Z polskiego rynku może zniknąć pół miliona firm. Najbardziej ucierpią najmniejsi, nie wytrzymają plagi kontroli

Sprzedawczyni w kiosku w Warszawie, ukarana mandatem skarbowym za niewręczenie paragonu klientowi.
Sprzedawczyni w kiosku w Warszawie, ukarana mandatem skarbowym za niewręczenie paragonu klientowi. Fot. Kuba Atys / Agencja Gazeta
324 tysięcy przedsiębiorców grozi zamknięciem swoich firm, kolejne 198 tysięcy może przenieść się za granicę. A to dopiero początek – do takich wniosków doszli autorzy opublikowanego przez Związek Przedsiębiorców i Pracodawców raportu „Nieuczciwe praktyki ministerstwa finansów w stosunku po przedsiębiorców”. Raport ten jest jedynie wierzchołkiem góry lodowej. Na biznes spadła w tym roku cała plaga kłopotów: od kontroli wszelkiego rodzaju, przez kłopoty z pozyskaniem pracowników po presję ze strony szarej strefy.


Jeszcze cztery miesiące temu firmy typu fast-food – od popularnych hamburgerowni po panów z kanapkami, odwiedzających biurowce w większych miastach – rozliczały się z fiskusem przy uwzględnieniu stawki 5 proc. Było to możliwe, gdyż przedsiębiorcy klasyfikowali swoją działalność jako „sprzedaż gotowych posiłków lub dań”. Mieli na to „podkładkę”: liczne interpretacje indywidualne, o które prosili poszczególni przedsiębiorcy. Jeszcze w styczniu konstruowano takie interpretacje w oparciu o dotychczasowe stanowisko resortu finansów.


Relatywnie spokojna egzystencja panów z kanapkami skończyła się 24 czerwca. Tego dnia minister finansów wydał interpretację ogólną: z jasno wyłożoną tezą, iż fast foody powinny być opodatkowane stawką 8 proc., gdyż tworzą produkty przeznaczone do bezpośredniej konsumpcji. Kwestia odpowiedniej rubryczki w PKWiU (Polskiej Klasyfikacji Wyrobów i Usług): czy chodzi o „gotowe posiłki i dania” (5 proc. VAT) czy też o „usługi związane z wyżywieniem” (8 proc. VAT).

W czym rzecz? Otóż w tym, że dopóki robisz kanapkę, którą konsument weźmie w rękę i zabierze ze sobą – płacisz podatek 5-procentowy. Wyższa stawką związała się – w powszechnym odczuciu – z usługą restauracyjną: podaniem dania, które klient zacznie jeść od ręki. Od czerwca, według stanowiska resortu finansów, to czy danie jest mrożone, pakowane próżniowo, czy jest to kanapka czy frytki z napojem, czy serwujesz je w miejscu ogólnodostępnym, czy są tam stoliki i krzesła, jakaś toaleta – to wszystko przestało mieć znaczenie. Kanapka od pana na korytarzu jest jak obiad w knajpie, a nie jak słoik z bigosem w sklepie.

Dużych urzędnicy nie zaczepiają
– W rezultacie cały szereg małych punktów staje przed widmem bankructwa – dowodził podczas prezentacji raportu wiceprezes Związku, Marcin Nowacki. – Kwota zaległości podatkowych i odsetek jest po prostu wyższa niż ich rezerwy finansowe – dodawał. Jak mówi INN:Poland prezes ZPP Cezary Kaźmierczak, trudno jest szacować skalę przypadków, w których kontrolerzy nakładają kary za przeinterpretowany podatek. – Są dwa rodzaje zmian interpretacji. Po pierwsze, to przypadki pojedynczych firm. I to jest taka praktyka, którą trudno nam oszacować. Pojawia się często, ale trudno powiedzieć, jak dużą grupę firm obejmuje – mówi.


Nie ukrywajmy: przykład firm produkujących i dostarczających kanapki to zaledwie wierzchołek góry lodowej. Zaledwie w zeszłym tygodniu znany producent galanterii skórzanej – firma Wittchen – przyznała w specjalnym oświadczeniu, że kontrola skarbowa zakwestionowała firmowe rozliczenia podatków jeszcze z 2011 roku. W efekcie UKS wydał dwie decyzje, na mocy których Wittchen miałby zapłacić około 7 mln złotych – w czym mieści się zarówno sama zaległość, jak i odsetki z pięciu lat. To niemal jedna trzecia ubiegłorocznych zysków firmy.

Z perspektywy menedżerów firmy galanteryjnej sytuacja wygląda dokładnie tak, jak opisali to eksperci ZPP: przez lata Wittchen posługiwał się indywidualną interpretacją podatkową, która posłużyła do takich, a nie innych rozliczeń z fiskusem. Teraz firmie pozostaje jedynie apelacja. – Wittchen jest wyjątkiem. Urzędnicy skarbowi zazwyczaj takich firm nie zaczepiają – mówi nam Kaźmierczak. Przecież w sądzie można przegrać.
Ale nie wszystkich jednak stać na sądowe batalie. Analitycy ZPP opisują losy firmy Nexa z Zamościa. – Wskutek przedłużających się postępowań kontrolnych, firma utraciła płynność finansową i musiała zakończyć swoją działalność. Pracę straciło 170 osób – kwitował Jakub Bińkowski z ZPP. Związek zarzuca też władzom państwa, że walczą z nadużyciami i przestępstwami – jak np. karuzele VAT-owskie czy wykorzystywanie luk podatkowych – kosztem przedsiębiorców, np. poprzez opóźnianie zwrotu VAT, tudzież konsekwencje dla kontrahentów firm, które nieświadomie współpracowały z firmami łamiącymi prawo. – Dochodzimy do sytuacji absurdalnej, w której podatnik, poza ryzykiem biznesowym, które ponosi nawiązując relacje handlowe z nieuczciwym kontrahentem, naraża się na odpowiedzialność za zaległość podatkową – podkreśla Marcin Nowacki.

Najbardziej wstrząsające są jednak wyniki sondażu, którym ZPP zilustrował swój raport (ankietowanych było ponad pół tysiąca firm). Zgodnie z nimi jedynie co piąty (22 proc.) przedsiębiorca z sektora małych i średnich firm ma zamiar dalej działać bez zmian. Ale już 15 proc. ma zamiar ograniczyć działalność, by ograniczyć ryzyko. Zamknąć firmę chce 18 proc. respondentów, przenieść firmę zagranicę – 11 proc., przejść do szarej strefy – 6 proc., podjąć inne działania – 4 proc. Co czwarty jeszcze nie wyrobił sobie zdania w tej sprawie.

Lista plag biznesowych
Analitycy Związku przełożyli to na realia całego sektora MiŚP. W takim ujęciu wyniki sondażu oznaczałyby zamknięcie 324 tysięcy firm, w przypadku 270 tysięcy oznaczałyby ograniczenie działalności, w 198 tys. przypadków – przeniesienie działalności za granicę, w 108 tys. – przejście do szarej strefy. – Taka decyzja wiąże się z sytuacją, w której kogoś to dotknie osobiście. Przedsiębiorcy to ludzie, którzy działają w oparciu o własne doświadczenie – kwituje Kaźmierczak.

Byłoby przesadą stwierdzić, że takie nastroje środowisk biznesowych są jedynie skutkiem zmagań z ministerstwem finansów i kontrolerami skarbowymi. Trafniej byłoby rzec, że to rozłożone w czasie skutki całego otoczenia, w jakim muszą działać polscy przedsiębiorcy. W przeprowadzonym w październiku badaniu Business Centre Club biznesmeni zrzeszeni w tej organizacji narzekali na znacznie więcej niekorzystnych czynników niż respondenci badań przygotowanych przez ZPP.
Czołową bolączką polskiego biznesu – według BCC – jest system podatkowy, który powinien zostać uproszczony i ujednolicony. Nie mniejszy kłopot stanowi niespójne prawodawstwo – częste zmiany legislacyjne, niespójność przepisów, które nie tylko wywołują konieczność wprowadzania strategicznych zmian, podważaj zaufanie do państwa, niszczą długofalowe plany przedsiębiorstw. Do tego należy dorzucić system edukacyjny, które nie jest w stanie „wyprodukować” koniecznej ilości wykwalifikowanych pracowników – aż 72 proc. ankietowanych ma kłopot ze znalezieniem odpowiednich ludzi.

– Oczywiście, polscy biznesmeni nie podejmują decyzji na bazie jakiejś jednej przyczyny. To jest cały splot różnego rodzaju rzeczy – podkreśla Cezary Kaźmierczak. W badaniu BCC powraca również temat kontroli: 58 proc. przedsiębiorców skarży się nie tylko na nadmierną liczbę, ale i czas trwania kontroli. W ponad 45 proc. ankietowanych firm w ciągu roku przeprowadzanych jest od dwóch do pięciu kontroli. Ba, w 15 proc. firm „przydarza się” od pięciu do dziesięciu kontroli. Na drugim biegunie jest 12 proc. biznesów, które nie doświadczyło kontroli w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy. Zresztą, umówmy się: kontrole to nie byle pikuś – w co czwartej firmie kontrolerzy siedzą przez 2-3 tygodnie, w 6,5 proc. - od 4 do 5 tygodni. W 3,3 proc. kontrole trwały... ponad miesiąc.

– Nadmiar instytucji kontrolnych (naliczyliśmy ich czterdzieści) oraz zbyt częste i przeciągające się kontrole dezorganizują pracę firm – kwitował Marek Goliszewski, prezes Business Centre Club. – Wcześniej, dobrą praktyką były kontrole zapowiadane z mocy ustawy. Obecnie takiej praktyki nie ma, co rodzi nieufność między biznesem a państwem, między przedsiębiorcą a urzędnikiem – dorzucał. Jego zdaniem, to hamuje proces inwestycji. – A jak nie będzie inwestycji i miejsc pracy, nie będzie wzrostu gospodarczego, wystarczających wpływów podatkowych do budżetu i zabraknie pieniędzy na plan Morawieckiego. Przedsiębiorcy oczekują stabilnych warunków do działania i bardziej spójnej, długofalowej polityki rządu – podsumowywał. Czekaj tatka latka?

Napisz do autora: mariusz.janik@innpoland.pl

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...

BLOGI

NAJNOWSZE WPISY

Marek PorzeżyńskiMarek Porzeżyński

Unia Europejska zgodnie ustanowiła ramy umożliwiające karanie za dokonanie cyberataków zagrażających poszczególnym państwom.

Anna SzubertAnna Szubert

1 czerwca w Hali Expo w Łodzi odbędzie się siódma edycja pokazu polskich projektantów Marka Wspiera Markę. To wydarzenie wyjatkowe na skalę Polski.

Igor IluninIgor Ilunin

Nasze samochody jeszcze nie jeżdżą samodzielnie. Na pewno też nie latają. Ale postęp technologiczny ostatnich kilku lat jest zadziwiający.