Trwa wycinanie ludzi Morawieckiego z firm. Najważniejsi politycy PiS przenieśli rywalizację do biznesu

Patron jednej z najsilniejszych frakcji biznesowych rządu, a zarazem największy przegrany ostatnich roszad: wicepremier Mateusz Morawiecki.
Patron jednej z najsilniejszych frakcji biznesowych rządu, a zarazem największy przegrany ostatnich roszad: wicepremier Mateusz Morawiecki. Fot. Grzegorz Celejewski / Agencja Gazeta
Nominacja Marka Dietla na szefa GPW to jeden z nielicznych przyczółków „prezydenckiej” frakcji w biznesie. Mierzone pozycją i liczbą stanowisk posady to dziś kolejne pole rywalizacji poszczególnych polityków i reprezentujących ich frakcji. Eksperci i publicyści doliczyli się ich w łonie partii rządzącej aż kilkunastu, ale w kluczowych rozgrywkach w spółkach Skarbu Państwa liczyć mają się co najwyżej trzy. I tą, która w ostatnim czasie traci najwięcej, są sojusznicy wicepremiera Morawieckiego – jedynej osoby, dla której sojusze w biznesie mają tu sens.


W przeciwieństwie do transferu Małgorzaty Sadurskiej z początku czerwca, obsadzenie stanowiska szefa Giełdy Papierów Wartościowych przez Marka Dietla – dotychczasowego doradcę prezydenta Andrzeja Dudy – nie budzi większych emocji. Dlaczego? Choćby dlatego, że Dietl może i nie jest znany ekspertom i obserwatorom polskiego życia biznesowego, ale ma CV, którego nie sposób bagatelizować: jest ekonomistą wykładającym na SGH, pracował w radach nadzorczych m.in. Polnordu i Techmexu oraz w Krajowym Funduszu Kapitałowym.


Jego kompetencje – nawet pomimo braku doświadczenia w bezpośrednim kierowaniu firmami – nie ulegają zatem większej wątpliwości. Na dodatek, wbrew pozorom GPW nie jest wielkim politycznym kąskiem, firmą z dużą ilością stanowisk, które można by obsadzić. – Jaka frakcja, taki kąsek – ironizuje jeden z naszych rozmówców.


Rzeczywiście, w przeciwieństwie do kilku innych politycznych „stronnictw” związanych z poszczególnymi politykami (o których za chwilę), prezydencka frakcja w biznesie to lista dosyć krótka. Wyjąwszy Dietla na upartego można by do niej zaliczyć Macieja Łopińskiego, który z Kancelarii trafił pod koniec ubiegłego roku do TVP czy Aleksandrę Agatowską – żonę Piotra Agatowskiego, nieformalnego doradcy prezydenta, który miał odegrać szczególnie istotną role podczas kampanii prezydenckiej w 2015 r. (aczkolwiek legitymuje się ona długą listą poważnych przedsiębiorstw i banków, dla których pracowała) – która trafiła do zarządu PZU Życie S.A.
No i jeszcze Małgorzata Sadurska – polityczna weteranka, w Sejmie od 2005 do 2015 roku, a potem szefowa Kancelarii Prezydenta Dudy. Sadurska na początku czerwca ogłosiła rezygnację ze stanowiska w kancelarii, by przejść do zarządu PZU. Czy jednak transferowi patronował dotychczasowy pryncypał, czyli prezydent Duda? To możliwe, a jednocześnie w mediach roi się od wątpliwości: według jednych Sadurska była związana bliżej z szefową rządu, Beatą Szydło, niż z prezydentem. Inni z kolei twierdzą, że transfer pobłogosławił – nomen omen – ojciec Tadeusz Rydzyk.


Soliści
Tak czy inaczej, nawet jeżeli przyjąć, że Pałac Prezydencki też chciałby zbudować sobie zaplecze biznesowe – to przy swoich rywalach z PiS wypada cokolwiek blado. Witold Głowacki z „Polska The Times” doliczył się jesienią ubiegłego roku aż... czternastu frakcji i grup interesów w łonie partii rządzącej. Niektóre mają charakter wąskiego kręgu towarzyskiego (np. Zakon – kilku najbliższych współpracowników prezesa Jarosław Kaczyńskiego) czy środowiska ideologicznego (typu „Kaczyści” lub „Młoda gwardia”). Raczej polityczne niż biznesowe znaczenie mają środowisko skupione wokół Jarosława Gowina (gowinowcy) oraz Antoniego Macierewicza (niektórzy kąśliwie mówią tu: kościół smoleński). Są wreszcie grupy o charakterze cechu zawodowego (ludzie służb, ludzie z doświadczeniem samorządowym, działacze „Solidarności”).

Ale jest też kilka frakcji, które próbują odcisnąć swoje piętno na biznesie. Mniejsza o środowisko związane z „Gazetą Polską”, które próbuje mieć decydujący wpływ na media publiczne i dotacje na działalność medialną. Mniejsza też o grupę posłów i senatorów związaną z Grzegorzem Biereckim oraz Janem Szewczakiem, uchodzi za „grupę SKOK” (skłaniającą się ku "ziobrystom", o których a chwilę). W obu przypadkach sfery potencjalnych wpływów są wyraźnie zaznaczone. Nasi rozmówcy wymieniają dziś inne zasadnicze ośrodki wiążące środowisko polityków z biznesem: to grupy związane z wicepremierem Morawieckim, premier Beatą Szydło oraz ministrem sprawiedliwości Zbigniewem Ziobro.

Poza wymienionymi do tego należałoby jeszcze doliczyć grupę związaną z Kancelarią Prezydenta oraz frakcję „toruńską” – według dziennika „Fakt” ojciec Rydzyk ma wynegocjowaną pulę stanowisk w firmach Skarbu Państwa, które może dowolnie obsadzać. I, zdaniem tabloidu, do takiej właśnie operacji doszło w przypadku Sadurskiej: Andrzej Jaworski – poprzednik Sadurskiej w PZU – miał trafić na stanowisko z puli „toruńskiej”. Gdy uwikłał się w spory z innymi politykami partii został zastąpiony inną nominatką „z Torunia”: Sadurską właśnie. Ale wcześniej to w Toruniu (oraz, rzecz jasna, w gabinecie prezesa PiS) autoryzowano odwołanie prezesa PZU i "ziobrysty", Michała Kurpińskiego (co szczegółowo opisał magazyn "Newsweek" na początku kwietnia).
Po co frakcje walczą o te stanowiska? – Wicepremiera Morawieckiego rozumiem, jeżeli by opanował najważniejsze miejsca w gospodarce dzięki swoim ludziom, mógłby decydować o realizacji swoich planów gospodarczych również poprzez działania kluczowych dla polskiej gospodarki firm. Więc jego ambicje do uzyskania i poszerzania wpływów w firmach państwowych są zrozumiałe. W przypadku całej reszty chodzi chyba wyłącznie o szukanie konfitur – mówi INN:Poland Piotr Kuczyński, główny ekonomista funduszu Xelion.

Klienci
O tym, jak rozumieć konfitury opowiada nam Janusz Jankowiak, główny ekonomista Polskiej Rady Biznesu. – O konfiturach nie ma raczej mowy w przypadku GPW: to specyficzna instytucja, odmienna od banków czy towarzystw ubezpieczeniowych, które mają dziesiątki stanowisk menedżerskich średniego szczebla, a także szereg oddziałów terenowych. To zaplecze przydaje się przy rozprowadzaniu ludzi – kwituje. Inna sprawa, że to nie oznacza skreślenia giełdy z partyjnych planów: poprzednia szefowa GPW uchodziła za przedstawicielkę "ziobrystów", szykowany na jej miejsce Rafał Antczak miał być człowiekiem wicepremiera Morawieckiego. Dietl może być w tym układzie wyborem kompromisowym lub tymczasowym.

Partyjny podział łupów bywa naturalnym wynikiem wygranych wyborów, nie tylko w Polsce. I niestety, tylko tyle. – Oni są za mało racjonalni, by wiązać przejmowanie spółek z jakąś długofalową polityką – mówi INN:Poland Jadwiga Staniszkis, politolog. – Tu raczej zasługi dla partii są przenoszone na wysokość pensji, a taktyka rywalizacji sprowadza się do czekania na wolne miejsce i wpychania na nie „swoich”, jak w przypadku Jasińskiego w ORLEN-ie – dodaje. Również PZU, wraz ze spółkami zależnymi, uchodziło do tej pory za bastion "ziobrystów": we wchodzących w skład ubezpieczeniowego giganta firmach pracują krewni i przyjaciele ministra sprawiedliwości.

Ale nie chodzi wyłącznie o zasługi z przeszłości. Przechwytywanie spółek to również inwestycja na przyszłość. – Myślę, że istnieje sfera równoległa – mówi Staniszkis. – Wyraźnie widać, jak poszczególni ministrowie przymierzają się do pełnienia aktywnej roli w PiS czy potencjalnej koalicji, gdyby Jarosław Kaczyński postanowił się wycofać z polityki. To współzawodnictwo, które przejawia się w próbach podziałania na jego wyobraźnię, na pewnej retoryce, decyzjach. Chodzi o kilka osób, które zwalniając ludzi w swoich resortach robią miejsce pod własne zaplecze – dodaje.
– Generalnie: zasada, że ambitni politycy mają tendencję do obsadzania swoimi ludźmi kluczowych stanowisk w biznesie jest oczywista – sekunduje jej w rozmowie z INN:Poland politolog Ryszard Markowski. – Nazywam to budowaniem autorytarnego klientelizmu. Dziś w tę stronę podąża co najmniej kilka ośrodków w obozie rządzącym, które zastanawiają się już, jak będzie wyglądać świat „po wodzu” – kwituje. W tym modelu najpierw jest stanowisko, dzięki firmie tworzone są bonusy dla kolejnych zatrudnianych osób i wyborców, swoista kiełbasa wyborcza.

– Chodzi z jednej strony o zwykłą lojalność polityczną, ale też tworzenie narzędzi. Bo jeżeli spółki Skarbu Państwa mają mieć funkcje polityczno-społeczne, jeżeli banki mają być polskie, jeżeli ORLEN nie wystawia jakichś czasopism, bo nie podobają się rządzącym – to znaczy, że firmy te stają się politycznymi narzędziami – podkreśla Markowski. Do tego samego wora wrzuca zresztą megaprojekty infrastrukturalne, w których zapowiadaniu celuje obecny rząd. – Postawiłbym, co mam, że projekt Centralnego Portu Lotniczego nigdy nie powstanie. To pomysł tylko po to, żeby przez następne parę lat swoi ludzie zarabiali na projektach i aktywnościach związanych z symulowaniem budowy CPL – peroruje.

Przegrani
Pochodną partyjnych swarów jest mniej lub bardziej realna frakcja prezydencka w biznesie. – Nie ma narzędzi do budowania drużyny. W 2019 roku nie będzie miał najmniejszego wpływu na listy wyborcze do Sejmu i Senatu. Po co ktoś ma się na niego orientować? – dowodził w rozmowie z „Gazetą Wyborczą” anonimowy poseł PiS. Ten sam zapewne polityk dodawał, że prezydent może się też obawiać, że partia odebrałaby mu pieniądze na kampanię, gdyby zdecydował się walczyć o reelekcję w 2020 r. Czy własne zaplecze w biznesie mogłoby być remedium na taką nierównowagę? To akurat wątpliwe – przekonują nasi rozmówcy.

Nikt nie potrafi powiedzieć, która z frakcji jest dziś najmocniejsza. – Z całą pewnością można powiedzieć, że tą grupą, która w ostatnich miesiącach straciła najwięcej, jest frakcja związana z wicepremierem Morawieckim. Wpływy tego polityka osłabły – podsumowuje Janusz Jankowiak. Ba, na łamach "Newsweeka" anonimowy "zwolennik wicepremiera twierdzi wręcz, że "w otoczeniu Mateusza panuje powszechne przekonanie, że jesteśmy podsłuchiwani". Czyli wojna na noże. A wicepremier to jedyny de facto polityk, którego wpływy w biznesie są dla ekspertów w jakiejś mierze uzasadnione. – Według mnie wypieranie Morawieckiego ze spółek nie jest w tej chwili korzystne dla gospodarki. Żeby realizować swój plan, minister rozwoju musi mieć narzędzia. Nie kolegów, ale ludzi, za których będzie odpowiadać i którzy będą odpowiadać przed nim – ucina Kuczyński.