Otwocki supermarket Top Market, sieci będącej jednym z filarów PGS.
Otwocki supermarket Top Market, sieci będącej jednym z filarów PGS. Fot. YouTube

Plan minimum: stworzyć dogodną alternatywę dla hipermarketów i walczyć w obronie interesów polskich przedsiębiorców, prowadzących pojedyncze punkty, narażonych na praktyki nieuczciwej konkurencji. Plan maksimum – do początku przyszłego roku stworzyć „największą polską sieć handlową”. Dzisiaj w Polskiej Grupie Supermarketów jest już około sześciuset sklepów, firma próbuje lobbować w interesie rodzimych kupców, ba!, próbuje tworzyć własne marki. Osiedlowych sklepików nie ocali, ale kilku większym polskim firmom rzuciła w ostatniej chwili koło ratunkowe.

REKLAMA
Jeżeli spojrzeć na strony internetowe Grupy, trudno oprzeć się wrażeniu, że PGS jest taktycznym sojuszem środowiska polskich średnich przedsiębiorców przeciw rynkowej dominacji zachodnich sieci handlowych – od Biedronki i Lidla począwszy, na Carrefour i Tesco skończywszy. Polska Grupa Supermarketów nie umieszcza na swoich stronach informacji o boczku w promocyjnej cenie, albo weekendzie azjatyckim czy chociażby podhalańskim. Ani słowa o produktach, za to sporo o misji.
Kierowana przez Michała Sadeckiego Grupa nie jest na rynku nowicjuszem. Istnieje już czternaście lat, jak można wyczytać na jej witrynie obroty wszystkich zrzeszonych w niej sklepów – wśród których są też znane lokalnie sieci, jak Top Market, Delica, Minuta8 – przyniosły w ubiegłym roku 3,5 miliarda złotych obrotu, a w sześciuset marketach sieci pracuje w sumie około 10 tysięcy osób. I najwyraźniej wygląda na to, że jakieś dwa lata temu liderzy Grupy doszli do wniosku, że czas docisnąć pedał gazu: PGS zaczął się pojawiać w przestrzeni publicznej, formułować własne propozycje rozwiązań systemowych, angażować się w kampanie, które moglibyśmy nazwać alterglobalistycznymi. Grupa zaczęła drugie życie.
Nikt nie stawiał złamanego grosza na Biedronkę
Z wspomnianym ambitnym celem. – Na zdrowy chłopski rozum coś takiego nie może się udać, bo ciężko jest niezależnym graczom zebrać siły i środki – mówi INN:Poland Zbigniew Kmieć, ekspert Związku Przedsiębiorców i Pracodawców, specjalista w dziedzinie konkurujących na polskim rynku sieci handlowych. – Nie tylko o finanse chodzi lecz też środki marketingowe czy wyróżniki rynkowe. Z drugiej strony, nie ma mądrych: w Polsce zdarzały się już rzeczy z pozoru dziwne. Jak Biedronka wchodziła do Polski też nikt nie postawiłby na nią złamanego grosza. Nie lekceważmy więc PGS. Ja jestem z Biłgoraja, tam powstało kilka dużych biznesów i czasem okazuje się, że właśnie taki gracz dostrzega coś, czego nie widzą inni – dodaje.
Trwa walka na ceny, więc członkowie PGS przede wszystkim tworzą coś na kształt grupy zakupowej.
Trwa walka na ceny, więc członkowie PGS przede wszystkim tworzą coś na kształt grupy zakupowej. Fot. Agata Grzybowska / Agencja Gazeta
Grupie nie wszystko się chyba udaje: gdy spojrzeć na wypowiedzi prezesa Michała Sadeckiego sprzed roku z okładem, odnajdziemy choćby informację o tym, że sieć planuje rozszerzenie liczby supermarketów z sześciuset do 660. Wygląda na to, że w 2016 roku celu nie udało się zrealizować, a liczba sklepów pozostała na dotychczasowym poziomie. Na początku tego roku stawka została podbita: w 2017 roku PGS ma się rozrosnąć do 700 sklepów.
To nie musi być marzenie ściętej głowy. PGS wydaje się mieć kilka atutów dla niezależnych – dotychczas – przedsiębiorców. Przede wszystkim może być grupą zakupową, mającą siłę przebicia w negocjowaniu możliwie najniższych cen dla wszystkich swoich członków. – To niesamowicie skuteczne narzędzie, choć tworzenie grupy zakupowej to co innego niż bycie takim Lidlem, z możliwością choćby ekspansji zagranicznej – podkreśla Kmieć. – Natomiast mam też nadzieję, że oni stracą orientacji w rynku lokalnej żywności, siła tego rozdrobnionego handlu tkwi w orientacji w terenie. W Warszawie możemy nie dostrzegać sklepów z Grupy, ale wystarczy pojechać do, dajmy na to, Żyżyna, Garwolina czy Łowicza, by zobaczyć, jak oni funkcjonują na rynku lokalnym – kwituje.
Kluczowa wydaje się być psychologia: Grupa odpowiada na ważną potrzebę swoich członków. – To ludzie, którzy otwierali swoje biznesy najczęściej w latach 90. Oni potem poczuli się zostawieni samym sobie w obliczu ofensywy wielkich sieci, widzieli jak ktoś w szybkim tempie uzyskuje nad nimi olbrzymią przewagę konkurencyjną – mówi nam ekspert Związku Przedsiębiorców i Pracodawców. – W tym środowisku panuje dziś powszechne przekonanie, że „coś z tym trzeba zrobić”. To ogromna potrzeba, bo ci ludzie często zainwestowali w biznes całe swoje rodzinne oszczędności, nabrali kredytów na rozpoczęcie działalności, żyli z tego, co udało im się stworzyć. Teraz, od paru lat w oczy zagląda im strach. A to siła, której nie można lekceważyć – podsumowuje.
Polityka to narzędzie konsolidacji
I Grupa broni swoich członków, jak umie. Gdy wraz z końcem 2015 roku do władzy doszło Prawo i Sprawiedliwość, zaczęła się dyskusja o podatku obrotowym. PiS proponował urawniłowkę – 2 proc. podatku dla wszystkich graczy wielkopowierzchniowych. PGS, zrzeszająca sklepy o powierzchni od 200 do 600 metrów kw., zaproponowała wprowadzenie progów podatkowych uzależnionych od wielkości obrotów – od 0,10 do 6,5 proc.
PGS jest kojarzona z kampanią przeciw umowom TTIP i CETI.
PGS jest kojarzona z kampanią przeciw umowom TTIP i CETI. Fot. Łukasz Krajewski / Agencja Gazeta
PGS stanęła też po stronie rządu i „Solidarności” w sprawie zakazu handlu w niedzielę. Ucieszyła się z podniesienia płac i stawek minimalnych, w nadziei, że więcej pieniędzy w portfelu przełoży się na większe obroty sklepów. Pojawiła się w gronie największych oponentów umów o wolnym handlu z Ameryką i Kanadą, TTIP i CETI. - Ich przedstawiciele rzeczywiście starali się aktywnie uczestniczyć w pracach w Sejmie. Tak samo zresztą, jak reprezentanci dużych zagranicznych sieci handlowych – przyznaje też Zbigniew Kmieć.
– Uważam jednak, że polityka to w przypadku PGS narzędzie konsolidacji – dodaje też ekspert. – To pragmatycy. Może nie mają takiego doświadczenia w public relations, jak ich wielcy konkurenci, ale każdy w naturalny sposób próbuje różnych środków nacisku na cele, które są dla niego istotne. Przy czym ich sytuacja ekonomiczna jest ważniejsza od kolorów politycznych – kwituje.
Grupa umie jednak szybko się uczyć, na wszystkich polach. W tym tygodniu zapowiedziała pojawienie się własnego brandu, który zapewne miałby się znaleźć na półkach wszystkich sklepów należących do PGS. To produkty o odrobinę niecodziennej nazwie „O! Dobre Pewne Twoje”. W planach są alkohole pod własną marką i zapewne jeszcze kilka innych projektów.
2017 rok to będzie czas fuzji i przejęć, handel szybko się konsoliduje. Na zdjęciu supermarket Tesco w Warszawie.
2017 rok to będzie czas fuzji i przejęć, handel szybko się konsoliduje. Na zdjęciu supermarket Tesco w Warszawie. Fot. Adam Stępień / Agencja Gazeta
Zapowiadana jest ekspansja „geograficzna”. PGS jest dziś mocna w centrum i na wschodzie kraju – na Mazowszu, Lubelszczyźnie, Pomorzu, Warmii, Kujawach, Podlasiu i w łódzkiem. Natomiast z pojawiających się w ostatnich miesiącach informacji wynika też, że Grupie marzą się kolejni członkowie – tym razem na południu i zachodzie Polski. Gdzie PGS chce szukać nowych partnerów? – Na osiedlach – odpowiadali krótko liderzy Grupy.
Czas kupieckiej Apokalipsy
Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że gdyby Grupa nie istniała, trzeba byłoby ją wymyślić. „Rok 2017 będzie rekordowy pod względem wartości fuzji i przejęć na globalnym rynku dóbr konsumenckich i w handlu detalicznym” – można przeczytać w opublikowanym niedawno raporcie firmy AT Kearney. Na rodzimym gruncie najjaskrawszym przejawem trendu była sprzedaż Żabki, pod młotek mogą trafić Stokrotka i Mila. Wokół niezależnych sklepów, ostatnich wysp indywidualnej inicjatywy kupców z lat 90. w szybkim tempie rosną lasy sieciowych marketów. Najpewniej, kto będzie próbował ciągnąć dalej w pojedynkę, nie przetrwa konkurencji cenowej z sieciami.
– A ja myślę, że im większa konsolidacja, tym większe szanse dla niezależnych – oponuje z kolei Zbigniew Kmieć. – O ile nie będziemy mieli do czynienia ze zbyt dużym interwencjonizmem państwowym, przepisami jeszcze bardziej faworyzującymi korporacje, to proces konsolidacji małym graczom nie zagrozi. Może i będą sprzedawać nieco drożej, ale też będą miały całą masę produktów, po które grupy nie sięgną. Na sto procent pojawią się nowe pomysły biznesowe – zapewnia. Pożyjemy, zobaczymy.