąd: i ze 120 km zasięgu w warunkach zimowych robi się 90. Taki mamy klimat – śmieje się Jan Okulicz-Kozaryn. Ba, według niego, gdy kilka lat temu rodzimi energetycy usłyszeli o idei wprowadzenia na ulice aut elektrycznych – załamali ręce i zapowiedzieli back-out. Polskie sieci elektryczne nie są ponoć gotowe na zalew samochodów elektrycznych.
Polskie auto elektryczne ma kosztować maksymalnie 70 tysięcy złotych.
Polskie auto elektryczne ma kosztować maksymalnie 70 tysięcy złotych. Fot. 123rf.com
Gruszki na wierzbie
Papier wszystko przyjmie – dodajmy. Wspomniany wyżej Plan Rozwoju Elektromobilności to jeden z ulubionych projektów wicepremiera Morawieckiego. Ministerstwo energii ma własny plan – w 2020 r. nad Wisłą ma już jeździć 75 tys. „elektryków”, w ponad dwóch trzecich w miastach. W 2025 r. połowa aut, którymi posługuje się administracja publiczna, miała by być napędzana prądem.
Za kilkanaście miesięcy miałyby ruszyć kampanie promowania elektromobilności. W latach 2019-2020 zaczęłaby powstawać infrastruktura dla przewidywanych 50 tys. samochodów: 400 punktów o dużej mocy ładowania (gdzie „tankowanie” trwa kilkanaście minut) i 6 tys. o normalnej mocy (ładowanie 2-3-godzinne). W tym czasie koniunkturę podkręcano by ułatwieniami podatkowymi (0% VAT), uzależnienie opłaty rejestracyjnej od emisyjności i ceny.
– Marzenia są piękne i potrzebne, by się rozwijać. Wspaniale, że rząd narzuca tempo i rytm. Ostatni program motoryzacyjny został ogłoszony w połowie lat 90., jego celem było przyciągnięcie do Polski potencjalnych inwestorów – podkreśla Drzewiecki. Polski samochód elektryczny to następny krok na tej drodze? – Raczej gruszki na wierzbie – ucina jednak.

Napisz do autora: mariusz.janik@innpoland.pl